Logo Thing main logo

Tag: wybory

Nota

Wenezuela: opozycja bojkotuje wybory prezydenckie

17.12.2020

W niedzielę 6 grudnia 2020 r. w Wenezueli odbyły się wybory parlamentarne do jednoizbowego Zgromadzenia Narodowego. Zdecydowanym zwycięzcą okazała się Zjednoczona Socjalistyczna Partia Wenezueli (Partido Socialista Unido de Venezuela, PSUV) kierowana przez prezydenta Nicolasa Maduro. Głosowanie zbojkotowane zostało jednak przez główne wenezuelskie partie opozycyjne, oskarżające reżim Maduro o manipulowanie procesem wyborczym.Zgodnie z wynikami podanymi przez Narodową Radę Wyborczą Wenezueli (Consejo Nacional Electoral, CNE) partia PSUV otrzymała 67,7% głosów ważnych. Frekwencja wyniosła 31%, oddano 5,2 mln głosów. Wynik ten pozwoli partii Maduro przejąć kontrolę nad Zgromadzeniem Narodowym, jedynym organem władzy państwowej zdominowanym do tej pory przez opozycję.Zwycięstwo partii PSUV w wyborach z 6 grudnia nie budzi zdziwienia. Stanowiło ono ukoronowanie trwającego w Wenezueli od lat procesu rozkładania demokratycznych instytucji przez reżim Nicolasa Maduro. Członkowie wenezuelskiej opozycji nie mają wątpliwości, że proces wyborczy nie spełniał standardów wolności, powszechności, a nawet tajności. Wybory pozbawione były również jakiegokolwiek nadzoru ze strony niezależnych obserwatorów, jak też ogłoszone zostały w sposób niezgodny z ustawą zasadniczą.Skład odpowiedzialnej za organizację wyborów w Wenezueli Narodowej Rady Wyborczej powołany został przez Sąd Najwyższy, z pominięciem zdominowanego ówcześnie przez opozycję parlamentu. Nowymi członkami CNE zostały osoby bezpośrednio związane z rządem, w tym takie, na które społeczność międzynarodowa nałożyła sankcje. Aby zachować pozory pluralizmu politycznego, Sąd Najwyższy odwołał też z funkcji przewodniczących głównych partii opozycyjnych, którzy odmawiali startu w ogłoszonych przez upolitycznioną CNE wyborach. Na ich miejsce powołani zostali komisarze, również powiązani z reżimem Maduro.Wyniki wyborów parlamentarnych podważone zostały przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską. Należy pamiętać, że w wyniku kryzysu i protestów do jakich doszło w Wenezueli w 2019 r., zdecydowana większość państw zachodnich za prawowitego tymczasowego prezydenta Wenezueli uznaje dotychczasowego przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Juana Guaidó. Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo określił wybory w Wenezueli mianem farsy, podtrzymując poparcie Stanów Zjednoczonych dla Guaidó. Podobne stanowisko wyraził również wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell. Uznania wyników wyborów odmówiła również Organizacja Państw Amerykańskich, potępiająca reżim Nicolasa Maduro w wystosowanej przez Stałą Radę rezolucji.Wenezuelska opozycja, dysponująca poparciem ze strony społeczności międzynarodowej, nie składa broni. Jej przedstawiciele zapowiedzieli już dalsze kroki, w tym rozpisanie referendum w sprawie odwołania Nicolasa Maduro i rozpisania nowych wyborów prezydenckich. W obliczu wygaśnięcia mandatów parlamentarnych opozycyjnych polityków nie można jednak zakładać, że scenariusz ten z pewnością będzie realizowany, a represje przeciwko niezgadzającym się z linią polityczną reżimu nie nasilą się.

Nota

Brazylijska reforma polityczna

02.11.2020

15 listopada 2020r. Brazylijczycy wybierać będą prefektów miast i radnych. Tegoroczne elekcje będą nietypowe pod kilkoma względami. Zostaną przeprowadzone w dobie pandemii koronawirusa, która w Brazylii wyjątkowo dotkliwie odcisnęła swoje piętno i przesądziła o przesunięciu terminu wyborów z 4 października na połowę listopada. Będzie to również pierwsza okazja do weryfikacji efektów reformy politycznej i wyborczej z 2017r.Choć wielu ekspertów wyraziło rozczarowanie niewystarczającą skalą zmian zawartych w Poprawce Konstytucyjnej 97/2017 bądź krytykuje nowe rozwiązania dotyczące finansowania kampanii wyborczych partii, należy podkreślić, że brazylijskiemu Kongresowi udało się po raz pierwszy od uchwalenia konstytucji w 1988r. wypracować kompromis. Nad koniecznością wprowadzenia korekt do zapisów ustawy zasadniczej regulujących działalność brazylijskich partii politycznych dyskutowano od początku lat 90. i w szczególności po 2005r., kiedy Brazylią wstrząsnął skandal korupcyjny mensalão. Ujawnienie procederu kupowania głosów parlamentarzystów w zamian za poparcie udzielone kluczowym projektom legislacyjnym, na których zależało brazylijskiej administracji, po raz kolejny uwypukliło konieczność reformy politycznej. Problemami brazylijskiego systemu partyjnego zasługującymi na szczególną uwagę są niska dyscyplina partyjna, powszechna praktyka zmiany barw partyjnych kongresmenów bez ponoszenia konsekwencji, ogromne koszty kampanii wyborczych przy niskiej przejrzystości źródeł ich finansowania oraz znaczące rozbicie partyjne w Izbie Deputowanych. Od lat 90. w jej kolejnych kadencjach swoich reprezentantów posiadało niemal 30 partii politycznych. W praktyce oznaczało to, że głowa państwa, aby efektywnie pełnić swoje funkcje, musiała zabiegać o poparcie Kongresu poprzez budowę szerokich koalicji parlamentarnych, składających się niejednokrotnie z ok. 10 partii politycznych. Decydującym impulsem do podjęcia reform okazała się jednak dopiero największa afera korupcyjna petrolão, która ujrzała światło dziennie dzięki śledztwu Lava Jato. Brazylijscy obywatele z doniesień medialnych w 2015 i 2016r. dowiedzieli się m.in. o skali nielegalnego finansowania partii politycznych przez największe spółki państwowe. W wyniku ujawnionych informacji już we wrześniu 2015r. Federalny Sąd Najwyższy uznał finansowanie kampanii wyborczych przez przedsiębiorstwa za niekonstytucyjne, zakazując takich praktyk. Na dalej idące reformy trzeba było poczekać jeszcze dwa lata.Najważniejsze zmiany wprowadzone Poprawką Konstytucyjną 97/2017 to zakaz tworzenia koalicji partyjnych w wyborach proporcjonalnych do rad miejskich, parlamentów stanowych i federalnej Izby Deputowanych. Koalicje pozostają dopuszczalne w wyborach większościowych, w których Brazylijczycy wyłaniają prefektów miast, gubernatorów stanów, senatorów oraz prezydenta. Druga kluczowa zmiana dotyczyła wprowadzenia klauzuli zaporowej, uzależniającej dostęp do funduszu partyjnego, finansowanego m.in. przez publiczne dotacje, oraz bezpłatnego czasu antenowego i radiowego od uzyskania w poprzednich wyborach do Izby Deputowanych minimum 3% ważnych głosów z co najmniej 9 stanów, przy czym w każdym z nich uzyskany wynik musiał przekroczyć 2% ważnych głosów lub, alternatywnie, posiadania przynajmniej 15 przedstawicieli w Izbie Deputowanych reprezentujących minimum 1/3 stanów Federacji. Ta ostatnia zmiana wprowadzana będzie stopniowo w kolejnych wyborach aż do 2030r.Oczekiwanym rezultatem reform ma być osłabienie najmniejszych partii politycznych, którym dotychczas udawało się wprowadzić swoich reprezentantów do ciał przedstawicielskich na szczeblu municypalnym, stanowym i federalnym dzięki koalicjom z silniejszymi ugrupowaniami. Warto przy tym zwrócić uwagę na powszechną w Brazylii praktykę tworzenia koalicji bez względu na orientację ideologiczną partii, przez co dochodziło do sytuacji, w których wyborcy nieświadomie przyczyniali się do wprowadzania do ciał przedstawicielskich reprezentantów o programach zdecydowanie różniących się od tych, które proponowali kandydaci, na których oddany został głos.Dalsze zmiany wprowadzone w 2017r. w odrębnych regulacjach dotyczą finansowania wyborów. W związku z zakazem finansowania kampanii przez przedsiębiorstwa, brazylijski Kongres zadecydował o utworzeniu publicznego funduszu wyborczego. 2% środków funduszu otrzymają wszystkie zarejestrowane partie, 35% partie posiadające przynajmniej jednego przedstawiciela w Izbie Deputowanych, a pozostałe środki rozdzielone zostaną proporcjonalnie do liczby deputowanych i senatorów w Kongresie. Dodatkowo udało się wprowadzić limity dozwolonych wydatków w kampanii wyborczej na poszczególne stanowiska (przykładowo, kandydaci na prezydenta w 2018r. mogli wydać do 70 mln reali). Wysokość środków udostępnionych partiom na wybory municypalne w 2020r. wynosi 2 mld reali.Po 15 listopada okaże się, w jakim stopniu nowe regulacje przełożą się na wyniki wyborów i skład rad miejskich. Na szczeblu federalnym weryfikacja będzie jednak możliwa dopiero w 2022 roku, kiedy odbędą się wybory do Izby Deputowanych. Do tego czasu proces legislacyjny i współpraca z egzekutywą uzależniony będą od kompromisów wypracowywanych pomiędzy 30 partiami, wchodzącymi w skład niższej izby parlamentu obecnej kadencji.

