Logo Thing main logo

Aneksja Zachodniego Brzegu przez Izrael – czy to w ogóle jest możliwe?

1 lipca 2020 r. izraelski rząd miał ogłosić szczegóły planu aneksji części Zachodniego Brzegu. Nic takiego nie nastąpiło. Dlaczego?

Zachodni Brzeg obok Jerozolimy Wschodniej, Strefy Gazy, półwyspu Synaj i Wzgórz Golan został zajęty przez wojska izraelskie w trakcie wojny sześciodniowej (1967). Społeczność międzynarodowa zareagowała na zmiany graniczne. Rezolucja nr 242 Rady Bezpieczeństwa przewidywała wycofanie izraelskich wojsk z terenów zajętych w wyniku wojny.

Władze w Tel Awiwie nigdy nie spełniły tego żądania. Ostatecznie po podpisaniu porozumienia pokojowego z Egiptem Izrael zdecydował się oddać Kairowi zajęty w 1967 r. Półwysep Synaj. Mimo prowadzonych rokowań pokojowych z innymi państwami regionu nie doszło do innych zmian granicznych. Państwo Żydowskie twierdziło, że w zasadzie zrealizowało zapisy rezolucji Rady Bezpieczeństwa. W jej tekście nie znalazła się bowiem informacja, że Izrael ma wycofać się ze wszystkich zajętych obszarów, a przecież już zdecydował się opuścić Półwysep Synaj.

Upadek dwubiegunowego świata dał również nadzieję na trwały pokój na Bliskim Wschodzie. W 1994 r. doszło do podpisania porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Jordanią, a negocjacje izraelsko-palestyńskie doprowadziły do powstania Autonomii Palestyńskiej. Tel Awiw zdecydował się przekazać nowo powstałej Autonomii władzę nad Strefą Gazy i częścią obszaru Zachodniego Brzegu. Do ostatecznego pokoju między dwoma skonfliktowanymi narodami miało dojść przed końcem stulecia. Niestety rozpoczęte w lipcu 2000 r. negocjacje w Camp David skończyły się fiaskiem. Od tamtego czasu spór izraelsko-palestyńskich cały czas się zaostrzał.

Tuż po zajęciu Zachodniego Brzegu rozpoczął się proces osiedlania się Żydów na tym obszarze. Żydowskie osadnictwo rozwijało się bez względu na to, czy w Tel Awiwie rządy sprawowały gabinety lewicowe czy też prawicowe. Z każdym rokiem przybywało nowych osadników. Duża ich część traktowała swoją obecność na terenie Judei i Samarii (tak w nomenklaturze izraelskie nazywają się te tereny) jako misję, której wypełnienie polecił im sam Bóg.

Żydowskie osiedla powstawały z reguły na obszarach strategicznych, tuż przy ujęciach wody. Władze w Tel Awiwie ze zrozumieniem przyjmowały decyzję swych obywateli często podejmując działania, które miały wspierać nowych żydowskich mieszkańców tych obszarów. System ulg, subwencji i dotacji miał skłaniać nowych osadników do decyzji o zamieszkaniu na terenie Zachodniego Brzegu.

Najlepiej o rozwoju osadnictwa mówią liczby. W 1972 r. było około 1500 osadników, w 1982 r., już około 22 tys., dziesięć lat później 105,5 tys., a na początku tego wieku ich liczba się podwoiła. W 2010 r. na Zachodnim Brzegu mieszkało już 311 tys. Żydów, a w zeszłym roku (2019) ponad 441 tys. Status prawny osadników żydowskich nie różni się od pozycji prawnej mieszkańców Izraela. Wszyscy oni są obywatelami państwa i mają te same prawa co ich rodacy mieszkający w uznanych przez społeczność międzynarodową granicach państwa.

Mimo dużej liczby Żydów na obszarze Zachodniego Brzegu izraelskie władze nie zdecydowały się na aneksję jakiejkolwiek jego części. Rząd w Tel Awiwie nie wahał się podjąć takiej decyzji w stosunku do Wschodniej Jerozolimy. W 1980 r. oficjalnie włączono tę część miasta w granice Państwa Żydowskiego. Wśród izraelskich polityków, przede wszystkim prawicowych, zdarzali się tacy, którzy gotowi byli anektować także obszar Zachodniego Brzegu (albo jego części). Jednak mainstream nie godził się na takie rozwiązanie. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy do władzy doszedł Beniamin Netanjahu.

Lider Partii Likud poszukując potencjalnych wyborców starał się przekonać do siebie Izraelczyków o prawicowo-narodowych poglądach. W kilku ostatnich latach przekonywał ich deklarując gotowość włączenia części Zachodniego Brzegu w skład Państwa Żydowskiego.

