Logo Thing main logo

Ostatnie wpisy

Noty

Hong Kong: „Podwójne standardy” i „lekcja dla wszystkich”.

27.07.2020

Doniesień na temat sytuacji społeczno-ustrojowej w Hongkongu nie ma końca. Jako że w Polsce rzadko przebija się głos władz „perły Orientu”, warto odnotować kilka komentarzy Carrie Lam. Szefowa rządu na ostatnich konferencjach oswaja lokalistów, punktuje USA, zapowiada pomoc w czasach COVID-19 Tło: demokratyzacja vs. mainlandyzacjaMasowe protesty w Hongkongu, których świadkami byliśmy w 2019-2020 roku (według różnych doniesień liczyły między 200 tysięcy a 1,7 miliona osób), nie są jedynymi aktami społecznego sprzeciwu niepodległościowych lokalistów. Pomijając okres kolonialny (lata 60-80. XX w.) i transformacji lat 90. ub. wieku, największe prodemokratyczne wystąpienia ludności miały jeszcze miejsce w 2003 r. (ok. pół miliona protestujących) oraz w czasie „parasolkowej rewolucji” studentów (2014 r.).Trwające od 2019 r. napięcia wywołane są głównie: obawą przed mainlandyzacją, tj. odejściem od zasady ustrojowej „jedno państwo – dwa systemy” i faktycznym wchłonięciem przez ChRL; presją części ludności ku liberalizacji prawa wyborczego (postulat wyborów powszechnych do władz regionu); pracami władz nad prawem ekstradycyjnym (przepis umożliwiający przekazanie podejrzanych chińskiemu wymiarowi sprawiedliwości nie został ostatecznie przyjęty); implementacją Artykułu 23 Ustawy zasadniczej Hongkongu w zakresie bezpieczeństwa państwa (prace trwają)[1]; oraz postawą policji, oskarżaną przez opozycję o nieproporcjonalne używanie siły względem protestujących; czy wreszcie – stanem wolności mediów i stygmatyzacją ruchu społecznego jako nastawionego na „zamieszki”.“There is no need for us to worry”Podczas konferencji 26 maja br. Carrie Lam (współrządząca od 2017 r.) wyjaśniła, że proponowana przez Pekin uchwała w zakresie bezpieczeństwa narodowego, nie będzie ograniczać praw oraz swobód obywateli miasta. Zaapelowała jednocześnie do mieszkańców o cierpliwość i spokojne oczekiwanie na szczegółowe informacje. Nie musimy się martwić – uspokajała szefowa rządu, dodając, że: w ciągu ostatnich 23 lat, ilekroć ludzie martwili się swobodą wypowiedzi w Hongkongu oraz wolnością zgromadzeń, wielokrotnie udowodnialiśmy, że przestrzegamy tych wartości. Lam podkreśla zarazem, że obecnie najważniejsze jest, aby najpierw zobaczyć te nowe ustawodawstwo i postarać się zrozumieć, dlaczego w tej chwili Hongkong potrzebuje tego aktu prawnego[2].„Podwójne standardy” Tydzień później, 2 czerwca, Lam zarzuciła niektórym państwom Zachodu podwójne standardy, porównując ich reakcje na zamieszki w Stanach Zjednoczonych (związane ze śmiercią George’a Floyda) i niekiedy brutalne interwencje tamtejszej policji oraz diametralnie inne podejście do działań HK w zakresie usprawniania polityki bezpieczeństwa państwa „dwóch systemów”, czy zachowania porządku publicznego w związku z lokalnymi protestami. W kontekście krytyki ze strony USA, Wielkiej Brytanii i innych państw zachodnich Lam ripostuje – niedawno widzieliśmy tego rodzaju podwójne standardy przy zamieszkach w Stanach Zjednoczonych (...) Widzimy, jak zareagowały lokalne władze. Ale w zeszłym roku, kiedy mieliśmy podobne zamieszki w Hongkongu, jakie było ich stanowisko? – pyta retorycznie. Dalej, Lam puentuje zachowanie tych państw następująco: traktują bezpieczeństwo narodowe własnego kraju bardzo poważnie, ale gdy chodzi o bezpieczeństwo naszego kraju, sytuację w Hongkongu, patrzą na to przez przyciemnione okulary[3].Lekcja dla wszystkich i wsparcie rządu – ku normalnościKażdy musi wyciągnąć z tego lekcję. Hongkong nie może dalej pozwolić sobie na chaos. Mieszkańcy Hongkongu chcą spokoju i stabilności. W kontekście globalnej recesji gospodarczej wywołanej pandemią, bardziej niż kiedykolwiek (...) musimy przywrócić normalne życie ludziom – wyraźnie zaznaczyła Carrie Lam podczas swojej konferencji prasowej w kolejnym tygodniu (9 czerwca). Lam podkreśliła, że mimo pandemii Hongkong pozostaje jednym z centrów gospodarczych świata; zapowiedziała jednocześnie, że rząd Specjalnego Regionu Autonomicznego wprowadzi rozwiązania stymulujące rynek pracy oraz rozdysponuje specjalne pomocowe środki finansowe dla mieszkańców w wieku powyżej 18 lat. Każda osoba ma otrzymać 10.000 dolarów hongkońskich (1.300 dolarów amerykańskich) już od 8 lipca. Przewodnicząca Rady Wykonawczej ogłosiła też, że pensje wszystkich nominowanych na stanowiska polityczne zostaną zamrożone na rok począwszy od lipca. Niemianowanym członkom rządu także zamrożone zostaną pensje na rok, począwszy od października[4].Carrie is caring?Mimo krytyki z różnych stron, szefowa administracji Hongkongu zdaje się rozumieć powagę sytuacji. Potrafi słuchać, ale też wymaga dialogu, tak aby i rząd, i społeczeństwo nie znalazło się między Scyllą drastycznej interwencji KPCh a Charybdą radykalizacji części lokalistów. Swojej odpowiedzialności dowiodła już w czerwcu 2019 r., gdy w specjalnym oświadczeniu, odnosząc się do kwestii ekstradycyjnych przyznała, że niedociągnięcia w pracy rządu doprowadziły do konfliktu i sporów w społeczeństwie Hongkongu, a także rozczarowały i zaniepokoiły wielu ludzi, oraz że przeprasza obywateli i obiecuje przyjąć ich krytykę w najbardziej szczery i pokorny sposób[5].© Mateusz Krycki[1] Według niepotwierdzonych dotąd doniesień implementacja przepisów Artykuł 23 Ustawy Zasadniczej Specjalnego Regionu Administracyjnego Hong Kongu miałaby ograniczać swobody obywateli i prawa człowieka, w tym wolność słowa (Artykuł 23 w sposób ogólny stanowi o możliwościach ograniczania na terenie HK działalności prowadzącej do buntu, secesji, lub innych wystąpień przeciwko władzy ChRL; dopuszcza też możliwość interwencji ChRL w sytuacji zamieszek zagrażających bezpieczeństwu państwa i jego integralności).[2] Global News, Hong Kong leader says ‘no need for us to worry’ about China’s new security bill, 26.05.2020 (https://globalnews.ca/news/6985734/hong-kong-china-security-bill-carrie-lam/).[3] Deutsche Welle, Hong Kong leader Carrie Lam slams US ‘double standards’ with protests, 2.06.2020 (https://www.dw.com/en/hong-kong-leader-carrie-lam-slams-us-double-standards-with-protests/a-53655150)[4] CGTN, Hong Kong cannot tolerate any more 'chaos': Carrie Lam, 9.06.2020 (https://news.cgtn.com/news/2020-06-09/Hong-Kong-cannot-tolerate-any-more-chaos-Carrie-Lam-Rb2uDwcB1K/index.html)[5] IAR, Hongkong: dwa miliony protestujących przeciwko ekstradycji do Chin kontynentalnych, 16.06.2019 (https://www.polskieradio24.pl/5/1223/Artykul/2325934,Hongkong-dwa-miliony-protestujacych-przeciwko-ekstradycji-do-Chin-kontynentalnych)

Noty

Jak pieniądze i korupcja zmieniają układ sił politycznych w kraju, czyli czym żyje Szwajcaria?

25.07.2020

Mimo trudnej ze względu na Covid-19 sytuacji gospodarczo-politycznej na świecie, szwajcarską opinię publiczną zajmuje przede wszystkim przejrzystość, uczciwość i solidarność społeczna w kontekście wewnętrznych finansów publicznych. Główne doniesienia prasowe koncentrują na roszczeniach emerytalnych dwóch tamtejszych polityków: multimiliardera Christopha Blochera (SVP), oraz milionera Johanna Schneider-Ammanna (FDP), którzy to po latach zwrócili się do rządu federalnego o wypłatę swoich zaległych emerytur. Atmosferę podgrzewają również kolejne informacje o zmówionych przez rząd specjalnych ekspertyzach oceniających słuszność wysuwanych roszczeń, które to generują dodatkowe koszty dla budżetu państwa, co zdecydowanie nie podoba się szwajcarskim obywatelom.Napięcie i niezadowolenie społeczne budzą nadto oskarżenia korupcyjne wobec byłego burmistrza Genewy i radnego kantonu genewskiego Pierre’a Maudeta (FDP), który przed laty czerpał benefity majątkowe, wykorzystując pełnioną przez siebie funkcję w Radzie Narodowej (Nationalrat). Tym samym sprawy personalne czołowych liderów partyjnych zmarginalizowały doniesienia medialne, dotyczące ewentualnych problemów finansowych szwajcarskich firm czy prezydencji Niemiec w UE.KomentarzSzwajcaria to jeden z najbogatszych krajów świata. Wydawać by się więc mogło, iż obecny stan gospodarki państwa powinien znaleźć się w obrębie intensywniejszego zainteresowania mediów, tymczasem tak się nie stało. Uwagę obywateli przyciągają budzące wątpliwości postulaty finansowe byłych członków Rady Narodowej (Nationalrat) oraz ciągnąca się od kilku lat sprawa korupcji finansowej w polityce.Szwajcarska scena polityczna jest obecnie, w wyniku wyborów z 2019, zdominowana przez trzy najsilniejsze partie: Szwajcarską Partię Ludową (Schweizerische Volkspartei, SVP), Socjaldemokrtyczną Partię Szwajcarii (Die Sozialdemokratische Partei der Schweiz, SP) oraz FDP.Liberałów (Die Liberalen). Jednakże to nie one, a partie proekologiczne: Zieloni (Die Grünen) oraz Zielona Partia Liberalna Szwajcarii (Die Grünliberale Partei Schweiz, GLP), zyskują aktualnie przewagę i poparcie społeczne. Jeśli przyjrzeć się bliżej toczącym się sporom na temat świadczeń państwowych, zauważyć można, iż w sposób decydujący wpływają one na rozkład sił politycznych w państwie. Przyczynkiem nieporozumień stała się decyzja Blochera, 79-letniego przedsiębiorcy z Zurichu i członka Bundesratu w latach 2003-2007. Polityk ten, choć pierwotnie zrzekł się swojego prawa do emerytury, zmienił jednak zdanie, wyrażając chęć jej pobrania. Wywołało to powszechny sprzeciw opinii publicznej ze względu na kwotę (2,7 mln franków szwajcarskich) oraz wsteczność roszczenia, tym bardziej, iż Blocher zaliczany jest do grona 10 najbogatszych osób w Szwajcarii. Sam zainteresowany argumentował swoją decyzję nie tyle wysokością kwoty, gdyż „jego roczne podatki są «wyższe niż pobieranie tej emerytury»”, a sprzeciwem co do prowadzonej obecnie polityki czerwono-zielonego parlamentu, któremu nie zamierza, jak to sam określił, „dawać prezentów”. Co ciekawe jest to pierwszy taki przypadek w Szwajcarii, jeśli chodzi o wsteczne świadczenia. Dla podgrzania atmosfery media donoszą o innym byłym radnym, szwajcarskim milionerze Johannie Schneider-Ammannie (m.in. ministrze gospodarki z ramienia FPD w latach 2010-2018 oraz w 2015 wiceprezydencie Szwajcarii), który z kolei zdecydował się przekazać całą swoją emeryturę (220 tys. franków rocznie) na cele charytatywne.Kontrowersje wokół zaległych świadczeń znalazły swoje odbicie na płaszczyźnie polityki kantonalnej, w tym głównie miasta Bazylei. Zielona Partia Liberalna wystąpiła tam bowiem z inicjatywą ograniczenia wypłaty emerytur dla byłych już prezesów sądów oraz członków rządu z dziesięciu do trzech lat. Zgłoszony przez GLP projekt, cieszący się aż 61,9% poparciem, miał w ten sposób zwrócić na nią uwagę i podnieść jej polityczne notowania. Doprowadził też do ogólnoszwajcarskiej debaty nad kosztami świadczeń dla byłych członków Rady Federalnej, które obciążają podatników kwotą 4,8 mln franków rocznie.Obok wywołujących kontrowersje spraw finansowych polityków FDP, pozycja tej partii uległa znacznemu osłabieniu w wyniku ujawnionej już wprawdzie w 2015 afery korupcyjnej byłego członka Rady Narodowej Maudeta, która w kontekście ogólnoszwajcarskiego niezadowolenia społecznego, powróciła teraz jak boomerang. Radnemu przyznano bowiem w 2019 roku dożywotnią emeryturę w wysokości od 89 000 do 125 000 franków rocznie, mimo iż oskarżony on został o przyjęcie sponsorowanej, luksusowej wycieczki do Abu Zabi (do czego się przyznał) i prowadzenie nielegitymizowanych rozmów z najwyższymi urzędnikami państwowymi tego kraju. Wprawdzie centrala partii, obawiając się utraty zaufania publicznego, odcięła się od niego już w 2018, to jednak kantonalny odział FDP dopiero teraz zdecydował się wykluczyć go ze swojego grona. Dodatkową rysą na wizerunku liberałów i Maudeta stało się aresztowanie jego asystenta oraz partyjnego kolegi i analityka strategicznego policji Simona Brandta, zatrzymanego pod zarzutem naruszenia tajemnicy państwowej.Może się zatem okazać, że wbrew pozorom to nie Covid-19, a przynajmniej nie w sposób bezpośredni, będzie w stanie zmienić układ sił politycznych w Szwajcarii podczas kolejnych wyborów w 2023, a nielegalne działania polityków i skrupulatność finansowa Szwajcarów. Nadto, jeśli weźmie się pod uwagę trendy polityczne w tym kraju, zauważyć można, iż od 1975 do 2019, tendencję wzrostową odnotowują tam właśnie organizacje „prozielone”, przy jednoczesnej wzrastającej stagnacji dużych partii, w tym SVP i powolnym zanikaniu małych partii prawicowych. Jeśli ten trend się utrzyma, będzie to kierunek odmienny od obserwowanego obecnie w UE, która nie sprostawszy kryzysowi koronawirusa, doprowadziła do rozbudzenia nastrojów nacjonalistycznych i osłabienia trendu federalizacyjnego.