Nota

Wybory prezydenckie 2020 w Stanach Zjednoczonych Ameryki

30.10.2020

Zgodnie z artykułem II sekcja 1 klauzula 1 Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki cała władza wykonawcza spoczywa w rękach prezydenta USA, który wybierany jest na czteroletnią kadencję. Z kolei artykuł II sekcja 1 klauzula 4 Konstytucji zawiera przesłanki dotyczące biernego prawa wyborczego. Zgodnie z tym przepisem w wyborach prezydenckich bierne prawo wyborcze posiada osoba, która spełnia trzy podstawowe warunki: od momentu urodzenia jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, ma skończone 35 lat oraz od przynajmniej czternastu lat zamieszkuje na terytorium Stanów Zjednoczonych. Oznacza to, że przesłanki, których spełnienie umożliwia kandydowanie na urząd prezydenta USA są bardziej rygorystyczne niż te, które należy spełnić, aby móc kandydować do Kongresu. W myśl XXII poprawki do Konstytucji (uchwalonej przez Kongres w 1951roku), okres sprawowania władzy przez prezydenta został ograniczony maksymalnie do dwóch kadencji. Warto podkreślić, że w wyborach prezydenckich może wystartować każdy, kto spełnia wyżej wskazane warunki formalne. Co ważne, kandydat na prezydenta nie musi być przedstawicielem demokratów czy republikanów. Pretendent na urząd prezydenta może zgłosić się sam, może uzyskać poparcie pewnej grupy wyborców, może być także kandydatem niezależnym. Warto jednak zaznaczyć, że jak dotąd nigdy w historii USA nie zdarzyło się, aby wybory prezydenckie wygrał niezależny kandydat lub kandydat, który reprezentowałby inną partię niż partia republikańska lub demokratyczna.Pięćdziesiąte dziewiąte powszechne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych zostały zaplanowane na 3 listopada 2020 roku, a posiedzenie Kolegium Elektorów na 14 grudnia 2020 roku. Amerykańska kampania wyborcza z początkiem września weszła w decydującą fazę. Kampania prezydencka składa się z trzech etapów. Są to prawybory, wybory powszechne oraz wybory prezydenta przez kolegium elektorów. Obecnie urząd prezydenta USA sprawuje republikanin - Donald Trump. Wyborcy 3 listopada zdecydują o tym, czy pozostanie on w Białym Domu przez kolejne cztery lata. Jego kontrkandydatem jest należący do partii Demokratycznej Joe Biden, pełniący urząd senatora ze stanu Delaware w latach 1973–2009. Biden polityką zajmuje się od lat siedemdziesiątych. Niemniej jednak znany jest głównie z tego, iż sprawował urząd wiceprezydenta podczas prezydentury Baracka Obamy. Pomimo faktu, iż w ogólnokrajowych sondażach prowadzi Joe Biden, należy podkreślić, że ich wynik nie zawsze jest pomocny w przewidywaniu, kto wygra wybory. Jako przykład można wskazać sytuację kandydatki na urząd prezydenta Hilary Clinton, która w 2016 roku prowadziła w sondażach, ale i tak przegrała z Donaldem Trumpem. Trzeba mieć na uwadze fakt, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje system elektoratu. W praktyce oznacza to, że zdobycie największej ilości głosów nie zawsze gwarantuje wygraną w wyborach. Praktyka także pokazuje, że większość stanów zazwyczaj głosuje w ten sam sposób. Z tego też powodu tylko w kilku stanach obaj kandydaci mają szansę na zwycięstwo. Liczba głosów każdego ze stanów uzależniona jest od liczby wydelegowanych przez nie członków do Senatu i Izby Reprezentantów. Dlatego też tak naprawdę kampania wyborcza obu kandydatów skoncentrowana jest tylko w kilku stanach. Bitwa o urząd w tegorocznych wyborach toczy się głównie w stanach takich jak: Floryda,Ohio, Georgia, Karolina Północna, Iowa i Maine. Niezdecydowane stany bardzo często określane są nazwą „swing states”, czyli stanami „rozhuśtanymi”. Zdarza się także, że nazywa się je stanami bitewnymi „battleground states” lub stanami kluczowymi „key states”. Zwycięstwo jednego z kandydatów w tych stanach zwykle przekłada się na jego wygraną w wyborach prezydenckich. Osoby, które nie są zwolennikami systemu elektorskiego bardzo często podkreślają, że skupiając swoją uwagę na stanach „niezdecydowanych” kandydaci na urząd prezydenta bardzo często nie pamiętają o głosujących ze stanów, w których są przekonani o swoim zwycięstwie. Warto podkreślić, że określenie „key states” nie zawsze skierowane jest do tych samych stanów. Wynika to z faktu, iż każdy cykl wyborczy jest odmienny w stosunku do poprzedniego. To z kolei związane jest ze zmiennością preferencji wyborców, a także z wewnętrznymi transformacjami, które zachodzą w Stanach Zjednoczonych. Wszyscy elektorzy muszą oddać głos na kandydata, który otrzymał w ich stanie największą liczbę głosów. Wyjątek od tej zasady dotyczy dwóch stanów: Nebraski oraz Main. Z kolei liczba elektorów z poszczególnych stanów uzależniona jest od populacji każdego stanu. Przykładowo Kalifornia, która jest najbardziej zaludnionym stanem ma do dyspozycji największą liczbę elektorów (55), w dalszej kolejności jest Teksas (38), Floryda (29), Nowy Jork (29) oraz Illinois (20) i Pensylwania (20). Biorąc pod uwagę kwestie techniczne w imieniu obywateli wyboru prezydenta dokonuje Kolegium Elektorów. W kolegiach elektorów łącznie można uzyskać 538 głosów. Zatem, aby wygrać kandydat na urząd prezydenta musi uzyskać 270 głosów.Pomimo wyników ogólnokrajowych sondaży, w których Joe Biden wypada znacznie lepiej od swojego przeciwnika Donalda Trumpa, zarówno komentatorzy jak i bukmacherzy absolutnie nie przesądzają, który z nich wygra wybory. Warto przypomnieć, że w „niezdecydowanych” stanach do zdobycia jest aż 199 z 538 głosów elektorskich.

