Logo Thing main logo

„W Hongkongu będzie gorąco i nie dlatego, że taki mają klimat”. Oblicza mainlandyzacji Pachnącego Portu

Hongkong jest jednym z kluczowych centrów przepływów strategicznych na świecie, to państwo-miasto pomiędzy światami i kulturami. O tym, jak świat demokracji zderza się ze światem autokracji w Hongkongu i co z tego wynika; dlaczego Pekinowi zależało na nowym prawie o bezpieczeństwie narodowym, a lokalistom na Five Demands; oraz czym jest mainlandyzacja i stawianie jej oporu w praktyce – opowiada wywiadzie dr hab. Łukasz Zamęcki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Dr Mateusz Krycki: wydarzenia z ostatnich miesięcy i lat – protesty społeczne oraz reakcje lokalnych władze na nie – wskazują, że względna równowaga polityczna uzyskana w ramach autonomii w 1997 roku wyczerpuje się. W tym kontekście nasuwa się kilka istotnych pytań. Zacznijmy od podstaw – jaki nominalnie ustrój występuje w Hongkongu, a jaki panuje de facto?

Prof. Łukasz Zamęcki: przede wszystkim musimy pamiętać, że formalnie od 1997 roku Hongkong jest jedynie Specjalnym Regionem Administracyjnym. To specyficzna formuła przyjęta na potrzeby integracji Hongkongu i Makau z Chinami w ramach systemu politycznego Chińskiej Republiki Ludowej. Rzeczywiście jest to rozwiązanie specyficzne, system sui generis. Mimo formalnej suwerenności Chin, wynegocjowana przez Brytyjczyków autonomia Hongkongu jest de iure bardzo duża. Trudno znaleźć przykład innego regionu autonomicznego, który miałby możliwość posiadania choćby własnej waluty, czy systemu prawnego mocno niezależnego od centrum. Ta endemiczna formuła, niełatwa do analizy w badaniach porównawczych systemów politycznych i stosunków międzynarodowych, mogłaby być skojarzona jedynie z koncepcją protektoratów.

Na tą płaszczyznę formalną nakłada się też duża dynamika polityczna, o której wspomniał Pan w swoim pytaniu, ale nie wiem, czy bym się do końca zgodził ze twierdzeniem, że mamy do czynienia ze zmianą po okresie pewnej równowagi. „Równowaga” była pewną iluzją i adaptacja trwała cały czas. Mamy tendencję do patrzenia na systemy polityczne tu i teraz, a pewnie za kilkadziesiąt lat będziemy tą sytuację traktować inaczej. Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych przyjęło właśnie [tj. 30 czerwca – przyp. red.] ustawę o bezpieczeństwie narodowym, więc teraz ten fakt i rok 2020 możemy uznać za punkt zwrotny, ale z dalszej perspektywy można go wpisać w kolejne ogniwo okresu zmian w Hongkongu.

Formalnie obowiązuje doktryna jedno państwo – dwa systemy i to ona określa ustrojowe ramy Hongkongu, ale wiemy też, że zostały ona przyjęte na okres 50 lat, więc tak naprawdę mamy bliżej niż dalej do nowego etapu. Pierwsze lata funkcjonowania Hongkongu to był okres wzajemnego badania i rozpoznawania się. Teraz trwają z kolei poszukiwania przez Chińską Republikę Ludową nowej formuły ustrojowej dla HK i wprowadzenie ustawy o bezpieczeństwie narodowym należy w tym sensie traktować jako istotny krok, a może nawet swoisty „game-changer”.

Skoro wspomniał Pan o ustawie o bezpieczeństwie narodowym. Nie popadając w prezentyzm, mimo wszystko muszę dopytać – od kiedy ustawa ta budzi takie kontrowersje?

Musimy sięgnąć pamięcią do 2003 roku. Wtedy to rozgorzała na większą skalę dyskusja o wprowadzeniu nowego prawa, implementującego Artykuł 23 Ustawy Zasadniczej (minikonstytucji) Hongkongu. Nastąpiła aktywizacja ruchu opozycyjnego, który obawiał się, że nowe przepisy otworzą drogę do aresztowań i ograniczania swobód. Choć akurat 2019 rok przyniósł jeszcze większe protesty, to te z 2003 roku były naprawdę spektakularne i ważne z punktu widzenia przemian społecznych. Pół miliona ludzi na ulicach nieco ponad 7 milionowego kraju robi wrażenie.