Noty

Mjanmy polityczno-gospodarcza modernizacja i wychodzenie z ciszy

22.07.2020

Związek Myanmar to nominalnie młoda republika prezydencka z potencjałem geopolitycznym, deklaratywnie demokracja in-statu-nascendi z aspiracjami, a w praktyce? Ostatnia dekada przemian i stosunki z ChRL dają częściową odpowiedź, jednocześnie skłaniają do refleksji nad ikonami i efektami transformacji ustrojowej.PolaryzacjaMjanma, czyli niegdysiejsza Birma, od dekad stanowi w zasadzie wzorcowy przykład państwa postkolonialnego, którego elity polityczne i wojskowe przenikają się, dokonując raz po raz ustrojowego przełomu, bądź – częściej – przewrotu (zachodni komentatorzy skłaniają się tu zazwyczaj do uproszczenia w formule „zamach stanu”). Ich rezultaty w istocie do dnia dzisiejszego utrzymują wewnętrzną polaryzację centrum-peryferie, a ta z kolei dla ponad pięćdziesięciomilionowego, zróżnicowanego etnicznie społeczeństwa (ok. 135 mniejszości), mimo przestrzeni do Szafranowej rewolucji, kolejnych odwilży i kontrolowanych reform z głosem Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD) i zachodnimi korporacjami w tle (zwieńczonych choćby konstytucją z 2008 r. lub symbolicznym powrotem Pepsi na półki), oznaczała daninę krwi, wolności, godności, lub przyzwoitości, ewentualnie pamięci. Dość wspomnieć o pacyfikacji protestujących w tzw. Powstaniu 8888 w 1988 r. (z ponad 2 tysiącami zabitych, głównie studentów), o demonstracjach z 2007 r., gdy zabito kilkuset mnichów; areszcie domowym Suu Kyi z jednej strony, a zarazem o jej (noblistki) ewolucji ku realpolitik ustępstw z drugiej; lub – ostatnio – o skazaniu dziennikarzy Reutera, czy wreszcie czystkach etnicznych wobec Rohindżów (między 2017 a 2018 r. do ucieczki do Bangladeszu zmuszono ok. 800 tys. osób).Na ten krajobraz wertykalnej, polityczno-gospodarczej modernizacji w wydaniu południowo-azjatyckim nakłada się jeszcze jedna istotna warstwa okoliczności – a więc poszukiwanie legitymizacji zewnętrznej, a co za tym idzie – geopolityczne ruchy Chin i USA, w niemałym stopniu angażujące strategów z „kraju silnych jeźdźców”.Prozachodni piwotWraz z nową konstytucją, od 2010 r. wojskowi zamienili mundury na garnitury, by „wygodniej” kontrolować reformy, a zarazem układać swoje karty w grze z Zachodem i ChRL. Było to już udziałem nowej generacji, wykształconych i obytych w świecie technokratów, rozumiejących zasady współczesnej cyrkulacji elit, kapitału i informacji. Naypyidaw (stolica Mjanmy od 2005 r.) wysłał wówczas sygnał, że zamierza wyjść spod gospodarczej kurateli Chin.Zawieszono więc ogień z partyzantką, wypuszczono więźniów politycznych, zliberalizowano gospodarkę, otwierając ją na zagraniczny kapitał. Zniesiono sankcje, zaoferowano pożyczki, a także transformacyjne „know-how” (także z zaangażowaniem polskiej dyplomacji). Zachód uwierzył w demokratyzację Mjanmy według swojego standardu, czemu miały świadczyć kolejne wizyty dyplomatyczne (UE, USA). Nadzieję miał też Barack Obama, według którego Mjanma miała odrodzić się na nowo ustrojowo i gospodarczo pod przywództwem Stanów Zjednoczonych - „(...) jeśli Birmie się uda, zyskamy nowego partnera bez jednego wystrzału”[1].Ważnym społecznie, ale i politycznie ruchem, symbolizującym odchodzenie od dyktatury i zależności względem wielkiego sąsiada było też wstrzymanie się od dwóch dużych inwestycji chińskich. W 2011 r. nowy rząd Związku Mjanmar zrezygnował z budowy zapory wodnej i elektrowni Myitsone (wartej ok. 3,6 mld USD), a także w 2013 r., z modernizacji kopalni miedzi w Letpadaung na północy kraju.Działania te, jak i deregulacje pod kątem inwestycji zachodnich nie zraziły Pekinu, który nie zamierzał oddać pola. Nie dając wiary w szczerość intencji oraz wektor zmiany, Chiny czekały na odpowiedni czas. Miał nadejść relatywnie szybko. W 2020 roku doszło do znacznego zdynamizowania stosunków – stało się to wraz z podpisaniem 33 porozumień, kluczowych dla infrastruktury strategicznych przepływów energetycznych, ale także pod kątem układu geopolitycznego w strukturze Inicjatywy Pasa i Szlaku.Konstytucyjne umacnianie struktur post-reżimowych i krucha prezydenturaRok 2015 miał być rokiem zwieńczenia przemian – po Thein Seinie ustanowiono nowego prezydenta. Miał być pierwszym cywilnym od ponad 50 lat i nieuwikłanym przedstawicielem oraz wyrazicielem narodu. Okoliczności ustrojowe wyboru Htin Kyaw, a także kolejne wątpliwe kroki rządu „Sekretarz Stanu” Suu Kyi i rządzącej NLD (dotyczące zwłaszcza kwestii mniejszości muzułmańskiej) sprawiły, że nadzieje zachodnich patronów na nowe otwarcie zaczęły ulatywać.Suu Kyi i NLD podzielili się władzą z wojskowymi. W istocie nie mieli wyboru, gdyż konstytucja z 2008 r. została tak skonstruowana[2], by generalicja nadal mogła sprawować kontrolę nad nominalnie kluczowymi urzędami prezydenta i wice-prezydentów.Głowa państwa wybierana jest bowiem w sposób pośredni poprzez parlament (Pyidaungsu Hluttaw), na połączonym posiedzeniu jego dwóch izb, spośród trzech wiceprezydentów kraju, reprezentujących odpowiednio izbę niższą, izbę wyższą i... wojsko. Zgodnie z konstytucją armia posiada prerogatywy w zakresie sprawowania legislatywy i egzekutywy, a także 25-procentowy udział w mandatach parlamentarnych oraz w trzech resortach w zakresie bezpieczeństwa.Dodatkowo, cenzus pochodzenia kandydata ogranicza bierne prawo wyborcze na najwyższy urząd osób mających rodzinę za granicą. Zapis jest dość osobliwy i – chciałoby się rzec – przeznaczony dla Suu Kyi, której synowie mają brytyjskie paszporty. Kyaw, był więc uznawany jako prezydent zastępczy, a z czasem marionetkowy. Piastował urząd krótko, po 2 latach, w marcu 2018 r., oficjalnie z uwagi na stan zdrowia złożył urząd.Zastąpił go na stanowisku 66-letni Win Myint, który pełni obowiązki prezydenta do kolejnej elekcji w listopadzie tego roku. Myint, podobnie jak jego poprzednik, jest członkiem NLD, a także bliskim współpracownikiem Suu Kyi, z historią opozycyjną (w latach 90. XX w. był więźniem politycznym, aresztowanym za udział w Powstaniu 8888).Krzywizna birmańskiego okrągłego stołuZwiązek Myanmar to nominalnie republika prezydencka, deklaratywnie demokracja in statu nascendi, a w praktyce? Hybrydowy socjalizm, lub dyscyplinująca (i zdyscyplinowana) demokracja – z elementami znanymi z historii polskiej transformacji. Przy czym mjanmarskim elitom wojskowym udało się nie tyle uwłaszczyć, co przywłaszczyć istotne fragmenty ustroju politycznego i gospodarczego, zostawiając sobie – zdaje się – furtkę do interwencji w momencie kryzysowym, lub w razie wyższej konieczności, np. gdy należy zadbać o jedność terytorialną państwa lub jego interes gospodarczy. A tymi mogą zachwiać – interpretując wydarzenia z ostatnich 8 lat – mniejszości etniczne i ich tendencje separatystyczne.„Życie w ciszy”[3] nie jest już doktryną priorytetową i powszechnie wcielaną, ale być nią nie musi. Pozostaje składnikiem paradygmatu kulturowego, zinternalizowanym i zrozumiałym samo przez się (krytycy dodadzą – „jak u Orwella”). Organiczna praca nad instytucjami i społeczną pamięcią w imię bezpieczeństwa i podstawowego dobrobytu oswoiła obywateli na tyle, że nie muszą en masse rozdrapywać ran po postjuntowskich reformach, ciesząc się względnym dobrostanem i buddyjskim spokojem, o ile nie jest się akurat chrześcijaninem lub muzułmaninem. Żyć w ciszy muszą – zdaje się – przede wszystkim ci, którzy w jakikolwiek sposób chcieliby naruszyć status quo rzeczonej demokratyzacji i prostować mjanmarski „Okrągły stół”; bądź ci, którzy chcieliby storpedować udział Mjanmy w chińskiej Inicjatywie Pasa i Szlaku.Ikony drogi do nowoczesnego państwa prawa odbrązowiały, czego dowodzi najnowsza historia Suu Kyi, która zdaje się porzuciła na tej drodze dawne ideały, ucząc się politycznego pragmatyzmu. Mimo apeli niektórych komentatorów[4] o odebranie jej pokojowej nagrody Nobla, warto wstrzymać się z jej ostateczną oceną. Trudno posądzać liderkę birmańskiego odrodzenia ku demokracji o makiawelizm i wyrachowanie, ale kto wie co przyniosą kolejne wybory i kolejna zmiana generacyjna, którym towarzyszyć będzie jednocześnie coraz intensywniejsze napięcie na linii USA – ChRL.© Mateusz Krycki[1] Remarks by the President at the United States Military Academy Commencement Ceremony, The White House, 28.05.2014, https://obamawhitehouse.archives.gov/the-press-office/2014/05/28/remarks-president-united-states-military-academy-commencement-ceremony[2] Zob. Konstytucja z dnia 10 maja 2008 r. Republiki Związku Mjanmy, Biblioteka Sejmowa; rozdział 3, 4 i 9; https://www.burmalibrary.org/docs5/Myanmar_Constitution-2008-en.pdf (1.05.2020)[3] Cyt. za: Ch. Fink, Living Silence in Burma. Surviving Under Military Regime, Chiang Mai 2009.[4] Zob. A. Domosławski, Aung San Suu Kyi, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, powinna tę nagrodę stracić, w: „Polityka”, 6 września 2017, https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1718916,1,aung-san-suu-kyi-laureatka-pokojowej-nagrody-nobla-powinna-te-nagrode-stracic.read (2.05.2020)