Nota

Druga kadencja prezydenta Ashrafa Ghaniego. Szansa na pokój w Afganistanie?

29.10.2020

W dniu 28 września 2019 roku odbyły się w Afganistanie wybory prezydenckie, w których startowało aż 18 kandydatów. Z uwagi na liczne protesty zgłaszane przez kandydatów, wstępne wyniki ogłoszono dopiero 22 grudnia 2019 roku. Jednak na ostateczne wyniki trzeba było poczekać jeszcze dwa miesiące. Niezależna Komisja Wyborcza ogłosiła je dopiero 18 lutego 2020 roku. Wybory wygrał urzędujący od 2014 roku prezydent – Ashraf Ghani, który uzyskał 50,64% głosów.Jednak główny rywal Ghaniego, były premier Abdullah Abdullah nie uznał wyników wyborów i stworzył konkurencyjny wobec urzędującego prezydenta ośrodek władzy. Pojawiło się wtedy zagrożenie dla kontynuacji planu pokojowego ustalonego pomiędzy USA i Talibami w Katarze. Kuriozalny czas „dwuwładzy” udało się zakończyć w maju 2020 roku, m.in. dzięki mediacji byłego prezydenta Hamida Karzaja. Ghani i Abdullah osiągnęli porozumienie i ten drugi został przewodniczącym Wysokiej Rady ds. Pojednania Narodowego, co równoważyło się z objęciem kluczowego stanowiska w prowadzeniu rozmów z Talibami. Ponadto Abdullah otrzymał prawo do desygnowania połowy gabinetu rządowego tworzonego przez prezydenta Ghaniego (w systemie politycznym Afganistanu na czele rządu stoi prezydent).Rozmowy rządu z Talibami paradoksalnie pogorszyły się po tym, jak USA zapowiedziały wycofanie swoich wojsk do końca 2020 roku. Nie pomogło też zwolnienie przez rząd ok. 5000 tysięcy Talibów przetrzymywanych w więzieniach (Talibowie zwolnili około tysiąca żołnierzy sił rządowych). Ataki Talibów nasilały się i przybrały dużą skalę szczególnie w lipcu 2020 roku. Dopiero we wrześniu przedstawiciele rządu afgańskiego i Talibów spotkali się w stolicy Kataru – Doha. Jak podawała Al-Dżazira, było to pierwsze spotkanie tych skonfliktowanych stron od ponad dwóch dekad trwającej wojny, w której śmierć poniosło 160 tys. osób.Zapowiedzi na spotkaniu w Katarze były niezwykle górnolotne. W planach znalazło się ustalenie warunków permanentnego rozejmu i omówienie politycznej przyszłości Afganistanu. Jednak trudno było po tym historycznym spotkaniu od razu spodziewać się daleko idących rezultatów. Raczej miało ono charakter wprowadzający tak, aby można było podjąć w najbliższym czasie kolejne kroki ku opracowaniu następnych etapów wspólnych negocjacji. Patetyczny charakter spotkania potwierdzały wypowiedzi reprezentantów stron. Wiceszef Talibów Mułła Abdul Ghani Beradar, jak relacjonowała Al-Dżazira, na spotkaniu zapowiedział, że „my [Talibowie] chcemy, aby Afganistan był niezależnym, rozwiniętym krajem lecz powinien zaadoptować system muzułmański, w którym wszyscy obywatele mieliby swoje miejsce”. Z kolei przedstawiciel rządu Abdullah podkreślał, że wierzy, „jeśli strony podadzą sobie ręce i uczciwie będą pracować na rzecz pokoju to skończą się ciągle trwające w Afganistanie nieszczęścia”.Droga do pokoju jest jednak bardzo daleka. Talibowie mają twarde żądania. Cytując analizę Observer Research Foundation, mułła Fazel Mazlum, który wypowiadał się w imieniu Talibów wskazywał, że przyszły przywódca Afganistanu powinien wywodzić się z ich szeregów i nie ma dla ustroju politycznego Afganistanu innej opcji niż prawo szariatu.Z kolei, jak podaje Lyse Doucet z BBC News, w odniesieniu do postawy prezydenta Ghaniego pojawiają się głosy, iż zależy mu na przeczekaniu kilku miesięcy przy negocjacjach, aby po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich w USA, ewentualny następca Donalda Trumpa (jeśli nie zostanie on ponownie wybrany) udzielił mu większego wsparcia niż urzędujący prezydent USA. Obawy wśród zwykłych Afgańczyków, jak i osób zorientowanych wokół rządu budzi również fakt, iż Talibowie nie odeszli za bardzo od swoich fundamentalnych kwestii, jakie były obecne w czasie ich rządów w Afganistanie jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia. Żądanie Talibów, iż Afganistan miałby być ustrojem opartym na prawie muzułmańskim oznacza, że ustrój ten byłby „znacznie bardziej muzułmański” w porównaniu do Islamskiej Republiki Afganistanu, która istnieje obecnie.Z pewnością spotkanie przedstawicieli rządu afgańskiego i Talibów w Katarze ma wymiar historyczny i stanowi kamień milowy we wzajemnych relacjach afgańskich. Trudno jednak zakładać optymistyczny scenariusz w stosunku do państwa, które jest zniszczone i rozdarte przez długoletnie konflikty. Trudność w porozumieniu stanowi też charakterystyczna dla Afganistanu mozaika religijno-etniczną (Talibowie wywodzący się z głównie z plemienia Pasztunów stanowią większość. Pozostałe grupy etniczne to m.in. Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie, Turkmeni czy Beludżowie). Dopiero uwzględnienie praw wszelkich mniejszości, szczególnie przez Talibów może świadczyć o ich przemianie na rzecz budowania wspólnej państwowości Afganistanu.