Sytuacja międzynarodowa, z punktu widzenia Izraela, była sprzyjająca. Państwa regionu miały swoje poważne problemy i koncentrowały się na innych kwestiach, a administracja amerykańska była wyjątkowo przychylna. To za rządów Donalda Trumpa Stany Zjednoczone zdecydowały się przenieść swoją ambasadę do Jerozolimy, a sekretarz stanu Mike Pompeo w listopadzie 2019 r. twierdził, że zajęcie części Zachodniego Brzegu przez Izrael nie byłoby niezgodne z prawem międzynarodowym.

Plan aneksji został też przewidziany w przygotowanym w styczniu 2020 r. przez Amerykanów planie pokojowym dla Bliskiego Wschodu. Jednym z jego podstawowych zapisów była zgoda na zajęcie części Zachodniego Brzegu.

Wydawało się, że nic nie stanie na przeszkodzie w realizacji tego posunięcia. Nawet podpisana w kwietniu 2020 r. umowa koalicyjna tworząca nowy rząd pod przywództwem Beniamina Netanjahu zakładała, że 1 lipca zapadnie decyzja o poszerzeniu granic Izraela.

Rząd w Tel Awiwie nie zdecydował się jednak na taki ruch. Co stanęło na przeszkodzie? Złożyło się na to kilka powodów.

Trzeba pamiętać, że lider Likudu Beniamin Netanjahu postulat aneksji podnosił przede wszystkim podczas kampanii wyborczej. Premier starał się pozyskać prawicowych wyborców, których znaczna część jest mieszkańcami osad. Netanjahu zdawał sobie sprawę, że trudno będzie zdobyć głosy centrowo i lewicowo zorientowanych Izraelczyków. Poza tym zwycięstwo w wyborach było dla niego czymś więcej niż możliwością kontynuacji swojej polityki. Dawało ono również nadzieję, że opóźni ono toczone przeciwko niemu postępowania sądowe. Za korupcje, nadużycia zaufania i defraudacje grozi mu bowiem do dziesięciu lat więzienia.

Likud wygrał wybory. Stworzył koalicję jedności narodowej. Netanjahu został premierem. Podstawowe cele zostały osiągnięte. Presja na realizację projektu aneksji osłabła.

Równie ważnym powodem odroczenia decyzji o aneksji było stanowisko Stanów Zjednoczonych. Wprawdzie pomysł aneksji pojawił się w planie pokojowym Donalda Trumpa (styczeń 2020), ale konkretna decyzja miała zależeć od „zapalenia zielonego światła” przez administrację prezydenta Trumpa. Minister obrony i przywódca koalicyjnej partii Biało-Niebiescy Benny Ganz uzasadniając decyzję o przesunięciu terminu aneksji powołał się na brak jednoznacznego wsparcia takiego posunięcia ze strony USA. Jednak nawet gdyby Amerykanie czytelnie poparli projekt, Netanjahu i tak mógłby się wstrzymać. Premier Izraela zdawał sobie sprawę, że wybory w Stanach Zjednoczonych mógł wygrać Joe Biden (co zresztą miało miejsce), a kandydat Demokratów wcale nie był takim zapalonym zwolennikiem aneksji. Netanjahu nie zamierzał zaczynać współpracy z nowym lokatorem Białego Domu od niepotrzebnego napięcia. Wsparcie USA jest Izraelowi potrzebne przede wszystkim w rywalizacji z Iranem. Podstawowym celem premiera Netanjahu jest przekonanie amerykańskiej administracji do twardego kursu wobec Teheranu.

Tel Awiwowi nie zależało również na antagonizowaniu krajów arabskich. Nigdy wcześniej w historii Izrael nie miał tak dobrych relacji z krajami arabskimi. W 2020 r. zostały podpisane porozumienia „o normalizacji” ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Bahrajnem i Sudanem. Znaczenie ociepliły się również relacje z najważniejszym państwem regionu – Arabią Saudyjską. Tel Awiw i Rijad dzieli wiele, ale zbliża je wspólna niechęć do Iranu.

Decyzja o aneksji mogłaby wpłynąć negatywnie na obraz Izraela w regionie. Tym bardziej, że Jordania i Egipt (dwa sąsiednie państwa, które podpisały porozumienie pokojowe z Izraelem) bardzo krytycznie oceniają potencjalne posunięcie rządu w Tel Awiwie. Król Jordanii Abdullah nie wahał się nawet zapowiedzieć, że gdyby Izrael dokonał aneksji Zachodniego Brzegu, doprowadziłoby to do wielkiego konfliktu z Haszymidzkim Królestwem Jordanii. Tel Awiw nie może lekceważyć słów jordańskiego monarchy. Pomoc sąsiada jest mu potrzebna przede wszystkim w zakresie zapewniania bezpieczeństwa. Możliwe byłoby również zawieszenie, a może nawet wypowiedzenie izraelsko-jordańskiej umowy gazowej.