Noty

Spory na indyjsko-chińskiej granicy początkiem nowego kursu w polityce zagranicznej Indii

22.07.2020

Indyjsko-chińska walka na kamienie i prętyCo najmniej 20 indyjskich i 40 chińskich żołnierzy zginęło w trwających siedem godzin starciach na granicy indyjsko-chińskiej, do jakich doszło 15 czerwca br. w regionie Ladakh w dolinie rzeki Galwan w Himalajach. Indyjski minister spraw zewnętrznych Subrahmanyam Jaishankar oskarżył Chiny o złamanie w tygodniu poprzedzającym konflikt porozumienia o nieprzekraczaniu linii rzeczywistej kontroli (Line of Actual Control – LAC). Jest to luźna linia demarkacyjna, jaka biegnie przez obszary górskie, jeziora i rzeki, i oddziela terytoria kontrolowane przez Indie i Chiny. Strona chińska z kolei za bezpośrednią przyczynę walk uznała prowokowanie i atakowanie chińskiego personelu granicznego przez indyjskie wojsko. Ponieważ w listopadzie 1996 r. obydwa kraje podpisały porozumienie, którego artykuł 6 zakazuje użycia broni palnej i materiałów wybuchowych podczas potencjalnych zatargów w obrębie dwóch kilometrów wzdłuż linii rzeczywistej kontroli, walkę stoczono przy użyciu kamieni, metalowych prętów i kijów nabitych gwoździami. Według indyjskich doniesień Chińczycy obeszli się z przeciwnikiem wyjątkowo brutalnie, okaleczając także zwłoki. Stało się to dla strony indyjskiej bodźcem do uznania ROE[1] za nieobowiązujące i wydania polecenia używania broni palnej w przyszłych konfliktach przygranicznych. Przedstawiciele indyjskiej armii powiedzieli, że następnego dnia po walce odbyło się spotkanie chińskich i indyjskich wojskowych w celu rozładowania napięcia. Jednak szczegóły rozmów nie są znane. Indyjska prasa podała, że obie strony konfliktu dążą do jego wygaszenia, pracując nad ustanowieniem strefy buforowej pomiędzy obiema armiami. Mimo uspokajających komunikatów od czerwcowych wydarzeń do połowy lipca zarówno Indie, jak i Chiny dyslokowały w pobliżu linii rzeczywistej kontroli broń i kilka batalionów żołnierzy.Tło konfliktuPrzyczyn eskalacji napięcia upatruje się jeszcze w 2014 r., kiedy premier Indii Narendra Modi zniósł autonomię zamieszkanego głównie przez ludność muzułmańską Kaszmiru i oderwał od niego Ladakh – obszar pomiędzy głównym pasmem Himalajów a górami Karakorum, tworząc z tych obszarów terytorium związkowe. Fakt ten wywołał niezadowolenie Chińczyków, którzy potępili działania Indii na forum ONZ. Celem protestów, jak jednak oceniają komentatorzy, była nie tyle chęć obrony praw muzułmanów, co utorowanie sobie drogi do przyszłych chińskich roszczeń terytorialnych dotyczących Ladakhu. Ostatecznym punktem zapalnym było rozbudowywanie przez Hindusów infrastruktury (drogi, lotnisko) na terenie przygranicznym, w retoryce indyjskiej mające służyć rozwojowi handlu, ale mogące także ułatwić przerzut wojsk w razie potrzeby. Odpowiedzią Chińczyków było zwiększenie liczby żołnierzy na granicy i zintensyfikowanie aktywności wojsk patrolowych, także na terenach kontrolowanych przez Hindusów. Przez pewien czas chińska działalność przygraniczna była ignorowana przez rząd w New Delhi, co jednak zachęciło Chińczyków do dalszej ekspansji. W dniach poprzedzających konflikt do aktorów sporu dołączył Nepal, którego władze uznały tereny będące przedmiotem indyjskich planów budowlanych jako należące do Nepalu i zażądały od Indii usunięcia stacjonujących tam wojsk. Zmiana dotychczas przyjaznej Indiom retoryki była pokłosiem przejęcia władzy w Nepalu przez sympatyzującą z Chinami partię komunistyczną.Relacje Chiny – Indie, czyli taniec smoka ze słoniemKaszmir, na terenie którego doszło do konfliktu, tradycyjnie jest obszarem sporu między Chinami, Indiami a Pakistanem. Jako obszar geograficzny stanowi najbardziej na północ wysuniętą część subkontynentu indyjskiego. Obejmuje:terytoria administrowane przez Indie – terytoria związkowe Dżammu i Kaszmir w południowej części Kaszmiru; przedmiot sporów indyjsko-chińskich od 1962 r. i indyjsko-pakistańskich od 1947 r., oraz Ladakh w zachodnich Himalajach w północnej części Indii; przedmiot sporów chińsko-indyjsko-pakistańskich od 1947 r.,terytoria administrowane przez Pakistan – Azad Kaszmir, region nominalnie posiadający autonomię jurysdykcyjną, zlokalizowany w zachodniej części Kaszmiru; przedmiot sporów między Indiami i Pakistanem od 1947 r. i między Indiami i Chinami od 1962 r., oraz Gilgit-Baltistan, autonomiczny region administracyjny obejmujący północną cześć Kaszmiru; przedmiot sporu między Indiami i Pakistanem oraz Chinami i Indiami od 1947 r.,terytoria administrowane przez Chiny – Aksai Chin, obszar będący częścią regionów autonomicznych Xinjiang i Tibet, obejmujący wschodnią część Kaszmiru; przedmiot sporu między Indiami i Chinami od 1962 r. (ostatni indyjsko-chiński zbrojny konflikt), oraz Trakt Trans-Karakorum, zlokalizowany w północnej części pasma górskiego Karakorum; przedmiot sporu między Chinami i Pakistanem do 1963 r. i między Chinami i Indiami.Indyjska prasa ocenia politykę rządu w New Delhi jako uwrażliwioną na chińskie czułe punkty i starającą się nie eskalować przygranicznych prowokacji, do których Chińczycy notorycznie dopuszczają się od 2012 r. W 2013 r. chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza wtargnęła przez granicę w Depsang i rozbiła tam namioty, wycofując się po ponad dwuipółtygodniowych negocjacjach. W 2014 r., w dniu wizyty sekretarza Xi Jinpinga w Indiach 1.000 chińskich żołnierzy zajęło kolejne przygraniczne tereny, opuszczając je po trzech tygodniach. W 2017 r. Chińczycy zajęli należący do Indii płaskowyż Doklam, który ostatecznie opuścili, pozostawiając tam jednak stałe zabudowania. W ostatnich czerech latach chińskie wojsko znacznie umocniło się we wschodnich i środkowych punktach granicznych wzdłuż LAC. Przez ten okres rząd indyjski nie wydał żadnych oficjalnych komentarzy, potępiających chińskie działania. Nie odniósł się także do chińskiej odpowiedzialności za COVID-19, ani do konieczności zaproszenia Tajwanu do rozmów na temat koronawirusa, jakie odbywają się w ramach Światowej Organizacji Zdrowia. Od 2014 r. indyjscy oficjele rządowi nie spotkali się publicznie z Dalai Lamą, w przeciwieństwie do poprzednich rządów. Natomiast częściej niż swoi poprzednicy premier Modi spotykał się z Sekretarzem Generalnym Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpingiem. Politycy odbyli 18 spotkań, z czego 9 podczas wizyty indyjskiego premiera w Chinach. Polityka ustępowania nie oznacza jednak, że Indie są gotowe na większe cesje terytorialne. W cieniu chińskich prowokacji zbliżają się do Stanów Zjednoczonych, głównie militarnie, podejmując zwiększoną współpracę między marynarkami obydwu krajów i nawiązując relacje, które mają ułatwić przyjęcie Indii do G7. Indie są trzecim krajem świata jeśli idzie o wydatki na zbrojenia – po Stanach Zjednoczonych i Chinach. W 2019 r. wydały na cele militarne ponad 71 miliardów dolarów.Amerykański sojusznikChińczycy podjęli niezwykle agresywne działania. Hindusi zrobili wszystko, co w ich mocy, żeby na nie odpowiedzieć we właściwy sposób, powiedział, odnosząc się do czerwcowego sporu Mike Pompeo, sekretarz stanu Stanów Zjednoczonych[2]. Te wydarzenia Pompeo osadził w kontekście działań Xi Jinpinga w regionie i na całym świecie. Według amerykańskiego polityka Pekin realizuje szczególny wzór stosunków międzynarodowych, polegających na generowaniu konfliktów dotyczących spornych terytoriów, a świat nie powinien takiego zastraszania tolerować. Jak uważają eksperci, ten komentarz, podjęty przez indyjska prasę, wyraźnie określa amerykańską optykę patrzenia na relacje zagraniczne. Zapowiada ona m.in. szukanie sojuszników w rozpoczętej przez prezydenta Trumpa w lipcu 2018 r. wojnie handlowej z Chinami. Zbliżanie się do Indii ma być także jednym ze sposobów realizowania antychińskiej koncepcji wolnego i otwartego Indo-Pacyfiku, według Amerykanów mającego objąć obszar od zachodnich wybrzeży Indii do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Służyć temu ma również wznowienie czterostronnego amerykańsko-indyjsko-japońsko-australijskiego dialogu dotyczącego bezpieczeństwa w regionie (Quadrilateral Security Dialogue Quad), a także intensyfikacja amerykańsko-indyjskich stosunków dyplomatycznych i ćwiczeń wojskowych. Pompeo ogłosił jednocześnie, że Stany Zjednoczone pracują nad tym, żeby Indie, trzeci największy importer ropy naftowej na świecie, której pobór w dwóch trzecich jest zależny od Iranu, były w pełni zaopatrzone w ropę po korzystnej cenie. Słowa te padły w kontekście możliwej wojny amerykańsko-irańskiej, do której, jeśli dojdzie, to zdaniem Pompeo, tylko wskutek braku dobrej woli Iranu[3]. Amerykański sekretarz stanu wezwał społeczność międzynarodową do obrony arterii w Zatoce Omańskiej i Cieśninie Hurmuz, którymi przepływa 20% światowych zasobów ropy, a które były przedmiotem ataku za strony Iranu.Rewizja polityki zagranicznej Indii Eksperci oceniają, że konieczna jest rewizja indyjskich stosunków zagranicznych w duchu mocniejszego kursu w relacjach z Chinami. Bardziej asertywna postawa ma być nie tylko wpisaniem się w amerykańską wizję polityki regionu, ale także odpowiedzią na nastroje społeczeństwa, po czerwcowym konflikcie żądającego bojkotu chińskich towarów. Co oczywiście nie jest łatwe do osiągnięcia, jako że Chiny są największym partnerem handlowym Indii. Indie mogą jedynie próbować ograniczyć chińskim firmom dostęp do potrzeb infrastruktury krytycznej (satelity telekomunikacyjne, kolej, technologia 5G). W duchu gospodarczego uniezależniania się od handlu z Chinami Indie zrezygnowały z umowy o regionalnym partnerstwie gospodarczym (Regional Comprehensive Economic Partnership RCEP) z Chinami, krajami ASEAN (Association of Southeast Asian Nations), Japonią, Koreą, Australią i Nową Zelandią. Sygnatariusze porozumienia, które ma utworzyć potencjalnie największą strefę wolnego handlu na świecie, stanowią 30% światowej populacji i generują 30% światowego PKB (razem z Indiami 39%). Zerwaniu negocjacji przez Indie towarzyszyło wezwanie premiera Modi do gospodarczej samodzielności, kluczowej w dobie światowego załamania gospodarczego w następstwie pandemii. Jak jednak usamodzielnić gospodarkę pozostającą tradycyjnym beneficjentem globalizacji – pozostaje niebagatelnym wyzwaniem dla indyjskich ekonomistów. Równolegle do wprowadzania stosownych rozwiązań w obszarze gospodarczym za kluczowe w Indiach uważa się wzmocnienie stanowiska w przygranicznych sporach z Chinami, zwrócenie światowej uwagi na prowokacyjne działania Chin oraz odnowienie przyjaźni ze starym sojusznikiem – Rosją. Według ekspertów rosyjsko-irańskie partnerstwo może być odpowiedzią na próby ujarzmienia kontynentu euroazjatyckiego przez Chiny, co stawia pod znakiem zapytania sojusz Indii ze Stanami Zjednoczonymi.[1] Rules of Engegament (ROE) – zasady użycia siły obowiązujące strony konfliktu zarówno na szczeblu operacyjnym (oficerowie operacyjni), jak i taktycznym (żołnierze bezpośrednio biorący udział w walkach). Mogą być tworzone przez państwa i organizacje międzynarodowe, patronujące wielonarodowym misjom wojskowym. W takim przypadku muszą być przestrzegane przez wszystkich żołnierzy wykonujących mandat zwierzchniej organizacji.[2] Indians have done their best to respond to China's incredibly aggressive actions: Mike Pompeo, 9. 06. 2020, https://www.indiatoday.in/india/story/indians-have-done-their-best-to-respond-to-china-incredibly-aggressive-actions-mike-pompeo-1698505-2020-07-09?utm_source=recengine&utm_medium=web&referral=yes&utm_content=footerstrip-4 [dostęp: 21. 07. 2020].[3] US working to ensure India's energy needs are met: Mike Pompeo on Iran oil sanctions, 26. 06. 2020, https://www.indiatoday.in/world/story/us-india-energy-mike-pompeo-iran-oil-sanctions-1556833-2019-06-26, [dostęp: 21. 07. 2020].