Nota

Algieria: najniższa frekwencja w historii i projekt nowej konstytucji

16.10.2020

Algieria jest największym krajem afrykańskim i jednocześnie arabskim oraz ważnym regionalnym mocarstwem w regionie Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu (MENA - Middle East and North Africa). Dysponuje również jednymi z największych i najlepiej wyposażonych sił zbrojnych w regionie. Około 99% populacji to muzułmanie - sunnici. Oficjalnymi językami w Algierii są arabski i tamazight, którym posługują się Berberowie – rdzenna grupa etniczna złożona z różnych plemion z całej Afryki Północnej. Ze względu na 132 lata kolonizacji powszechnie używany w kraju jest również język francuski.Algieria, która od kilkudziesięciu lat zmaga się z korupcją, nepotyzmem, pogarszającymi się warunkami społeczno-ekonomicznymi, ograniczonymi wolnościami, brakami mieszkań i nieudolnymi rządami – miała być następnym krajem, który przejdzie transformację w obliczu arabskiej wiosny. Chociaż zamieszki wstrząsnęły krajem, to zostały szybko (i bez rozlewu krwi) powstrzymane przez rozwinięty aparat bezpieczeństwa w postaci policji, która jest bardzo dobrze wyszkolona i opłacana. Prawdą jest, że wciąż wybuchają strajki, czasami jest ich nawet 500 miesięcznie, ale reżim był i jest w stanie poradzić sobie z tymi problemami poprzez zwiększenie pensji lub wydanie kuponów mieszkaniowych. Innymi słowy, protesty są ograniczane, a grupy opozycyjne mają niewielkie poparcie społeczne. Ponadto wielu opozycjonistów otrzymało oferty dołączenia do rządzącej koalicji – z czego skorzystało – a zatem w ten, czy inny sposób, uczestniczy w kolejnych rządach. Jednym z efektów politycznych arabskiej wiosny było m.in. zniesie stanu wyjątkowego, który obowiązywał w kraju przez 19 lat. Został wprowadzony w 1992 roku, aby pomóc władzom Algierii podczas brutalnej wojny domowej z islamskimi buntownikami poprzez znaczne zwiększenie uprawnień wojska. Urzędujący prezydent stwierdził, że stan wyjątkowy był utrzymywany przez tyle lat jako środek walki z terroryzmem. Mimo że w 2011 roku algierski rząd wprowadził szereg zmian, to nie były one sprecyzowane na tyle, ażeby doszło w jego strukturach do faktycznych przemian.W rzeczywistości Abdelaziz Buteflika, który rządził nieprzerwanie od 1999 roku, wykorzystał okres po wybuchu arabskiej wiosny do umocnienia swojej władzy. Pomimo złego stanu zdrowia w kwietniu 2014 roku został ponownie wybrany na czwartą kadencję. Prowadził kampanię przez pełnomocników, ponieważ z powodu doznanego rok wcześniej udaru nie mógł chodzić ani wygłaszać przemówień. Część jego obowiązków przejął wówczas jego brat Saïd, który należy do tak zwanego klanu prezydenckiego – osób zgromadzonych przy władzy w Algierii. Mimo że był zbyt chory, A.Buteflika w 2019 roku ponownie wystartował w wyborach prezydenckich, ubiegając się o piątą kadencję. Spowodowało to wybuch protestów w całym państwie, a także w zagranicznych diasporach. Oprócz tego część ministrów wspierających dotychczas prezydenta odwróciła się od niego i przestała go popierać. Protesty, nazwane przez francuskie media „rewolucją uśmiechu” ze względu na ich pokojowy charakter, rozpoczęły się 16 lutego 2019 roku, sześć dni po tym, jak Buteflika ogłosił swoją kandydaturę na piątą kadencję. 2 kwietnia 2019 roku zrezygnował on ze stanowiska prezydenta, po naciskach ze strony wojska. Zgodnie z art. 102 algierskiej konstytucji tymczasowo zastąpił go Przewodniczący Rady Narodowej Abdelkader Bensalah. Nie mógł on jednak kandydować w wyborach, które miały się odbyć w ciągu 90 dni. Chociaż Buteflika ustąpił, protesty nie ustały. Wielu protestujących domagało się jeszcze głębszych zmian, w tym wymiany wszystkich członków kasty politycznej. Protestujący zarzucali, że procesy wyborcze w państwie są sterowane przez FLN. Znajduje to potwierdzenie w rzeczywistości, gdyż jedynymi zatwierdzonymi kandydatami do startu w wyborach prezydenckich byli premierzy, byli ministrowie gabinetu prezydenta oraz były członek komitetu centralnego FLN. Zdeterminowana armia, aby zapewnić przeprowadzenie wyborów, zintensyfikowała wysiłki w celu stłumienia protestów i prób zakłócenia kampanii wyborczej.Ostatecznie wybory prezydenckie odbyły się 12 grudnia 2019 roku (dwukrotnie je przekładano) pomimo szerokiego sprzeciwu społecznego. Oficjalna frekwencja wyniosła 39,88%, a prezydentem został Abdelmadjid Tebboune, który zwyciężył w pierwszej turze, uzyskawszy 58,13% ważnych głosów. Była ona najniższa w historii wyborów prezydenckich w kraju. Głosowało 10% mniej obywateli niż w wyborach w 2014 roku. Należy również wskazać na znaczną liczbę głosów pustych i nieważnych. Ponadto frekwencja osób głosujących za granicą wyniosła tylko 8%.Tab. Frekwencja w wyborach prezydenckich w 2019 r.Głosy ważne8510 41587,24%Głosy puste i nieważne1 244 92512,76%Razem9755340100%Wstrzymujący się14 726 35760,12%Uprawnieni do głosowania / frekwencja24 464 16139,88%źródło: opracowanie własneW styczniu 2020 roku A. Tebboune powołał 17-osobową komisję do opracowania projektu nowej konstytucji, która ma wzmocnić władzę ustawodawczą i sądowniczą oraz zrównoważyć ją z władzą wykonawczą. Projekt, udostępniony do publicznej wiadomości w maju, wprowadził skromne zmiany w tym kierunku, wzmacniając nadzór legislacyjny, a także niezawisłość wymiaru sprawiedliwości przy zachowaniu silnej władzy wykonawczej. W sierpniu 2020 roku wyznaczono termin referendum w sprawie nowej konstytucji – jest nim 1 listopada. Jednocześnie środki wprowadzone w celu powstrzymania pandemii COVID-19 stłumiły protesty, skutecznie ograniczając wyrażanie jakiegokolwiek powszechnego sprzeciwu wobec nowej konstytucji przed planowanym referendum.Aleksander Ksawery Olech