Wówczas Pekin dostrzegł, że nie może bagatelizować sprawy i przyjął bardziej proaktywne podejście. Dla rządu chińskiego niepokoje w HK to nie jest już business as usual i nie można pozwolić mieszkańcom Hongkongu eskalować swoich działań. Zaczęto myśleć o tym, w jaki sposób wpływać na postawy społeczne i polityczne, czy też – wprost – jak ingerować, aby nie doprowadzić do naruszenia integralności terytorialnej Chin.

Jeśli 2003 rok uznajemy za datą początkową ewolucji ustrojowej, to jakie procesy w istocie od tego czasu zachodziły w HK, a może i poza nim, które tę endemiczną, hybrydową formułę ustrojową utrwalały lub napędzały?

Na pewno rządy Xi Jinpinga są jednym z czynników, który po 2003 roku umożliwił większy wpływ na sprawy Hongkongu. Ma to związek też z samą sytuacją polityczną w Chinach, gdzie Xi Jinping konsoliduje władzę i z pewnością nie wyobraża on sobie, aby powstawały jakiekolwiek konkurencyjne, niezależne ośrodki władzy, które w ramach postępu demokratyzacji mogłyby ziścić wizję z lat 90., w myśl której to HK, a nie Pekin miałby stać się centrum decyzyjnym.

Po 2003 r. HK to w sumie przysłowiowy kamyczek w bucie, który uwiera. Obawy związane z nieprzystosowaniem HK wynikają z faktu, że są tam ludzie, którzy mają swobodny dostęp do informacji, mogą praktykować różne idee, kulty itd., mogą uczestniczyć w częściowym przepływie idei demokratycznych, doświadczać elementarnej praworządności, czego nie ma w Chinach kontynentalnych.

Podejście Pekinu, który skraca Hongkongowi przysłowiową smycz to jedno, ale musimy też pamiętać, że w ramach samego Hongkongu są ośrodki, które chciałyby większej integracji z ChRL, czy też nie chciałyby, aby Hongkong stał się w pełni demokratyczny i niezależny.

Wreszcie, to co wpływa bezpośrednio na ustrojowy kształt i zależność HK to instytucja wyborów, które nie są powszechnymi i równymi wyborami. Postulat demokratyzacji procesu wyborczego jest jednym z podstawowych wysuwanych przez protestujących, ale możemy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby takie wybory faktycznie miały miejsce i jak mogłoby to przełożyć się na apele o kolejne swobody. Efekt jest taki, że w różnych rankingach demokratyzacji można zauważyć, iż Hongkong nawet nie zbliża się do podmiotów o pełnej lub choćby wadliwej demokracji. Stąd pewna etykieta, w zależności od metodologii, reżimu hybrydowego.

To co nam trochę zamydla oczy to jest fakt, że mimo braku legitymizacji władzy opartej na demokratycznych wyborach, za sprawą umowy z 1997 r. i presji brytyjskiej, w systemie politycznym pozostawiono prawne instrumenty ochrony praw i swobód obywatelskich. Mowa tu o zachowaniu niezależnego wymiaru sprawiedliwości, czy wolności prasy. Problem w tym, że ta ochrona gdzieś w ostatnich latach jednak ginie.

Widzimy coraz więcej przesłanek, wskazujących, że wymiar sprawiedliwości nie jest już tak suwerenny, znana na cały świat komisja badająca korupcję w Hongkongu też traci swoją niezależność, a spadek HK w rankingach wolności prasy jest znaczący. Dochodzi bowiem do coraz częstszych przypadków autocenzury. Przez lata patrzyliśmy na Hongkong jak na „wyspę demokracji” na morzu chińskim, ale w praktyce nie była to demokracja.

Na tym tle nasuwają się dwa pytania. Pierwsze, czy możemy wyróżnić, które z tych czynników pośrednich i bezpośrednich miały i mają największy wpływ na powstanie obecnej sytuacji i społecznej dynamiki? Drugie, czy możemy określić, gdzie de facto kończą się – nazwijmy to -granice ustroju demokratycznego w Hongkongu, a gdzie zaczyna reżim autorytarny? Jeśli w ogóle możemy o nim mówić, bo przecież autorytarność nie musi być jedyną opozycją dla demokracji.