Noty

Nie stało się nic, czyli Szwedzkie Siły Zbrojne w dobie pandemii

22.07.2020

“Kiedy społeczeństwo jest w kryzysie, jego obrona musi być jak najmocniejsza”Na maj i czerwiec br. od kilku już lat planowano w Szwecji międzynarodowe ćwiczenia wojskowe Aurora 20. Ich terenem miały być wszystkie tradycyjne środowiska operacji wojskowych – powietrze, ląd oraz morze. Żołnierze (w tym 3.000 żołnierzy sojuszniczych) i sprzęt mieli być dyslokowani w Skane, południowym regionie kraju. Jeszcze 1 kwietnia, po tym, jak Kanada i Niemcy odwołały swoje uczestnictwo w ćwiczeniach z powodu koronawirusa, Austria rozważała wycofanie się, a Wielka Brytania ograniczyła swój udział osobowy i sprzętowy, rzecznik prasowy szwedzkiej armii, Marcus Nilsson zapewniał, że jest niezmiernie ważne, by ćwiczenia się odbyły. Ich zorganizowanie miało być dowodem na to, że w czasie, gdy społeczeństwo trwa w kryzysie, jego obrona jest utrzymana na jak najwyższym poziomie. Na podobnym stanowisku stały Stany Zjednoczone i Finlandia, wyrażając gotowość uczestnictwa w przedsięwzięciu. Dwa dni później szwedzki generał broni Johan Svensson, argumentując odwołanie ćwiczeń, powiedział: Społeczeństwo znajduje się teraz pod ogromną presją. Zatem Szwedzkie Siły Zbrojne muszą dostosować swój poziom aktywności, co jest całkiem zrozumiałe.Wydaje się więc, że głównym powodem odwołania ćwiczeń był nie, wbrew pozorom i rozmaitym doniesieniom prasowym, COVID-19, a owa presja społeczna. Jak dotąd bowiem szwedzcy żołnierze są na wirusa odporni. Mimo obecności sporego szwedzkiego kontyngentu na zorganizowanych w listopadzie ubiegłego roku igrzyskach wojskowych w chińskim Wuhan, skąd pandemia przybyła, nie stwierdzono u uczestniczących żołnierzy istnienia wirusa, brak też doniesień o wysokim poziomie zachorowań w armii w ciągu ostatnich tygodni.“Ćwiczenia są niezbędne dla utrzymania silnej i rzeczywistej obrony i naszej zdolności do sprostania wyzwaniom i wydarzeniom teraz i w przyszłości”,… …powiedział generał Johan Svensson. Odwołanie Aurory 20 oznaczało wprawdzie, że nowi poborowi nie będą wzywani na ćwiczenia w 2020 roku, a Gwardia Krajowa (wojska rezerwowe) nie będzie takich ćwiczeń odbywała z uwagi na zwiększenie obowiązków związanych z ochroną ludności cywilnej w dobie pandemii. Jednak działalność szkoleniowa szwedzkiej armii, choć w mniejszym zakresie, została utrzymana.W dniach 11-21 maja na wodach cieśniny Skagerak i Morza Bałtyckiego odbyły się ćwiczenia morskie SWENEX, przy udziale Stałej Grupy Morskiej NATO 1 (Standing NATO Maritime Group One SNMG1), w skład której wchodziły m. in. norweska fregata Otto Sverdrup i niemiecki zbiornikowiec marynarki wojennej FGS Rhön, odgrywający role adwersarzy zagrażających nienaruszalności szwedzkiego terytorium. Po stronie szwedzkiej zaangażowano 15 okrętów wojennych, 80 małych łodzi, 2000 marynarzy oraz helikoptery i małe samoloty. Scenariusz ćwiczeń zakładał przeprowadzenie dwóch typów operacji morskich – utrzymanie bezpieczeństwa morskiego na zachodnim wybrzeżu z ważnymi portami, oraz obronę szwedzkiego wybrzeża Morza Bałtyckiego przed atakiem ze strony wroga.Podobnie, poborowi lądowi, których pandemia zaskoczyła, dokończyli swoje cykle treningowe. Retoryką, uzasadniającą kontynuację szkoleń, było utrzymanie wysokiej gotowości bojowej armii w celu zabezpieczenia stabilności regionu. Oczywiście, jak zapewniano, szwedzka armia podjęła niezbędne środki w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. W przypadku SWENEX-u chociażby ćwiczenia miały odbyć się bez kontaktu fizycznego między wojskami szwedzkimi a sojuszniczymi (podobnie podczas czerwcowych międzynarodowych ćwiczeń BALTOPS 2020), ale należy podejrzewać, że owe gwarancje miały raczej wymiar PR-owy, nie faktyczny. Przemawia za tym nie tylko sama specyfika ćwiczeń wojskowych, nawet ograniczonych do działań woda – powietrze, ale także niewielki poziom obostrzeń związanych z COVID-19, obowiązujących w Szwecji, ograniczających się do zakazu zgromadzeń powyżej 50 osób i skupiających bardziej na przestrzeganiu społeczeństwa niż zakazach.Od strategii neutralności do strategii możliwej neutralności. Od „balancing” do „bandwagoning”[1]Ostatnie lata pokazują wyraźnie ewolucję szwedzkiej strategii obronnej po II wojnie światowej. W 1949 roku Szwecja odmówiła członkostwa w NATO, deklarując neutralność na wypadek stanu wojny. Jednak w okresie post-zimnowojennym stanowisko to uległo rewizji. Pokazują to nie tylko badania społeczne; w 2014 roku więcej Szwedów opowiedziało się za niż przeciwko przystąpieniu do NATO, a także działania szwedzkiego rządu; przystępując w 1994 r. do sojuszu Partnerstwo dla Pokoju, Szwecja rozpoczęła współpracę z NATO. Bierze udział zarówno w ćwiczeniach natowskich, jak i operacjach wojskowych prowadzonych przez NATO, choć w ograniczonym zakresie. Ogłoszenie neutralności nie przeszkodziło również rządowi szwedzkiemu w podjęciu programu budowy broni jądrowej, porzuconego w l. 70 ubiegłego wieku.Mimo więc zwiększenia zakresu obowiązków armii szwedzkiej w dobie koronawirusa, polegających m. in. na mapowaniu zagrożenia czy budowie szpitali polowych, szwedzka filozofia obronna pozostaje bez zmian. Oznacza to przede wszystkim utrzymanie stałej gotowości obronnej związanej z dużym międzynarodowym zainteresowaniem Morzem Bałtyckim, głównie ze strony Rosji (która już przeprowadziła symulowany atak na Szwecję z użyciem broni atomowej), przy stosunkowo niewielkim, jak na razie, udziale w międzynarodowych operacjach wojskowych.Si vis pacem, para bellumPotwierdzeniem owej filozofii jest budżetowanie szwedzkiego sektora obronnego. Analiza wydatków na cele militarne w latach 2016-2020 wskazuje na ich stały i konsekwentny wzrost osiągający łączną sumę 224 miliardów koron (24,7 mld dolarów), ale także relokację 1,3 miliardów koron (około 143 mln dolarów) z finansowania misji zagranicznych na cele szkoleniowe i utrzymywanie stałej gotowości bojowej. To ostatnie, co oczywiste, przy stałym zapewnieniu oficjeli wojskowych o niezmiernej wadze międzynarodowych stosunków militarnych.Zwiększenie wydatków na cele obronne pozwala między innymi na opracowanie rozmaitych scenariuszy wojennych, inwestycję w osobiste wyposażenie żołnierzy, sprzęt do komunikacji, w tym systemy radarowe, ciężarówki i inne środki wsparcia logistycznego, powołanie dodatkowego batalionu zmotoryzowanego, ponowne utworzenie stałych jednostek wojskowych na Gotlandii (obecnie jest już tam batalion zmechanizowany, a strategia obronna ogłoszona na lata 2021-2025 zakłada jego wzmocnienie), włączając w to kompanię zmechanizowaną oraz komponenty dowodzenia i kontroli, zakup nowej broni przeciwpancernej, unowocześnienie czołgów i pojazdów piechoty, doinwestowanie Gwardii Krajowej, wsparcie systemu rekrutacji nowych poborowych i in.Nowa filozofia obronna zakłada również przeprowadzoną w ostatnich latach reformę systemu powołań do szwedzkiej armii z zawodowej do poborowej (marzec 2017). Jak zastrzegają przedstawiciele rządowi, liczba powołań – zarówno kobiet jak i mężczyzn – może się zwiększyć w razie potrzeby.Ostatnie lata wskazują więc wyraźnie na realizację przez Szwecję starołacińskiej maksymy Si vis pacem, para bellum, a okres pandemii nie wydaje się znacząco te działania ograniczać.[1] Rewizja szwedzkiej doktryny wojennej polegającej na przyjęciu stanowiska, że w dobie wyzwań cywilizacyjnych samowystarczalność szwedzkiego sektora obronnego jest iluzją. W związku z powyższym konieczne jest odejście od balansowania w stosunkach międzynarodowych, a przyjęcie strategii zakładającej udzieleniu przez Szwecję wyraźnego poparcia Stanom Zjednoczonym i krajom Zachodu w przypadku konfliktu międzynarodowego.