Nota

Wybory parlamentarne w Gujanie 2020

20.09.2020

Gujana jest państwem położonym w północnej części Ameryki Południowej. Na mocy konstytucji z 1980 r. posiada republikański ustrój, na czele państwa stoi prezydent nominowany przez partię, która zwyciężyła wybory parlamentarne. Czas trwania kadencji prezydenta jest tożsamy z kadencją jednoizbowego parlamentu (Zgromadzenia Narodowego), który liczy 65 członków i jest wybierany na 5 lat. System wyborczy Gujany charakteryzuje się złożonością, 40 mandatów obsadzanych jest w ramach jednego ogólnokrajowego okręgu wyborczego, natomiast pozostałe 25 mandatów uzyskują kandydaci startujący w10 geograficznych wielomandatowych okręgach wyborczych. W Gujanie stosuje się system największej reszty w oparciu o metodę Hare’a. Uwarunkowania prawne determinują, że kandydaci muszą być członkami partii politycznych natomiast 1/3 miejsc na listach wyborczych powinny stanowić kobiety. Podmiotem odpowiedzialnym za przebieg i organizację wyborów jest Gujańska Komisja Wyborcza – Guyana Elections Comission (GECOM).Zaplanowane na 2 marca 2020 r. wybory były skutkiem politycznego kryzysu, do którego doszło w grudniu 2018 r., kiedy to rząd nie uzyskał wotum zaufania. Jeden zposłów rządzącej koalicji – Partnerstwa na rzecz Jedności Narodowej (A Partnership for National Unity APNU) oraz Sojuszu na rzecz Zmian (Alliance for Change AFC) –Charrandass Persaud zagłosował podobnie jak posłowie opozycyjnej Postępowej Partii Ludowej (People's Progressive Party PPP), za przyznaniem wotum nieufności rządowi. Głosujący przeciw rządowi parlamentarzysta wyemigrował do Kanady, ponieważ wyrażał obawy o własne życie, natomiast w środowisku pojawiały się doniesienia otym, że kupiono jego głos. Prokurator Generalny – Basil Williams wprzedstawionym rządowi memorandum prawnym wskazał, że powinien pojawić się skierowany do marszałka wniosek o zmianę decyzji w sprawie wotum zaufania ze względu na podwójne obywatelstwo posła Ch. Persaud, co zgodnie z obowiązującymi na Gujanie regulacjami wyklucza możliwość posiadania mandatu parlamentarzysty. Marszałek – dr Barton Scotland nie przychylił się do tego wniosku. W opinii pełniącej obowiązki szefa wymiaru sprawiedliwości – Roxane George, poseł Ch. Persaud został wybrany z naruszeniem konstytucji jednak jego głos był ważny.Wybory na Gujanie miały miejsce 2 marca 2020 r., natomiast dopiero w sierpniu przedstawiono oficjale wyniki, zgodnie z którymi zwycięstwo odniosła znajdująca się do tej pory w opozycji Postępowa Partia Ludowa. Mohamed Irfaan Ali 2sierpnia 2020 r. został zaprzysiężony na prezydenta kraju, jednocześnie stając się pierwszym muzułmańskim prezydentem w Ameryce Południowej. Nad przebiegiem wyborów czuwały międzynarodowe organizacje m.in. Misja Unii Europejskiej ds. obserwacji wyborów, The Carter Center oraz Wspólnoty Narodów. Proces wyborczy przebiegał sprawnie jednakże pojawiły się nieścisłości w trakcie procedury liczenia głosów. Główny urzędnik wyborczy –Keith Lowenfield przedstawiał odmienne wyniki od tych, które zostały zatwierdzone przez międzynarodowych obserwatorów. Według K. Lowenfielda w niektórych urnach znajdowały się wyłącznie głosy na główną partię opozycyjną, natomiast wielu zarejestrowanych wyborców stanowiły zmarłe osoby lub obywatele znajdujący się poza granicami kraju. Przewodnicząca komisji wyborczej – Claudette Singh zakazała głównemu urzędnikowi wyborczemu posługiwania się wynikami odmiennymi od tych, które zostały zatwierdzone przez międzynarodowych obserwatorów. Wczerwcu przeprowadzono procedurę ponownego liczenia głosów, która wskazywała na zwycięstwo opozycji. Najwyższy Karaibski Trybunał sprawiedliwości 8lipca zalecił aby K. Lowenfield zastosował się do zaleceń C. Singh iw oparciu ozatwierdzone przez międzynarodowych obserwatorów wyniki sporządził sprawozdanie. Proces ich ogłoszenia był odwlekany w czasie poprzez wykorzystanie władzy sądowniczej.Zaistniała w Gujanie sytuacja wzbudziła zainteresowanie w międzynarodowym środowisku, trwający spór stanowił reale ryzyko zawieszenia kraju w organizacjach międzynarodowych. Członkowie Centrum Cartera zwrócili uwagę na opinię obserwatorów Wspólnoty Karaibskiej, którzy stwierdzili, że wybory powinny zostać uznane. Członkowie misji obserwacyjnej UE podkreślali w raporcie, że uczestnicy wyborów mogli prowadzić swobodną kampanię, liczenie głosów przebiegało sprawnie isprawiedliwie, natomiast wątpliwości budziła uczciwość procesu wyborczego wregionie 4poprzez nieprzejrzyste i niewiarygodne zestawienie wyników. Wydano 26 zaleceń, których celem ma być poprawienie procesu wyborczego.Kryzys w Gujanie jest bardzo poważny, od ponad roku Zgromadzenie Narodowe nie odbywało posiedzeń, natomiast rząd nie był w stanie podejmować kluczowych decyzji bez zgody parlamentu. Wydatki budżetowe ograniczono do minimum, dodatkowo sytuację skomplikowała światowa pandemia choroby COVID-19. Sprawa wyborów stała się również przedmiotem zainteresowania administracji USA. Pełniący obowiązki Sekretarza Stanu USA – Mike Pompeo w lipcu ogłosił ograniczenia wizowe dla osób podważających demokrację. Wątpliwości związane z wyborami wpłynęły destabilizująco na ustrój kraju i stały się przyczyną silnych napięć m.in. na tle etnicznym. Gujana stoi przed wielkim wyzwaniem jakim jest możliwość eksploatacji szacowanych na 7 mld baryłek złóż ropy naftowej. Brak politycznej stabilizacji może ograniczyć potencjał rozwoju kraju oraz doprowadzić do eskalacji dotychczasowego kryzysu. Polityczny impas negatywnie wpłynął na atmosferę w państwie poprzez polaryzację społeczeństwa oraz pogłębił problemy gospodarcze. Również inwestorzy ograniczyli wydatki inwestycyjne ze względu na niestabilną sytuację polityczną. Odbudowa wiarygodności władz będzie długotrwałym procesem, którego finalizacja wymaga reform ustroju państwa oraz dojrzałości polityków.