Na decyzję Netanjahu miała również wpływ opozycja państw Unii Europejskiej. Prawdopodobnie nie doszłoby jednak do jakiś wymiernych antyizraelskich działań podjętych przez organy Unii. Wprawdzie zapowiedziano wykluczenie Izraela z programów takich jak Horyzont 2020 i Erasmus+ czy restrykcje wobec produktów pochodzących z terytoriów okupowanych, ale, jak wiadomo, niełatwe jest przyjęcie tego rodzaju decyzji. Wymagają one jednomyślności państw. Część krajów uważanych za proizraelskie (np. Republika Czeska, Węgry) z całą pewnością by ich nie poparło.

Nie jest jednak wykluczone, że niektóre państwa mogłyby zdecydować się na jakieś dyplomatyczne działania (np. Belgia, Hiszpania, Francja, Irlandia, Luksemburg, Szwecja). Izraelskie plany skrytykowały oficjalnie najważniejsze kraje Unii: Niemcy, Francja, a nawet Wielka Brytania. Premier Boris Johnson nie wahał się nawet stwierdzić, że aneksja ostatecznie zaszkodzi Izraelowi i uniemożliwi mu osiągnięcie „dalekosiężnych celów”. Negatywne były również reakcje niektórych społeczeństw państw unijnych. Z całą pewnością wzmocniłby się ruch BDS propagujący bojkot towarów izraelskich.

Aneksja mogłoby też wpłynąć na postawę organizacji międzynarodowych. Zgromadzenie Ogólne przyjęłoby rezolucję potępiającą Tel Awiw i nie byłoby to zaskoczeniem. Organy ONZ niejednokrotnie wyrażały się krytycznie wobec postępowania Izraela. Możliwe byłoby też rozpoczęcie oficjalnego śledztwa przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Nie miałoby ono wymiernego znaczenia, ale z pewnością nie wpłynęłoby pozytywnie na wizerunek Izraela w świecie.

Nie do przewidzenia są również reakcje Palestyńczyków. Władze Autonomii groziły zawieszeniem współpracy w kwestiach bezpieczeństwa (co zresztą na pewien czas miało miejsce), a nawet rozwiązaniem struktur samej Autonomii. Z całą pewnością przysporzyłoby to poważnych problemów Tel Awiwowi. W jakimś zakresie (trudnym do przewidzenia) byłby on obciążony obowiązkiem zabezpieczenia usług komunalnych takich jak np. organizacja oświaty czy służby zdrowia.

Poza tym doszłoby do eksplozji społecznego niezadowolenia. Nie należałoby się jednak spodziewać niczego więcej niż masowych demonstracji, podczas których palonoby izraelskie flagi. Pojawiają się jednak głosy, że nie można wykluczyć dużo poważniejszych reakcji palestyńskiego społeczeństwa. Mówi się nawet o wybuchu kolejnej intifady. Jest to mało prawdopodobne, ale nie da się do końca przewidzieć reakcji społecznych, tym bardziej tak sfrustrowanego narodu, jak palestyński. Niewykluczone są również protesty na terytorium samego Izraela. Mogłyby się zaktywizować środowiska lewicowe i propokojowe, a także arabscy obywatele Państwa Żydowskiego.

Zasadne wydaje się też pytanie, czy aneksja części Zachodniego Brzegu jest Izraelowi do czegokolwiek potrzebna. Na tym obszarze Państwo Żydowskie realizuje swoje interesy. Rozwija się żydowskie osadnictwo, zagospodarowana jest pochodząca stamtąd woda, budowana jest potrzebna do życia osadników infrastruktura, która utrudnia zresztą funkcjonowanie mieszkającym tam Palestyńczykom. Izrael realizuje politykę faktów dokonanych. Po co więc drażnić społeczność międzynarodową takim spektakularnym działaniem, jakim jest formalna aneksja. Lepiej cicho i konsekwentnie kontynuować swoją politykę.

Izrael prawdopodobnie nie zdecyduje się na rozciągnięcie swojego władztwa na część Zachodniego Brzegu, ale nawet brak takiego działania nic nie zmienia w kontaktach z Palestyńczykami. Pokój między dwoma zwaśnionymi narodami jest już w zasadzie niemożliwy. Umiera również koncepcja dwupaństwowa. Może świat w nią wciąż wierzy, ale tę wiarę podziela coraz mniej Izraelczyków i Palestyńczyków. Nie pierwszy raz zdarza się, że marzenia o lepszym świecie zastąpione są Realpolitik, w którym silniejszy ustala reguły gry.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” w latach 2019-2021