Noty

Filipiny: walka z terroryzmem czy pętla na szyi obywateli

19.07.2020

Anti-Terrorism Act of 2020. W dniu 3 lipca br. prezydent Filipin Rodrigo Duterte podpisał Anti-Terrorism Act, czyli Ustawę nr 11479, regulującą prawne podstawy ścigania i karania działalności uznanej za terrorystyczną.Kontekst powstania ustawy. Uzasadnieniem ustawy miała być zwiększona fala terroryzmu nękająca kraje południowo-wschodniej Azji, wywołana działalnością Państwa Islamskiego i powiązanych z nim grup dżihadystycznych. Autorzy ustawy przywoływali największą w nowoczesnych dziejach Filipin bitwę, jaka miała miejsce w Marawi od maja do października 2017 r. między siłami rządowymi a bojownikami ISIS, Maute i Abu Sayyaf. Według oficjalnych szacunków pięciomiesięczne starcia pochłonęły ponad 1.000 ofiar – 920 bojowników, 165 żołnierzy i 47 cywilów. Uwolniono ponad 1.780 zakładników przetrzymywanych przez ISIS i środowiska powiązane z Państwem Islamskim. Organizacja Amnesty International podała jednak, że ograniczenia komunikacyjne podczas trwania konfliktu utrudniły dokładne oszacowanie liczby ofiar i rządowe statystyki są w tym względzie mocno zaniżone. Sekretarz Obrony Delfin Lorenzana, odnosząc się do wydarzeń, powiedział: To, co stało się w Marawi, jest lekcją dla każdego z nas w departamencie obrony.[1] Dodał, że kręgi wojskowe zignorowały wagę ostrzeżeń dotyczących działalności ISIS, formułowanych zarówno przez prezydenta Duterte, jak i krajów sąsiadujących z Filipinami. Za największe wyzwanie uznał wzmożenie wysiłków wywiadu w celu uniknięcia podobnych incydentów w przyszłości.Mimo opanowania sytuacji w Marawi, radykalizujące się społeczeństwo, podatne na propagandę dżihadystów, i powtarzające się zamachy bombowe, także samobójcze, niewątpliwie postawiły przed filipińskim sektorem bezpieczeństwa szereg wyzwań. Jego przedstawiciele, wespół z prezydentem Duterte, pomijając kwestie niejasności towarzyszących okolicznościom niektórych zamachów, zaczęli formułować narrację o konieczności podjęcia nasilonych działań antyterrorystycznych.Jednym z takich działań miało być uchwalenie nowego prawa antyterrorystycznego. Pomysłodawcą był senator Panfilo Lacson, były szef filipińskiej policji i obecny przewodniczący senackiej Komisji Obrony Narodowej. Projekt ustawy opracowany przez senatora zakładał złagodzenie restrykcji obowiązujących przedstawicieli aparatu bezpieczeństwa i wprowadzenie przepisów ułatwiających wydanie wyroków skazujących przeciwko osobom podejrzanym o działalność terrorystyczną. Ostatecznie ustawa, która w toku procesu legislacyjnego otrzymała nazwę Anti-Terrorist Act of 2020, 26 lutego br. została przegłosowana przez Senat stosunkiem głosów 19:2, 3 czerwca została zaaprobowana przez Izbę Reprezentantów, a 3 lipca została podpisana przez prezydenta.Główna idea ustawy. Przepisy ustawy definiują terroryzm jako:angażowanie się w działania mające na celu spowodowanie śmierci albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, albo postawienia czyjegoś życia w stan zagrożenia;angażowanie się w działania mające spowodować nadmierną szkodę lub zniszczenie dobra publicznego, miejsc użyteczności publicznej albo własności prywatnej;rozległą ingerencję, uszkodzenie lub zniszczenie infrastruktury krytycznej;opracowywanie, wytwarzanie, posiadanie, nabywanie, transport, dostarczanie lub używanie broni;uwalnianie niebezpiecznych substancji lub wywoływanie pożarów, powodzi lub eksplozji, gdy celem jest zastraszenie ogółu społeczeństwa, tworzenie atmosfery paniki, prowokowanie lub wywieranie wpływu przez zastraszanie na rząd lub międzynarodową organizację, poważne destabilizowanie lub niszczenie podstawowych struktur politycznych, ekonomicznych lub społecznych, wywoływanie stanu wyjątkowego lub poważne naruszanie bezpieczeństwa publicznego.W świetle ustawy osoby, w które w jakikolwiek sposób angażują się w działania określone powyżej, mogą być skazane na dożywotnie więzienie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Dwunastoletnim więzieniem są zagrożone osoby, które straszą popełnieniem aktu terroru, nakłaniają innych do jego popełnienia, świadomie i dobrowolnie przystępują do organizacji terrorystycznych, a także świadczą usługi doradcze lub eksperckie w popełnieniu czynów terrorystycznych. Ustawa powołuje również Radę Antyterrorystyczną, mianowaną przez prezydenta, której członkowie mogą arbitralnie wskazywać potencjalnych terrorystów. Ci mogą być zatrzymani bez sądowego nakazu na 14 dni i kolejne 10 bez odszkodowania za nieuzasadniony areszt. W następnej kolejności mogą być poddani nadzorowi policyjnemu lub wojskowemu na 60 dni, z możliwością przedłużenia na kolejne 30.Przeciwnicy ustawy. Dwóch senatorów głosujących przeciwko uchwaleniu ustawy, Risa Hontiveros i Francis Pangilinan, wyraziło wątpliwości dotyczące nowych uprawnień, które przepisy ustawy przyznają funkcjonariuszom aparatu bezpieczeństwa. Wskazali także na potencjalnie negatywne konsekwencje dla swobód obywatelskich Filipińczyków, jakie niesie ze sobą wykorzystywanie tych uprawnień w walce z terroryzmem. Do grona przeciwników dołączyła organizacja Amnesty International, tuż po debacie w Izbie Reprezentantów wydając odezwę, wzywającą rząd do zaprzestania prac nad implementacją przegłosowanego prawa. Odezwa głosiła, iż ustawa stwarza ryzyko przyznania nadmiernych uprawnień filipińskiej egzekutywie, która już dopuściła się poważnych naruszeń praw człowieka w kraju pod prezydenturą Rodrigo Duterte. Administracja Duterte kontyunuuje <wojnę z narkotykami> pomimo dziesiątków tysięcy już zabitych przez policję i osoby uzbrojone. Ataki na obrońców praw człowieka i krytyków rządu – w tym działaczy, dziennikarzy, prawników, przywódców kościelnych, liderów związków zawodowych oraz osoby i grupy powiązane z lewicą polityczną – nasiliły się w atmosferze bezkarności; byli oni wielokrotnie oznaczani jako „czerwoni” i oskarżani o bycie „terrorystami” z powodu ich domniemanych powiązań z grupami komunistycznymi.”[2] Inne organizacje międzynarodowe, jak Greenpeace i ONZ, również wezwały rząd filipiński do zniesienia ustawy. Podobne stanowisko zajęło 45 reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych oraz media zagraniczne – Al Jazeera i The Washington Post.Protesty społeczne i Sąd Najwyższy. Jeszcze przed podpisaniem aktu przez prezydenta, 12 czerwca br. w Manili ponad 1.000 osób protestowało przeciw ustawie. Protesty, które zbiegły się z obchodami 122. rocznicy wyzwolenia się spod hiszpańskiego kolonializmu, odbyły się z zachowaniem zasad dystansu społecznego, a protestujący mieli założone maski, niekiedy będące karykaturą prezydenta. W następnych dniach protestowano także w innych miastach. W dzień podpisania ustawy, 3 lipca 2020 r., złożono w Sądzie Najwyższym petycję podpisaną przez rozmaite grupy społeczne i zawodowe, której treścią jest podejrzenie o łamaniu konstytucji przez przepisy ustawy. Sygnatariusze petycji domagają się zaprzestania obowiązywania ustawy. W mediach społecznościowych ogłosili: Chociaż należy zająć się zagrożeniami dla naszego bezpieczeństwa narodowego, prawo w takiej postaci, w jakiej zostało stworzone, jest uciążliwe i niezgodne z naszą konstytucją, stąd petycja (…) Ta walka z terroryzmem nie powinna stanowić zagrożenia dla podstawowych wolności wszystkich pokojowo nastawionych Filipińczyków.[3] Kolejne filipińskie środowiska prawnicze i zaangażowane w obronę swobód obywatelskich zapowiadają następne protesty i petycje. Rzecznik prezydenta Duterte, Harry Roque, ogłosił, że decyzja Sądu Najwyższego będzie respektowana.[1] F. Mangosing, Marawi crisis was a lesson for us – Lorenzana, 25. 07. 2017, https://newsinfo.inquirer.net/917448/marawi-crisis-was-a-lesson-for-us-lorenzana [dostęp: 18.07.2020].[2] Philippines: Reject Dangerous Anti-Terror Law, Amnesty International Public Statement ASA 35/2476/2020, 4. 06. 2020, https://www.amnesty.org/download/Documents/ASA3524762020ENGLISH.pdf [dostęp: 17.07.2020].[3] M. Navallo, Anti-terror law faces first Supreme Court challenge, 4. 07. 2020, https://news.abs-cbn.com/news/07/04/20/groups-question-anti-terror-law-at-supreme-court [dostęp: 18.07.2020].