Nota

Somalia: wotum nieufności wobec premiera punktem kulminacyjnym walki o terminowe przeprowadzenie wyborów parlamentarnych

17.09.2020

Pod koniec czerwca b.r. szefowa Krajowej Niezależnej Komisji Wyborczej (National Independent Electoral Commission, NIEC), Halima Ismail Ibrahim, ogłosiła na forum Izby Ludu, tj. niższej izby parlamentu, że ze względu na różnice polityczne, brak bezpieczeństwa, powodzie oraz pandemię koronawirusa, powszechne wybory parlamentarne, zaplanowane na 27 listopada 2020 r., nie odbędą się. Analogicznie do tego przedłużona zostanie kadencja urzędującego prezydenta, Mohammeda Abdullahi Farmaajo, która mija 8 lutego 2021 r.H.I. Ibrahim przedstawiła dwa możliwe warianty przyszłej elekcji: organizację wyborów jednodniowych w sierpniu 2021 r., w oparciu o rejestrację biometryczną do 3 milionów wyborców, co pociągnęłoby koszty w wysokości około 70 milionów dolarów oraz alternatywne rozwiązanie, wykonalne w marcu 2021 r., zakładające ręczną rejestrację wyborców, które kosztowałoby 46 milionów dolarów.Opozycyjne Forum Partii Narodowych 28 czerwca b.r. wezwało Komisję Wyborczą do rezygnacji z powodu nieprzeprowadzenia wyborów zgodnie z harmonogramem, oskarżając NIEC o współpracę z rządem federalnym w celu bezprawnego przedłużenia kadencji. Wspólne wysiłki społeczności międzynarodowej, a zwłaszcza działania Unii Afrykańskiej, skutkowały zaproszeniem przez prezydenta Somalii na pierwsze od dwóch lat posiedzenie Narodowej Rady Bezpieczeństwa w dniach 5-8 lipca br. do stolicy kraju, Mogadiszu. Apel prezydenta odrzucili przywódcy autonomicznego Puntlandu, Said Abdullahi Deni oraz Jubalandu, Ahmed Mohamed Islaan Madoobe, niwecząc próby przełamania impasu w napiętych stosunkach rządu z władzami regionalnymi.Prezydenci pięciu regionów spotkali się natomiast 11 lipca b.r. w Dhusamareb, gdzie wzywając do „pragmatyzmu”, poparli koncepcję elekcji pośredniej. Do podjęcia rozmów na temat wdrożenia „alternatywnej”, lecz włączającej metody, zgodnie z którą wybory odbędą się w ciągu najbliższych 4 miesięcy, zaproszono prezydenta Somalii oraz premiera, Hassana Ali Khaire. Przybyły na miejsce szef rządu wyraził dezaprobatę wobec działań zmierzających do przedłużenia kadencji parlamentu. Niespodziewanie 25 lipca b.r. niższa izba somalijskiego organu ustawodawczego, powołując się na brak przedstawienia planu przeprowadzenia powszechnych wyborów do parlamentu, a także zakończone fiaskiem próby wzmocnienia bezpieczeństwa narodowego, postawiła premiera w stan oskarżenia. KomentarzWprawdzie prezydent Somalii, dążąc do nielegalnego przedłużenia kadencji parlamentu celem utrzymania istniejącego status quo, twierdził, że kraj nie jest gotowy na zmianę ordynacji wyborczej, zaledwie 23 lipca b.r. zawarto w tej sprawie pakt pojednawczy między rządem federalnym a władzami regionalnymi. Zadeklarowano wówczas, że powołany zostanie komitet do przeanalizowania sytuacji, a do 15 sierpnia b.r. padnie propozycja trybu dla terminowego przeprowadzenia wyborów.Poważne wątpliwości wśród członków Rady Ministrów, jak i opozycji wzbudził pośpiech, z jakim procedowano wniosek o wotum nieufności wobec premiera. Nie został on ujęty w porządku obrad, zaś głosowania nie poprzedziła debata nad wnioskiem. Do usunięcia urzędującego najdłużej od początku wojny domowej w 1991 r. szefa rządu i desygnowania takiego, który poprowadzi kraj do pierwszych od 50 lat wyborów powszechnych, namawiał prezydenta przewodniczący Izby Ludu, a zarazem jeden z jego najbardziej zaufanych współpracowników, Mohamed Mursal Abdirahman. Obecny reżim zapewne żywi nadzieje na przypisanie sobie zasług za dotrzymanie zobowiązań międzynarodowych i organizację wydarzenia opisywanego jako „kamień milowy” dla przyszłości Somalii.Nie nastąpi to jednak w roku 2020, który miał okazać się tym kluczowym (‘pivotal year’). Prezydent Farmaajo, podpisując w lutym b.r. historyczną ustawę wyborczą, implementującą formułę „jeden człowiek, jeden głos” (‘one-person, one-vote’), podkreślił, że dopiero w 2021 r. obywatele sami zadecydują, jak chcą być rządzeni. Nadal obowiązuje zatem system wyborczy w formule 4,5 (4,5 formula), ustanowiony jako etap przejściowy na drodze ku powszechnym wyborom, który zdołał utrwalić destrukcyjny dla kraju model podziału władzy oparty na lojalnej przynależności do klanu.Walka o władzę między ambitnym i coraz bardziej samodzielnym premierem Khaire a ubiegającym się o reelekcję prezydentem Farmaajo, to egzemplifikacja stylu uprawiania polityki, zgodnie z którym własny partykularny interes stawiany jest ponad dobro państwa i jego mieszkańców. Szkodliwość takiego podejścia nie jest wcale mniejsza niż wewnątrzklanowe spory czy działania bojowników islamistycznej organizacji, Al-Shabaab. Toteż jedyne remedium na problemy tego wysoce dysfunkcyjnego kraju Rogu Afryki stanowi współpraca i kompromis, zwłaszcza w kwestiach fundamentalnych, takich jak wybory.Justyna Eska-MikołajewskaBydgoska Szkoła Wyższajustynaeska.25@gmail.comORCID ID: https://orcid.org/0000-0001-7681-2425

Nota

Koalicja „zgody narodowej” – izraelski system wyborczy i jego znaczenie dla współczesnego Izraela