Noty

Zaczyna się nowy świat, czyli „model wiedeński” na czas kryzysu

17.07.2020

Austria jako pierwsze państwo UE zdecydowała się opracować własną mapę drogową stopniowego „luzowania gospodarki” i wychodzenia z regresu spowodowanego koronawirusem. Obok wcześniejszego pakietu reform zapewniającego ciągłość funkcjonowania państwa, podjęto kroki mające na celu zrównoważenie gospodarki i jej ochronę przed negatywnymi skutkami kryzysu gospodarczego.Już od samego początku pandemii, ze względu na ograniczenia w kontaktach bezpośrednich, rząd austriacki przyjął strategię komunikowania się ze społeczeństwem za pomocą konferencji prasowych. Odbywają się one codziennie i mają formę wspólnego wystąpienia głównych decydentów państwowych: kanclerza Kurza, wicekanclerza Koglera, a także ministrów zdrowia Anschobera oraz spraw wewnętrznych Nehammera. Co dwa dni przeprowadzane są wideokonferencje gubernatorów krajów związkowych z członkami rządu oraz raz lub dwa razy w tygodniu z szefami partii parlamentarnych oraz z ekspertami zajmującymi się badaniami i medycyną.W zakresie polityki wewnętrznej rząd kanclerza Kurza ogłosił, iż od 14 IV złagodzi on restrykcje gospodarcze. Otwarte zatem zostały pierwsze sklepy (o powierzchni do 400 m2), w tym głównie te dla majsterkowiczów, centra ogrodnicze, stacje benzynowe, myjnie i warsztaty samochodowe. Do codziennej działalności gospodarczej powróciło ok. 14300 placówek (ok. 38% handlu detalicznego w Austrii). Nadal jednak zachowane mają zostać podjęte już wcześniej środki ostrożności, takie jak należyta odległość między osobami (1metr), czy zakaz organizowania imprez masowych. Jednocześnie wprowadzony został obowiązek noszenie maseczek ochronnych w miejscach publicznych.Równolegle realizowany jest program wsparcia finansowego dla austriackiej gospodarki. Ma ona zostać zasilona dodatkowymi 38 mld euro, w tym 4 mld przeznaczonymi na pomoc w nagłych wypadkach, 10 mld euro na odroczenia podatkowe, 9 mld euro na gwarancje oraz zobowiązania i 15 mld euro dla najbardziej dotkniętych sektorów. Dla tego ostatniego rozpatruje się możliwość dwóch wariantów: szybkiej pożyczki lub bezzwrotnej pomocy. Cały fundusz został już uwzględniony w budżecie, tworząc deficyt w wysokości 1%.Pod koniec kwietnia nastąpi ewaluacja nałożonych z powodu koronawirusa obostrzeń gospodarczych i podjęte zostaną dalsze decyzje co do otwarcia szkół, teatrów czy terenów i ogrodów publicznych. Jednocześnie jak poinformował Fassmann - austriacki minister Edukacji, Nauki i Badań, w maju zakłada się przeprowadzenie szkolnych egzaminów końcowych oraz matur, które mają odbyć się tylko w formie pisemnej. Przewiduje się jednak, iż powrót do tradycyjnej nauki nie nastąpi do końca tego roku szkolnego.KomentarzAustria mimo zagrożenia związanego z pandemią, nie zdecydowała się na wprowadzenie stanu wyjątkowego na swoim terytorium. Prawdopodobnie wynika to z jego skomplikowanej procedury, a także z daleko idących ograniczeń w zakresie władzy wykonawczej. Decyzji takiej, mimo posiadanego od 1984 r. prawa, nie podjęły także kraje związkowe. W zamian za to, rząd Kurza (ÖVP, Zieloni) postawił na sprawne funkcjonowanie państwa w systemie zdalnym, chcąc tym samym zachować jak największą stabilność kraju i normalne jego funkcjonowanie. Zachowane zatem zostały procedury i mechanizmy systemu federalnego, w imię których to Urząd Kanclerski stanowi centrum koordynacji wszelkich działań i w którym to pozycja szefa austriackiego rządu wobec własnego gabinetu choć nie pozostaje dominująca, to jednak pełni rolę „pierwszego wśród równych sobie”. W praktyce oznacza to współpracę oraz kooperację całego rządu. Wyrazem tej równości jest chociażby formuła konferencji prasowych w których uczestniczy nie tylko kanclerz, ale biorą udział również jego współpracownicy.O austriackiej decyzji dotyczącej „luzowania” gospodarki, rozpisywała się m.in. niemiecka prasa. Merkel nawiązując do „wiedeńskiego modelu” walki z kryzysem oceniła go pozytywnie, stwierdzając, iż: „Austria zawsze była o krok przed nami”. Poparł ją również Premier Bawarii Söder (CSU), choć jak zaznaczył, należy zachować ostrożność w naśladowaniu wzorców i kopiowaniu ich do struktur innych systemów politycznych. Niemniej jak pokazuje praktyka, kolejne kraje zaczynają już podążać za Wiedniem, w tym również rząd w Berlinie, czy w Warszawie, zakładając jednak różne hamulce bezpieczeństwa na wypadek wzrostu liczby zachorowań.Fakt, że Austria jako pierwsza podjęła się liberalizacji restrykcji gospodarczych, nie powinien dziwić, co wynika z faktu, iż jako małe państwo nie może pozwolić sobie na zastój w tej dziedzinie. Już w samym marcu bezrobocie w tym państwie wzrosło w stosunku do lutego br. o 4,1 % (wynosząc obecnie 12,2%), a stopa inflacji zwiększyła się o 1,6% (dla UE-27 to 1,1%). Nieustannie rośnie również austriacki dług publiczny. W czwartym kwartale 2019 opiewał on na 280 mld euro, a w kwietniu 2020 r. o ponad 6 mld. więcej (wzrost z 70,4% do 75%).Biorąc pod uwagę specyfikę funkcjonowania systemu federalnego Austrii, istotę zasady partnerstwa socjalnego oraz fakt, iż przedsiębiorcy i pracodawcy zrzeszeni są tam w izbach handlowych, rzemieślniczych i przemysłowych, nie dziwi fakt, iż posiadają oni monopol na reprezentowanie interesów wobec parlamentu i rządu. Bardzo często też korporacyjni decydenci to przywódcy partii politycznych, co sprawia, iż presja sfery biznesu, w tym głównie jej potrzeb, jest silnie reprezentowana w austriackim rządzie. Jednym z efektów tych rozwiązań było chociażby wycofanie się z rządu 10 IV br. specjalisty ds. zdrowia publicznego oraz członka grupy zadaniowej Corona w Ministerstwie Zdrowia - Sprengera, kwestionującego m.in. rządowy pomysł otwarcia terenów publicznych.Zasada federalnej współpracy i partnerstwa, a także poszanowania różnorodności sprawia, iż relacje rząd-opozycja (ÖVP, Zieloni-NEOS, SPÖ, FPÖ) nie charakteryzują się w Austrii aż tak silnymi tarciami jak ma to miejsce np. w Polsce. Nie wyklucza to jednak różnic i krytyki (np. w zakresie rozliczania przez Federalną Agencję Finansową COVID-19 - COFAG 15 mld euro pomocy państwowej). Niemniej partie bardziej starają się koncentrować na poszukiwaniu kompromisu niż na wzajemnej walce. Jak pokazują badania statystyczne, Austriacy doceniają prace rządu i opozycji (poparcie dla ÖVP na poziomie 39%, dla Zielonych oraz opozycyjnej SPÖ po 17%), a także Sebastian Kurza, którego, gdyby wybory odbył się dzisiaj, aż 50% respondentów wybrałoby ponownie na kanclerza.

Noty

Koalicja „zgody narodowej” – izraelski system wyborczy i jego znaczenie dla współczesnego Izraela

16.07.2020

Izrael jest demokracją parlamentarną. Obywatele tego państwa posiadają prawa wyborcze, które gwarantują im możliwość wyłaniania władzy ustawodawczej. Ta zaś, podobnie, jak we wszystkich demokracjach, konstruuje rząd.Niektóre państwa na świecie tworzą takie systemy wyborcze, które ułatwiają powoływanie do życia władz wykonawczych. Izrael do nich nie należy. Prawo wyborcze Państwa Żydowskiego zakłada, że wszyscy obywatele powyżej 18 roku życia mogą głosować na partie polityczne wystawiające kandydatów na członków 120-osobowego Knesetu. Już na tym etapie mamy do czynienia z bardzo istotną regulacją, która ma przełożenie na konkretne składy osobowe władz tego państwa. W Izraelu nie głosuje się na kandydatów, tylko na partyjne listy wyborcze. To władze partii decydują o ich składzie. Ci, którzy znajdują się na ich czele mają szanse na wybór. Ci z dalszych miejsc mogą jedynie liczyć, że w przyszłych wyborach znajdą się wreszcie na miejscach „biorących”.Taki system wyłaniania parlamentarzystów w praktyce wzmacnia liderów partii. Są to na ogół charyzmatyczne postacie o silnych charakterach.Drugim istotnym czynnikiem wpływającym na trudności z formułowaniem stabilnych rządów jest niski próg wyborczy. Obecnie wynosi on 3,25% (do 2015 było to 2%). Tak niski próg wyborczy w praktyce powoduje, że w Knesecie znajduje się zawsze co najmniej kilka formacji politycznych.Kolejną przyczyną utrudniającą wybór rządu jest rozdrobnienie izraelskiej sceny politycznej. W Izraelu nie ma formacji, która obsadzałaby większość miejsc w parlamencie. Do 1977 r. na scenie politycznej tego państwa dominowały partie lewicowe. Później miała miejsce rywalizacji pomiędzy socjalistyczną Partią Pracy a prawicowym Likudem. Żadna z nich nie przekroczyła 50% głosów ale były to zawsze silne parlamentarne reprezentacje. Dzisiaj dwie największe formacje obsadzają po około 30% miejsc w Knesecie.Poza tym trzeba podkreślić, że izraelska scena polityczna jest wyjątkowo silnie zantagonizowana. W tym państwie są takie partie, które nigdy nie będą z sobą współpracowały. Dziś trzecią siłą w parlamencie jest Zjednoczona Lista (15 miejsc). Jest to partia arabska. Nigdy w historii tego państwa przedstawiciele którejkolwiek formacji arabskiej nie wchodzili w skład rządu. Wydaje się, że nie nastąpi to w najbliższej przyszłości. Każda koalicja musi się więc liczyć z tym, że arabscy członkowie Knesetu będą zawsze w opozycji.* * *Wszystkie wyżej opisane przyczyny mocno wpłynęły na aktualną sytuację polityczną w Izraelu. Zamieszanie polityczne zaczęło się od kryzysu rządowego spowodowanego brakiem porozumienia koalicji w sprawie ustawy mającej na celu objęcie ultraortodoksyjnych wyznawców judaizmu obowiązkiem służby wojskowej. Nowe wybory zarządzono na kwiecień 2019 roku.Rozpoczętą kampanię zdominowała kwestia zarzutów, jakie ciążyły na izraelskim premierze Beniaminie Netanjahu. Jest on podejrzewany o trzy przestępstwa: korupcję, nadużycie władzy oraz defraudację. Grozi mu za do 10 lat więzienia. Najważniejsza opozycyjna siła Niebiesko-Biali postulowała rozliczenie premiera. Pozbawienie Likudu władzy dawało taką możliwość. Beniamin Netanjahu mógł uniknąć odpowiedzialności, ale musiał pozostać u steru rządu. Dlatego dla niego wynik wyborów był nie tylko politycznym być albo nie być. Wszystkie starania premiera Izraela szły w kierunku prezentacji swojej sprawności politycznej. A odnosił niewątpliwe sukcesy. Podkreślał swoją zażyłość z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie przenieśli swoją ambasadę z Tel-Awiwu do Jerozolimy, zaakceptowali aneksję syryjskich Wzgórz Golan, a sekretarz stanu Mike Pompeo w listopadzie 2019 r. stwierdził, że żydowskie osady nie są sprzeczne z prawem międzynarodowym.Okazało się, że wybory z kwietnia 2019 r. ujawniły polityczny pat. Obie największe partie uzyskały po 35 mandatów. Stabilnej rządowej koalicji nie udało się ja stworzyć ani Beniaminowi Netanjahu ani Benny Gancowi – liderowi Niebiesko-Białych. Prezydent Izraela Re'uwen Riwlin nie miał wyboru i musiał wskazać kolejny termin głosowania. Odbyło się ono we wrześniu 2019 r. i też nie przyniosło rozstrzygnięcia. Wygrali je Niebiesko-Biali zdobywając 33 miejsca w Knesecie. Likud wprowadził do niego 32 parlamentarzystów. Jednak i tym razem nie udało się żadnej z sił stworzyć rządu. Trzeba było próbować po raz trzeci. W marcu 2020 r. Izraelczycy ponownie poszli do urn. Wyniki głosowania niewiele różniły się od poprzednich, tym razem Likud obsadził 36 miejsc a Niebiesko-Biali o 3 mniej.Wszyscy zrozumieli, że polityczny pat mogła zakończyć jedynie koalicja dwóch największych partii. Ich liderzy zdecydowali się stworzyć rząd jedności narodowej. Nie obyło się bez społecznych sprzeciwów. Cześć wyborców Niebiesko-Białych demonstrowało na ulicach (były to interesujące demonstracje, ponieważ Izraelczycy z uwagi na pandemię koronawirusa utrzymywali obowiązujący dystans społeczny).Rozmowy koalicyjne były wyjątkowo trudne. Nie ułatwiał ich fakt, że to właśnie Benny Ganc był jednym z najbardziej zadeklarowanych zwolenników ukarania premiera Netanjahu. W efekcie negocjacji zawarto umowę koalicyjną.Umowa regulowała najistotniejsze kwestie dla współczesnego Izraela czyli np. planowanej aneksji części Zachodniego Brzegu czy powoływanie ultraortodoksów do służby wojskowej. Zakłada ona również rotacyjne sprawowanie urzędu premiera. Przez pierwsze półtora roku będzie nim Beniamin Netanjahu, po nim urząd obejmie Benny Ganc. Charakterystyczną cechą umowy jest również stworzenie zawiłego systemu wzajemnych gwarancji, który ma zabezpieczać realizację zapisów porozumienia.Powołanie do życia gabinetu jedności narodowej nie jest nowym rozwiązaniem w historii Izraela. W 1984 r. doszło do stworzenia rządu, który powołały do życia dwa zantagonizowane partie: Partia Pracy i Likud. Po następnych wyborach także skonstruowana została koalicja „zgody narodowej”. Liderzy największych partii decydowali się zbudować taką Radę Ministrów w sytuacji kiedy nie udawało się stworzyć innej, nawet kruchej, ideowo bliższej, koalicji rządowej.Historia poprzednich gabinetów jedności narodowej pokazuje, że możliwa jest kooperacja oddalonych od siebie ideologicznie formacji. Poza tym uzgodnienia wtedy zawarte zostały dotrzymane przez obydwie strony.Czy i tak będzie teraz? Beniamim Netanajahu jest wyjątkowo dobrym taktykiem. Uchodzi też za polityka, który niekoniecznie dotrzymuje złożonych obietnic. W tle cały czas mamy problemy premiera z prawem. Chęć uniknięcia więzienia (zapisy umowy w zasadzie zabezpieczają premiera przed pociągnięciem do odpowiedzialności, choć dają formalną możliwość do podjęcia zmierzających do tego działań) może go skłonić do ruchów, które oddalą to niebezpieczeństwo. Nowe zwycięskie wybory mogłyby dać nadzieję na odroczenie procesu.Poza tym przed nowym rządem stoją poważne wyzwania. Gospodarka ucierpiała na skutek pandemii. Premier jest krytykowany za brak realnych działań wspierających małe i średnie firmy. Teraz odpowiedzialność za ewentualny poważny kryzys finansowy będzie ponosić koalicyjna partia.Obecny gabinet musi odnieść się również do potencjalnej aneksji części Zachodniego Brzegu. Uzyskanie poparcia amerykańskiej administracji dla tego rodzaju rozwiązania było przedstawiane jako sukces Netanjahu. Aneksja Zachodniego Brzegu to też problem dla izraelskiego rządu. Społeczność międzynarodowa, w tym przede wszystkim państwa Unii Europejskiej, nie zaakceptują tego faktu. Także w samym Izraelu budzi on kontrowersje. Część sympatyków i polityków Niebiesko-Białych nie popiera tego pomysłu.To nie jedyny rozłam w partii Benny Ganca. Sama koalicja z Likudem budziła spore kontrowersje. Część deputowanych zdecydowało się opuścić jego ugrupowanie (decyzję lidera popiera jedynie 19 posłów). Kolejne problemy wywoła obecność w rządzie partii religijnych. Część przedstawicieli Niebiesko-Białych i duża grupa ich wyborców jest zadeklarowanymi zwolennikami ograniczenia wpływów ultraortodoksyjnych Żydów na funkcjonowanie państwa i na jego ustawodawstwo. Domagają się oni obowiązkowej służby wojskowej dla ultraortodoksów czy wprowadzenia możliwości zawierania małżeństwa w formie cywilnej. Obecność partii religijnych w rządzie uniemożliwi realizację tych postulatów. Spowoduje też najprawdopodobniej odejście części dotychczasowych sympatyków.Przed izraelskim rządem stoją trudne wyzwania. Może się okazać, że nowa koalicja nie wytrzyma wewnętrznych napięć. Niewykluczone, że nie mający dużego doświadczenia politycznego Benny Ganz nie odnajdzie się w skomplikowanej rządowej rzeczywistości. Wówczas najprawdopodobniej Beniamin Netanjahu po raz kolejny będzie politycznym zwycięzcą.

Noty

Argentyna: trudna walka z koronawirusem

16.07.2020

Ze względu na rozległe kontakty i powiązania społeczne z Europą, Argentyna była jednym z pierwszych państw latynoamerykańskich dotkniętych COVID-19. Pierwszy przypadek zakażenia w kraju zanotowano 3 marca, a już 7 marca ogłoszono śmierć pacjenta – pierwszej ofiary pandemii w regionie Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Urzędujący od grudnia 2019 r. lewicowy prezydent Alberto Fernández z dnia na dzień stanął przed ogromnym wyzwaniem – powstrzymania epidemii w drugim co do wielkości państwie regionu, gdzie ponad 90% ludności mieszka w miastach, stanowiących idealne środowisko dla rozprzestrzeniania się wirusa. Działania podjęte zostały szybko. W ciągu nieco ponad tygodnia od pierwszej śmierci podjęto decyzje o zawieszeniu lotów i zamknięciu granic dla cudzoziemców. 20 marca rozpoczęła się w Argentynie obligatoryjna, „twarda” kwarantanna. W domu pozostać mieli wszyscy poza niezbędnymi dla działania państwa urzędnikami i pracownikami kluczowych sektorów. Wyjść z domu można było jedynie do najbliższych miejscu zamieszkania aptek oraz sklepów z żywnością i produktami pierwszej potrzeby. Przestrzegania zakazu cyrkulacji po ulicach pilnowały służby całodobowo patrolujące ulice. Ścisła kwarantanna była kilkukrotnie przedłużana – realne łagodzenie obostrzeń w większości prowincji rozpoczęto 10 maja, lecz w najbardziej dotkniętym epidemią obszarze metropolitarnym Buenos Aires izolacja nadal jest utrzymywana. Prezydent Alberto Fernández i Szef Gabinetu Ministrów Santiago Cafiero wielokrotnie podkreślali, że wprowadzenie obligatoryjnej kwarantanny na terenie całego kraju istotnie przyczynia się do wypłaszczenia krzywej zachorowań i pozwala uniknąć zapaści systemu ochrony zdrowia. Wypowiedzi te oparte były na analizie tzw. wskaźnika podwojenia zakażeń – podstawowego narzędzia metodologicznego stosowanego w Argentynie w walce z wirusem. Wprowadzając obligatoryjną kwarantannę, wskaźnik ten wynosił około 3 dni. Na początku maja natomiast, na podwojenie liczby przypadków potrzebo było ponad 20 dni. Trzeba jednak pamiętać, że zagrożenie koronawirusem w Argentynie rozkłada się bardzo nierównomiernie. Na kilkanaście tysięcy wykrytych zakażeń, 90% dotyczy obszaru metropolitalnego Buenos Aires (stolicy państwa i otaczającej ją prowincji o tej samej nazwie), potocznie określanego jako AMBA. Nowych zachorowań nie notuje się już na znacznej większości terytorium państwowego, a w części słabo zaludnionych prowincji południowych i północno-wschodnich całościowa liczba przypadków nigdy nie przekroczyła 5 osób. Władze argentyńskie mają świadomość konieczności prowadzenia walki z epidemią w oparciu o dwie prędkości – odmiennych dla AMBA i dla reszty państwa. Nie ma też wątpliwości, że szczyt zachorowań jeszcze przed Argentyną. W czerwcu na południowej półkuli zaczyna się bowiem kalendarzowa zima, okres zwiększonej zapadalności na choroby zakaźne.Komentarz:Epidemia koronawirusa stanowi pierwszy poważny sprawdzian polityczny dla urzędującego od grudnia 2019 r. lewicowego prezydenta Alberto Fernándeza. Jego działania w obliczu zagrożenia oceniane są przez Argentyńczyków wysoko – zgodnie z badaniami przeprowadzonymi w kwietniu, prawie 90% społeczeństwa określa je jako bardzo dobre lub dobre. Jest to znaczny wzrost poparcia w porównaniu z początkiem roku, kiedy aż 40% obywateli oceniało prezydenta negatywnie. Epidemia stanowi więc dla Fernándeza szansę na konsolidację władzy prezydenckiej i zyskanie autorytetu również wśród wyborców partii opozycyjnych.Mimo ograniczenia zasięgu występowania epidemii na terenie większości kraju, nie należy bagatelizować faktu koncentracji zakażeń na obszarze AMBA. Poważnym problemem jest wzrost zachorowań w ubogich dzielnicach, tzw. barrios humildes. Do rozprzestrzeniania się wirusa na tych obszarach przyczyniają się duża gęstość zaludnienia oraz złe warunki sanitarne, w tym często brak dostępu do bieżącej wody. Zakażenia w barrios stanowią ponad 1/3 wszystkich przypadków wykrytych w stolicy. Liczba ta będzie rosnąć. Co więcej, ze względu jednak na niewystarczające testowanie, dane te uznać można za zaniżone.Zakaz wychodzenia z domu wyraźnie wpływa na sytuację ekonomiczną mieszkańców ubogich dzielnic, z których znaczna część pracuje w sektorze nieformalnym. Zmuszeni do kwarantanny mieszkańcy barrios humildes nie mają środków pozwalających na przeżycie. Szacuje się, że liczba Argentyńczyków zależnych od pomocy w zakresie żywnościowym wzrosła w ostatnich miesiącach z 8 do ponad 11 milionów osób.Obok wzrostu wskaźników ubóstwa, epidemia koronawirusa może doprowadzić w Argentynie do trwałego pogłębienia się istniejącej już przepaści edukacyjnej w społeczeństwie. Wprowadzone przez rząd zalecenia dotyczące zdalnego nauczania w dużej mierze pozostają martwą literą. Zgodnie ze statystykami, prawie połowa Argentyńczyków nie ma komputera ani dostępu do szerokopasmowego Internetu – wśród najuboższych wskaźnik ten sięga natomiast 60%.

Noty

Pandemia a wybory w Boliwii

15.07.2020

Rezygnacja Evo Moralesa ze stanowiska prezydenta, po masowych protestach, które doprowadziły pod koniec 2019 r. do upadku rządu i destabilizacji politycznej w Boliwii, otworzyła drogę do zmian na stanowisku prezydenta po raz pierwszy od ponad dekady. Evo Morales wygrał wybory cztery razy z rzędu i wraz ze swoim rządem przeprowadził szereg radykalnych i kontrowersyjnych reform. Pomimo ich skuteczności zarówno na polu ekonomicznym (nacjonalizacja), jak i społecznym (włączenie do życia społecznego osób pochodzenia indiańskiego), ocena działań tego byłego prezydenta budzi liczne kontrowersje nie tylko na polu międzynarodowym, ale również wewnętrznym.Tymczasowym prezydentem pozostaje obecnie Jeanine Añez, która będąc opozycyjną wiceprzewodniczącą boliwijskiego Senatu, uznawana jest wyłącznie przez siły przeciwne zbiegłemu z kraju Evo Moralesowi. Głównym jej zadaniem było rozpisanie nowych wyborów i czuwanie nad przestrzeganiem porządku w kraju oraz względnej stabilizacji.Rok 2020 jest istotny w kalendarzu wyborczym Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza w Boliwii, w której ze sceny politycznej usunął się Evo Morales będący charyzmatycznym przywódcą – symbolem Wielonarodowego Państwa Boliwia i inicjatorem przemian społecznych i politycznych po 2009 r. Sytuację dodatkowo komplikuje pandemia COVID-19, która na kontynencie południowoamerykańskim nie osiągnęła jeszcze swojego szczytu.Wybory w Boliwii odbędą się 6 września 2020 r., a ich celem będzie wybór prezydenta, wiceprezydenta, senatorów i deputowanych Boliwii. Zostały one początkowo ogłoszone przez byłego prezydenta Evo Moralesa 10 listopada 2019 r. tuż przed jego rezygnacją. Pierwotnie miały się odbyć 3 maja, zostały jednak przesunięte najpierw o 14 dni a następnie odroczone bezterminowo z powodu wprowadzenia w Boliwii stanu zagrożenia zdrowia publicznego spowodowanego pandemią COVID-19.Ogłoszenie terminu nowych wyborów nadal budzi jednak kontrowersje. Projekt ustawy 691, zatytułowany „Ustawa modyfikująca ustawę 1297 o przełożeniu terminu wyborów powszechnych w 2020 r.”, będący wynikiem porozumienia między partiami politycznymi reprezentowanymi w parlamencie, został przyjęty 9 czerwca przez Kongres Narodowy Asamblea Legislativa Plurinacional (ALP), czyli Izbę Deputowanych i Sent, w obecności szefa Najwyższego Trybunału Wyborczego Tribunal Supremo Electoral (TSE). Akt ten wskazuje TSE jako instytucję odpowiedzialną za przyjęcie uchwały wyznaczającej nową datę głosowania w przeciągu maksymalnie 127 dni począwszy od 3 maja 2020 r., czyli najpóźniej do 6 września 2020 r. Ustawa przewiduje, że jeżeli żadna z sił politycznych nie uzyska więcej niż 40% głosów przy co najmniej dziesięciopunktowej przewadze nad drugą co do wielkości liczbą głosów, musi odbyć się druga tura wyborów. W tym wypadku ustalona data to 18 października. Inauguracja wybranych przedstawicieli odbędzie się między 16 a 30 listopada.Jeanine Áñez 21 czerwca br. podpisała projekt, a 26 czerwca TSE ogłosił wznowienie procesu wyborczego, uwzględniając przy tym zakończone wcześniej działania tj. zamknięte listy kandydatów, chociaż dając możliwość modyfikacji list wyborców.Wybór prezydenta, wiceprezydenta, deputowanych i senatorów jest niezbędny do przywrócenia rzeczywistej i pełnej demokracji pośredniej w Boliwii i zakończenia okresu niepewności politycznej. Tym bardziej, że należy jak najszybciej przeciwdziałać skutkom gospodarczym i społecznym pandemii.Áñez pozostaje kandydatem prawicowych środowisk na stanowisko prezydenta, chociaż deklarowała, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję. Zaprzecza także zarzutom jakoby zmierzała do opóźniania wyborów. Obwinia natomiast swoich kontrkandydatów o narażanie zdrowia Boliwijczyków kosztem wyborów, wskazując że to Kongres w większości reprezentujący Ruch na rzecz Socjalizmu Movimiento al Socialismo (MAS) partię byłego prezydenta Moralesa, narzucił termin wyborów. Áñez wysłała do Senatu pismo zobowiązujące do publicznego przejęcia przez senatorów odpowiedzialności za decyzję, że wybory odbędą się 6 września, kiedy to prognozowany jest szczyt pandemii w Boliwii.Według ostatnich sondaży przeprowadzanych już w czasie trwania pandemii największe szanse na wygraną ma, wspierany przez Evo Moralesa minister finansów w jego rządzie, Luis Arce. Dużym poparciem cieszy się także lewicowy kandydat sojuszu Comunidad Ciudadana Carlos Mesa oraz Jeanine Áñez.