16.07.2020

Izrael jest demokracją parlamentarną. Obywatele tego państwa posiadają prawa wyborcze, które gwarantują im możliwość wyłaniania władzy ustawodawczej. Ta zaś, podobnie, jak we wszystkich demokracjach, konstruuje rząd.Niektóre państwa na świecie tworzą takie systemy wyborcze, które ułatwiają powoływanie do życia władz wykonawczych. Izrael do nich nie należy. Prawo wyborcze Państwa Żydowskiego zakłada, że wszyscy obywatele powyżej 18 roku życia mogą głosować na partie polityczne wystawiające kandydatów na członków 120-osobowego Knesetu. Już na tym etapie mamy do czynienia z bardzo istotną regulacją, która ma przełożenie na konkretne składy osobowe władz tego państwa. W Izraelu nie głosuje się na kandydatów, tylko na partyjne listy wyborcze. To władze partii decydują o ich składzie. Ci, którzy znajdują się na ich czele mają szanse na wybór. Ci z dalszych miejsc mogą jedynie liczyć, że w przyszłych wyborach znajdą się wreszcie na miejscach „biorących”.Taki system wyłaniania parlamentarzystów w praktyce wzmacnia liderów partii. Są to na ogół charyzmatyczne postacie o silnych charakterach.Drugim istotnym czynnikiem wpływającym na trudności z formułowaniem stabilnych rządów jest niski próg wyborczy. Obecnie wynosi on 3,25% (do 2015 było to 2%). Tak niski próg wyborczy w praktyce powoduje, że w Knesecie znajduje się zawsze co najmniej kilka formacji politycznych.Kolejną przyczyną utrudniającą wybór rządu jest rozdrobnienie izraelskiej sceny politycznej. W Izraelu nie ma formacji, która obsadzałaby większość miejsc w parlamencie. Do 1977 r. na scenie politycznej tego państwa dominowały partie lewicowe. Później miała miejsce rywalizacji pomiędzy socjalistyczną Partią Pracy a prawicowym Likudem. Żadna z nich nie przekroczyła 50% głosów ale były to zawsze silne parlamentarne reprezentacje. Dzisiaj dwie największe formacje obsadzają po około 30% miejsc w Knesecie.Poza tym trzeba podkreślić, że izraelska scena polityczna jest wyjątkowo silnie zantagonizowana. W tym państwie są takie partie, które nigdy nie będą z sobą współpracowały. Dziś trzecią siłą w parlamencie jest Zjednoczona Lista (15 miejsc). Jest to partia arabska. Nigdy w historii tego państwa przedstawiciele którejkolwiek formacji arabskiej nie wchodzili w skład rządu. Wydaje się, że nie nastąpi to w najbliższej przyszłości. Każda koalicja musi się więc liczyć z tym, że arabscy członkowie Knesetu będą zawsze w opozycji.* * *Wszystkie wyżej opisane przyczyny mocno wpłynęły na aktualną sytuację polityczną w Izraelu. Zamieszanie polityczne zaczęło się od kryzysu rządowego spowodowanego brakiem porozumienia koalicji w sprawie ustawy mającej na celu objęcie ultraortodoksyjnych wyznawców judaizmu obowiązkiem służby wojskowej. Nowe wybory zarządzono na kwiecień 2019 roku.Rozpoczętą kampanię zdominowała kwestia zarzutów, jakie ciążyły na izraelskim premierze Beniaminie Netanjahu. Jest on podejrzewany o trzy przestępstwa: korupcję, nadużycie władzy oraz defraudację. Grozi mu za do 10 lat więzienia. Najważniejsza opozycyjna siła Niebiesko-Biali postulowała rozliczenie premiera. Pozbawienie Likudu władzy dawało taką możliwość. Beniamin Netanjahu mógł uniknąć odpowiedzialności, ale musiał pozostać u steru rządu. Dlatego dla niego wynik wyborów był nie tylko politycznym być albo nie być. Wszystkie starania premiera Izraela szły w kierunku prezentacji swojej sprawności politycznej. A odnosił niewątpliwe sukcesy. Podkreślał swoją zażyłość z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie przenieśli swoją ambasadę z Tel-Awiwu do Jerozolimy, zaakceptowali aneksję syryjskich Wzgórz Golan, a sekretarz stanu Mike Pompeo w listopadzie 2019 r. stwierdził, że żydowskie osady nie są sprzeczne z prawem międzynarodowym.Okazało się, że wybory z kwietnia 2019 r. ujawniły polityczny pat. Obie największe partie uzyskały po 35 mandatów. Stabilnej rządowej koalicji nie udało się ja stworzyć ani Beniaminowi Netanjahu ani Benny Gancowi – liderowi Niebiesko-Białych. Prezydent Izraela Re'uwen Riwlin nie miał wyboru i musiał wskazać kolejny termin głosowania. Odbyło się ono we wrześniu 2019 r. i też nie przyniosło rozstrzygnięcia. Wygrali je Niebiesko-Biali zdobywając 33 miejsca w Knesecie. Likud wprowadził do niego 32 parlamentarzystów. Jednak i tym razem nie udało się żadnej z sił stworzyć rządu. Trzeba było próbować po raz trzeci. W marcu 2020 r. Izraelczycy ponownie poszli do urn. Wyniki głosowania niewiele różniły się od poprzednich, tym razem Likud obsadził 36 miejsc a Niebiesko-Biali o 3 mniej.Wszyscy zrozumieli, że polityczny pat mogła zakończyć jedynie koalicja dwóch największych partii. Ich liderzy zdecydowali się stworzyć rząd jedności narodowej. Nie obyło się bez społecznych sprzeciwów. Cześć wyborców Niebiesko-Białych demonstrowało na ulicach (były to interesujące demonstracje, ponieważ Izraelczycy z uwagi na pandemię koronawirusa utrzymywali obowiązujący dystans społeczny).Rozmowy koalicyjne były wyjątkowo trudne. Nie ułatwiał ich fakt, że to właśnie Benny Ganc był jednym z najbardziej zadeklarowanych zwolenników ukarania premiera Netanjahu. W efekcie negocjacji zawarto umowę koalicyjną.Umowa regulowała najistotniejsze kwestie dla współczesnego Izraela czyli np. planowanej aneksji części Zachodniego Brzegu czy powoływanie ultraortodoksów do służby wojskowej. Zakłada ona również rotacyjne sprawowanie urzędu premiera. Przez pierwsze półtora roku będzie nim Beniamin Netanjahu, po nim urząd obejmie Benny Ganc. Charakterystyczną cechą umowy jest również stworzenie zawiłego systemu wzajemnych gwarancji, który ma zabezpieczać realizację zapisów porozumienia.Powołanie do życia gabinetu jedności narodowej nie jest nowym rozwiązaniem w historii Izraela. W 1984 r. doszło do stworzenia rządu, który powołały do życia dwa zantagonizowane partie: Partia Pracy i Likud. Po następnych wyborach także skonstruowana została koalicja „zgody narodowej”. Liderzy największych partii decydowali się zbudować taką Radę Ministrów w sytuacji kiedy nie udawało się stworzyć innej, nawet kruchej, ideowo bliższej, koalicji rządowej.Historia poprzednich gabinetów jedności narodowej pokazuje, że możliwa jest kooperacja oddalonych od siebie ideologicznie formacji. Poza tym uzgodnienia wtedy zawarte zostały dotrzymane przez obydwie strony.Czy i tak będzie teraz? Beniamim Netanajahu jest wyjątkowo dobrym taktykiem. Uchodzi też za polityka, który niekoniecznie dotrzymuje złożonych obietnic. W tle cały czas mamy problemy premiera z prawem. Chęć uniknięcia więzienia (zapisy umowy w zasadzie zabezpieczają premiera przed pociągnięciem do odpowiedzialności, choć dają formalną możliwość do podjęcia zmierzających do tego działań) może go skłonić do ruchów, które oddalą to niebezpieczeństwo. Nowe zwycięskie wybory mogłyby dać nadzieję na odroczenie procesu.Poza tym przed nowym rządem stoją poważne wyzwania. Gospodarka ucierpiała na skutek pandemii. Premier jest krytykowany za brak realnych działań wspierających małe i średnie firmy. Teraz odpowiedzialność za ewentualny poważny kryzys finansowy będzie ponosić koalicyjna partia.Obecny gabinet musi odnieść się również do potencjalnej aneksji części Zachodniego Brzegu. Uzyskanie poparcia amerykańskiej administracji dla tego rodzaju rozwiązania było przedstawiane jako sukces Netanjahu. Aneksja Zachodniego Brzegu to też problem dla izraelskiego rządu. Społeczność międzynarodowa, w tym przede wszystkim państwa Unii Europejskiej, nie zaakceptują tego faktu. Także w samym Izraelu budzi on kontrowersje. Część sympatyków i polityków Niebiesko-Białych nie popiera tego pomysłu.To nie jedyny rozłam w partii Benny Ganca. Sama koalicja z Likudem budziła spore kontrowersje. Część deputowanych zdecydowało się opuścić jego ugrupowanie (decyzję lidera popiera jedynie 19 posłów). Kolejne problemy wywoła obecność w rządzie partii religijnych. Część przedstawicieli Niebiesko-Białych i duża grupa ich wyborców jest zadeklarowanymi zwolennikami ograniczenia wpływów ultraortodoksyjnych Żydów na funkcjonowanie państwa i na jego ustawodawstwo. Domagają się oni obowiązkowej służby wojskowej dla ultraortodoksów czy wprowadzenia możliwości zawierania małżeństwa w formie cywilnej. Obecność partii religijnych w rządzie uniemożliwi realizację tych postulatów. Spowoduje też najprawdopodobniej odejście części dotychczasowych sympatyków.Przed izraelskim rządem stoją trudne wyzwania. Może się okazać, że nowa koalicja nie wytrzyma wewnętrznych napięć. Niewykluczone, że nie mający dużego doświadczenia politycznego Benny Ganz nie odnajdzie się w skomplikowanej rządowej rzeczywistości. Wówczas najprawdopodobniej Beniamin Netanjahu po raz kolejny będzie politycznym zwycięzcą.