Noty

Prawo do zdrowia w dobie COVID-19 na przykładzie USA

15.07.2020

W listopadzie 2019 r. w mieście Wuhan, w prowincji Hubei, w Chińskiej Republice Ludowej wykryto po raz pierwszy koronawirus SARS-Cov-2, powodujący chorobę COVID-19. Początkowo zachorowania występowały głównie w środkowych Chinach, ale w niedługim czasie nowe zakażenia zaczęły pojawiać się w kolejnych państwach. Analizując statystyki do 30 maja 2020 r., możemy odnotować ok. 5,90 mln przypadków zachorowań na całym świecie (w tym ok. 365 tys. zgonów i ok. 2,54 mln ozdrowieńców). Pierwszy przypadek zdiagnozowanej choroby wywołany nowym koronowirusem odnotowano w stanie Washington 21 stycznia 2020 r. u pacjenta, który niedawno wrócił z Wuhan. Natomiast 11 marca 2020 r. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła pandemię wirusa SARS-Cov-2.Prawo do zdrowia jest jednym z podstawowych praw człowieka. W dobie pandemii państwo zobowiązane jest w maksymalny sposób wykorzystać wszystkie dostępne środki by przeciwdziałać chorobie COVID-19 i zapewnić prawo do zdrowia wszystkim obywatelom. Rząd powinien zapewnić wszystkim odpowiedni system opieki zdrowotnej, w tym leczenie koronawirusa SARS-Cov-2 powinno być dostępne na niedyskryminujących i sprawiedliwych warunkach dla wszystkich obywateli.Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej ogłosił 31 stycznia 2020 r. stan zagrożenia zdrowia publicznego na mocy ustawy o publicznej służbie zdrowia. Alex Azar wskazał, że podjęte działania mają na celu kontrolę rozpowszechniania się wirusa w USA. Zawieszono wjazd cudzoziemców, którzy w ciągu ostatnich 14 dni przebywały w państwach tj. m.in. Chińska Republika Ludowa, Iranie oraz państw strefy Schengen, gdzie wykryto ogniska choroby COVID 19. Następnie rząd federalny wspólnie z władzami stanowymi i lokalnymi, podjął środki zapobiegawcze takie jak: wprowadzenie kwarantanny federalnej dla osób ewakuowanych z innych państw, a także przyspieszonie procedury zakupu sprzętu ochrony osobistej oraz wprowadzienie nowych możliwości diagnostycznych dla laboratoriów. Podjęte działania miały spowolnić rozpowszechnianie się koronowirusa oraz usprawnić leczenie osób, u których zdiagnozowano chorobę.Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump na mocy Konstytucji, ustawy o stanach wyjątkowych (sekcje 201 i 301 National Emergencies Act (50 U.S.C.).) oraz ustawy o zabezpieczeniu społecznym (sekcja 1135 Social Security Act (SSA)) ogłosił 13 marca stan nadzwyczajny na terytorium całego kraju. Akt prezydenta upoważnia Sekretarza Zdrowia i Opieki Społecznej do czasowego uchylenia lub zmiany niektórych przepisów programów ubezpieczeń zdrowotnych m.in. : Medicare (system dla seniorów), Medicaid (system dla ludzi o niskich dochodach) oraz State Children's Health Insurance.Wprowadzenie przez Trumpa stanu nadzwyczajnego umożliwiło uruchomienie 50 mld dolarów na walkę z wirusem SARS-Cov-2. Jest to szczególnie ważne, gdyż nie wszystkim w USA przysługuje automatyczna pomoc medyczna. Dane wskazują na fakt, że ok 28 mln Amerykanów nie ma wykupionej polisy. Uruchomione środki przeznaczone będą głównie na testy oraz leczenie pacjentów z COVID- 19, którzy nie mają ubezpieczenia, a stanowią potencjalne zagrożenie w dalszej transmisji choroby.Prezydent Donald Trump 16 kwietnia wskazał na wytyczne opracowane przy pomocy ekspertów medycznych dotyczące ponownego „otwarcia Ameryki”. Plan zakłada trzy fazy i ma pomóc administracji rządowej i lokalnej w ponownym otwarciu ich gospodarek, przywróceniu ludzi do pracy oraz dalszej ochronie zdrowia obywateli.Ponadto 1 maja 2020 r. przedstawiciele demokratów złożyli projekt ustawy pod nazwą „COVID-19 Testing, Reaching, And Contacting Everyone (Trace) Act” – H.R.6666. Nowa regulacja umożliwi Sekretarzowi Zdrowia i Opieki Społecznej uruchomienie 100 miliardów dolarów dla ośrodków zdrowia oraz organizacji pozarządowych na przeprowadzanie testów na obecność COVID-19 oraz monitorowanie i śledzenie kontaktów osób zarażonych. Projekt zakłada, że dofinansowane podmioty działałyby w miejscach, gdzie nie ma dostępu do usług medycznych oraz obszarach, w których zarażenie koronawirusem przekroczyłoby średnią krajową.Organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka wskazują, że w Stanach Zjednoczonych nie ma systemu opieki zdrowotnej, a jedynie system ubezpieczeń społecznych. Pandemia koronawirusa SARS-Cov-2 może spowodować zmianę stanu rzeczy. Przedstawiciele opinii publicznej wskazują, że rozwiązaniem problemu może być wprowadzenie powszechnego, uniwersalnego systemu ochrony zdrowia i ubezpieczenia społecznego, który pomoże w uzyskaniu szerszego dostępu do świadczeń medycznych, zwłaszcza przez mniej zamożną cześć społeczeństwa.

Noty

Jak bardzo francuska, a jak bardzo polinezyjska – dyplomatyczne starcia o Polinezję Francuską

15.07.2020

Republika Francuska, po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, pozostaje jedyną potęgą morską w Europie. Oprócz silnej gospodarki na starym kontynencie, Francja opiera swoją siłę geopolityczną za zamorskich terytoriach, których porządek prawny oparty jest na prawie stanowionym w Paryżu. Pomimo autonomii wspólnoty zamorskiej (fr. collectivités d'outre-mer, COM), poprzednio zwanej terytoriami zamorskimi (fr. territoire d’outre mer)[1] kraje te prezentują politykę zagraniczną, a także w dużej mierze wewnętrzną, w oparciu o interesy francuskiej racji stanu. To właśnie na Pacyfiku Południowym znajdują się trzy COM: Polinezja Francuska, Nowa Kaledonia oraz Wallis i Futuna. Ma to niebagatelne znaczenie w wyznaczaniu intratnych obszarów morskich, wraz z kluczowymi wyłącznymi strefami ekonomicznymi (eng. Exclusive Economic Zones, EEZs). Europejska część Francji, tzw. heksagonalna, posiada jedynie 297 123 km2 EEZs. Natomiast po zsumowaniu gigantycznych terytoriów oceanicznych łączna kwota stref ekonomicznych daje wynik prawie 11 milionów km2. Tym samym z pozycji 45 w światowym rankingu potęg morskich, Francja plasuje się na drugim miejscu, tuż za Stanami Zjednoczonymi. [2]Trudno zatem dziwić się, iż rząd francuski nie jest chętny do wyrażenia zgody na pełną autonomię, a w następstwie suwerenność Polinezji Francuskiej. Posiada ona największe EEZs spośród wszystkich COM: 4537 730 km2 (przy czym całkowity obszar morski to 4787 978 km2).[3] Powierzchnia lądowa tego kraju to 4 167 km2, które obejmują 118 wysp i atoli, spośród których jedynie 67 jest zamieszkałych. Na najliczniej zaludnionej wyspie Tahiti, gdzie znajduje się stolica Papeete, mieszka ok. 70% Francuskich Polinezyjczyków. Populacja sięga 295121 mieszkańców. Struktura etniczna oddaje fakt skolonizowania wysp w XIX wieku: Polinezyjczycy 78%, Chińczycy 12%, lokalni Francuzi 6% oraz Francuzi z metropolii 4%. Społeczność autochtoniczna wysp dopiero z czasem zyskała świadomość swoich praw, w tym prawa do samostanowienia. Kluczowym, ale i najskuteczniejszym ku temu narzędziem okazało się członkostwo stowarzyszone (niepełne) w newralgicznej organizacji regionalnej Pacific Island Forum, PIF. To właśnie dzięki międzynarodowej roli tego IGO udało się wpisać w 2013 roku Polinezję Francuską (a potem także i Nową Kaledonię) na listę nieautonomicznych terenów ONZ. Strona francuska uznała to za rażącą ingerencję w jej sprawy wewnętrzne, tym samym nigdy nie uznała obowiązywania rezolucji[4]. Trzy lata wcześniej Prezydent Nicolas Sarkozy podkreślał, że granica niepodległości względem Polinezji Francuskiej nigdy nie może być przekroczona, a tereny zamorskie są francuskie i zawsze nimi pozostaną.[5] Strona francuska przez wiele lat używała szeregu dyplomatycznych instrumentów celem ignorowania, oddalenia w czasie czy nawet spowodowania fiaska rezolucji. Australia, Nowa Zelandia, Wyspy Salomona, Nauru, Tuvalu, Vanuatu, Samoa oraz Timor Leste solidarnie poparły starania terytoriów francuskich, co należy tłumaczyć ich obawą przed radykalizacją separatystycznych dążeń frankofońskich wysp, a także wykorzystaniem niestabilności ustrojowej przez mocarstwa z Pierścienia Pacyfiku, jak Chiny czy Rosja.Nie bez znaczenia pozostaje fakt używania wysp na Pacyfiku przez rząd francuski jako swoiste laboratorium. Najlepszym tego przykładem były testy jądrowe na atolu Moruroa na Polinezji Francuskiej na przestrzeni trzech dekad, 1966-1996. Współcześnie francuskie spółki państwowe oraz prywatne korporacje wykorzystują źródła naturalne, a także zasoby ludzkie w przemyśle farmaceutycznym, energetycznym i petrochemicznym. Aktywności te zasilają budżet Paryża. Odbija się to negatywnie w poglądzie Francuskich Polinezyjczyków, którzy borykają się z dylematami socjalnymi, jak emigracja do bogatszych państw, w tym Francji heksagonalnej, przestępczość czy oddziaływanie dużych mocarstw w sprawy lokalne, głównie poprzez przekazy pieniężne.Jedyne referendum niepodległościowe odbyło się w 1958 roku, na którego podstawie włączono Polinezję Francuską do Wspólnoty Francuskiej. Drugie referendum ma odbyć się w 2020 roku. Polityczny status Polinezji Francuskiej będzie zatem zależał od postępów w debacie na poziomie regionalnym, wśród popierających jej dążenia wyspiarskich państw na Pacyfiku. Wiąże się to z wyraźnie aktywniejszym uczestnictwem Polinezji Francuskiej w regionalnych organizacjach IGO i NGO.[1] Zamiana wprowadzona nowelizacja art. 73 Konstytucji Republiki Francji z 4 października 1958 roku przeprowadzoną 27 lipca 2011 roku.[2] Maclellan N. (2018), France and the Blue Pacific, “Asia & the Pacific Policy Studies”, Vol. 5, no. 3.[3] Kalkulacje poczynione przez autorkę na podstawie: Tableau des superficies (2019): https://limitesmaritimes.gouv.fr/ressources/tableau-des-superficies [dostęp: 3.06.2020].[4] Self-determination of French Polynesia: resolution / adopted by the General Assembly A/RES/67/265 z 23 sierpnia 2013 roku.[5] N. Sarkozy, Voeux à la France d’Outre-mer, Saint Denis de la Réunion, 19.01.2010.