Nota

Pandemia a wybory w Boliwii

15.07.2020

Rezygnacja Evo Moralesa ze stanowiska prezydenta, po masowych protestach, które doprowadziły pod koniec 2019 r. do upadku rządu i destabilizacji politycznej w Boliwii, otworzyła drogę do zmian na stanowisku prezydenta po raz pierwszy od ponad dekady. Evo Morales wygrał wybory cztery razy z rzędu i wraz ze swoim rządem przeprowadził szereg radykalnych i kontrowersyjnych reform. Pomimo ich skuteczności zarówno na polu ekonomicznym (nacjonalizacja), jak i społecznym (włączenie do życia społecznego osób pochodzenia indiańskiego), ocena działań tego byłego prezydenta budzi liczne kontrowersje nie tylko na polu międzynarodowym, ale również wewnętrznym.Tymczasowym prezydentem pozostaje obecnie Jeanine Añez, która będąc opozycyjną wiceprzewodniczącą boliwijskiego Senatu, uznawana jest wyłącznie przez siły przeciwne zbiegłemu z kraju Evo Moralesowi. Głównym jej zadaniem było rozpisanie nowych wyborów i czuwanie nad przestrzeganiem porządku w kraju oraz względnej stabilizacji.Rok 2020 jest istotny w kalendarzu wyborczym Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza w Boliwii, w której ze sceny politycznej usunął się Evo Morales będący charyzmatycznym przywódcą – symbolem Wielonarodowego Państwa Boliwia i inicjatorem przemian społecznych i politycznych po 2009 r. Sytuację dodatkowo komplikuje pandemia COVID-19, która na kontynencie południowoamerykańskim nie osiągnęła jeszcze swojego szczytu.Wybory w Boliwii odbędą się 6 września 2020 r., a ich celem będzie wybór prezydenta, wiceprezydenta, senatorów i deputowanych Boliwii. Zostały one początkowo ogłoszone przez byłego prezydenta Evo Moralesa 10 listopada 2019 r. tuż przed jego rezygnacją. Pierwotnie miały się odbyć 3 maja, zostały jednak przesunięte najpierw o 14 dni a następnie odroczone bezterminowo z powodu wprowadzenia w Boliwii stanu zagrożenia zdrowia publicznego spowodowanego pandemią COVID-19.Ogłoszenie terminu nowych wyborów nadal budzi jednak kontrowersje. Projekt ustawy 691, zatytułowany „Ustawa modyfikująca ustawę 1297 o przełożeniu terminu wyborów powszechnych w 2020 r.”, będący wynikiem porozumienia między partiami politycznymi reprezentowanymi w parlamencie, został przyjęty 9 czerwca przez Kongres Narodowy Asamblea Legislativa Plurinacional (ALP), czyli Izbę Deputowanych i Sent, w obecności szefa Najwyższego Trybunału Wyborczego Tribunal Supremo Electoral (TSE). Akt ten wskazuje TSE jako instytucję odpowiedzialną za przyjęcie uchwały wyznaczającej nową datę głosowania w przeciągu maksymalnie 127 dni począwszy od 3 maja 2020 r., czyli najpóźniej do 6 września 2020 r. Ustawa przewiduje, że jeżeli żadna z sił politycznych nie uzyska więcej niż 40% głosów przy co najmniej dziesięciopunktowej przewadze nad drugą co do wielkości liczbą głosów, musi odbyć się druga tura wyborów. W tym wypadku ustalona data to 18 października. Inauguracja wybranych przedstawicieli odbędzie się między 16 a 30 listopada.Jeanine Áñez 21 czerwca br. podpisała projekt, a 26 czerwca TSE ogłosił wznowienie procesu wyborczego, uwzględniając przy tym zakończone wcześniej działania tj. zamknięte listy kandydatów, chociaż dając możliwość modyfikacji list wyborców.Wybór prezydenta, wiceprezydenta, deputowanych i senatorów jest niezbędny do przywrócenia rzeczywistej i pełnej demokracji pośredniej w Boliwii i zakończenia okresu niepewności politycznej. Tym bardziej, że należy jak najszybciej przeciwdziałać skutkom gospodarczym i społecznym pandemii.Áñez pozostaje kandydatem prawicowych środowisk na stanowisko prezydenta, chociaż deklarowała, że nie zamierza ubiegać się o reelekcję. Zaprzecza także zarzutom jakoby zmierzała do opóźniania wyborów. Obwinia natomiast swoich kontrkandydatów o narażanie zdrowia Boliwijczyków kosztem wyborów, wskazując że to Kongres w większości reprezentujący Ruch na rzecz Socjalizmu Movimiento al Socialismo (MAS) partię byłego prezydenta Moralesa, narzucił termin wyborów. Áñez wysłała do Senatu pismo zobowiązujące do publicznego przejęcia przez senatorów odpowiedzialności za decyzję, że wybory odbędą się 6 września, kiedy to prognozowany jest szczyt pandemii w Boliwii.Według ostatnich sondaży przeprowadzanych już w czasie trwania pandemii największe szanse na wygraną ma, wspierany przez Evo Moralesa minister finansów w jego rządzie, Luis Arce. Dużym poparciem cieszy się także lewicowy kandydat sojuszu Comunidad Ciudadana Carlos Mesa oraz Jeanine Áñez.