Warto zacząć od historii politycznej HK, ona jest bardzo istotna dla zrozumienia tego, co się dzieje. Każdy wie o roli Brytyjczyków i ich roli administracyjnej w Hongkongu. Trzeba podkreślić, że historycznie to oni umożliwili rozwój instytucji społeczeństwa obywatelskiego na szerszą skalę, to znaczy w tym wymiarze politycznym, a więc nie w sferze tworzenia warunków dla funkcjonowania organizacji pozarządowych, zajmujących się dajmy na to działalnością charytatywną lub dobroczynnością, a w obszarze rozwoju quasisystemu partyjnego.

Oczywiście nie jest też tak, że za Brytyjczyków było pięknie, a później to się wszystko posypało. Pamiętajmy, że za administracji brytyjskiej też nie mieliśmy w HK do czynienia z pełnym reżimem demokratycznym, aczkolwiek to w latach 90. z inspiracji Wielkiej Brytanii zaczęły rozwijać się proto-partie polityczne, które stawiały sobie za cel demokratyzację systemu politycznego w Hongkongu. Były one elementem swoistej socjalizacji społeczeństwa oraz elit politycznych; wspierały rozwój myśli demokratycznej. Dzięki nim utrwalano doktrynę rządów prawa.

Mówiąc dalej o pośrednich przyczynach zmian ustrojowych HK, to nie można nie wspomnieć o tym, że sami obywatele Hongkongu obawiali się jeszcze przed 1997 rokiem, jak będzie wyglądała ich przyszłość w ramach – nie wchodząc już w rozróżnienia definicyjne – autorytarnego czy totalitarnego, a w każdym razie niedemokratycznego reżimu ChRL. Szczególnie musimy pamiętać, że w Hongkongu duża część mieszkańców to są pierwsze lub drugie pokolenia uciekinierów z Chińskiej Republiki Ludowej, którzy migrowali przecież w dużej mierze z powodów politycznych, nie tylko ekonomicznych, czy społeczno-kulturowych. Wspomniane obawy o przyszłość były więc mocno ugruntowane, gdy nadszedł rok 1997 i późniejsze, kiedy to Chiny coraz bardziej zaczęły angażować się w sprawy Specjalnego Regionu Administracyjnego. W tej perspektywie łatwiej zrozumieć towarzyszące temu napięcia, które niejednokrotnie wiązały się z przesłankami bezpośrednimi, o które Pan pyta.

Jedną z nich jest funkcjonowanie policji i coraz większa liczba przypadków jej instrumentalizacji dla celów politycznych; za inną przesłankę uznaje się działanie sądownictwa, które ma być coraz bardziej stronnicze, czy też zmiany w instytucjach medialnych i ograniczanie wolności słowa. Wszystko to składa się na tzw. mainlandyzację, czyli przekładanie praktyk życia politycznego mainland China na funkcjonowanie Hongkongu.

Pamiętać musimy też o bezpośrednich uwarunkowaniach wynikających z relacji gospodarczych. Pekin ma wielu nie tylko politycznych sojuszników w Hongkongu, ale też biznesowych. Duże przedsiębiorstwa z Hongkongu, prowadzące działalność gospodarczą na granicy z Chinami kontynentalnymi nie chcą podpadać władzom w Pekinie, obawiając się o swoje interesy, ale i wolność. Zdarzały się przypadki zaginięć, aresztowań z mniej lub bardziej błahych powodów kryminalnych lub obyczajowych.

Jeśli mówimy o ekonomii, to równie ważne są też postawy młodego pokolenia, aktywnie przecież uczestniczącego w protestach, głównie w trosce o swoją sytuację materialną w przyszłości. Im nie chodzi tylko i wyłącznie o utratę swobód politycznych, wolności wypowiedzi, wolności zgromadzeń i zrzeszania się, ale też najzwyczajniej o swój byt.

Czy rzeczywiście mają w tym względzie uzasadnione obawy? Hongkong do biedniejszych nie należy…

Hongkong pięknie wygląda w różnego rodzaju statystykach makroekonomicznych, ale jeżeli spojrzymy już na tzw. human security, miernik rozwoju społecznego znany z w naukach politycznych, czy stosunkach międzynarodowych, to uwidacznia nam się bardzo wysokie rozwarstwienie społeczne i problemy z awansem zawodowym. W uproszczeniu, rynek HK jest ciągle bardzo konkurencyjny i wolnorynkowy, co ma swoje zalety, ale też wady z punktu widzenia wielu zwykłych mieszkańców, którzy dostrzegają pogarszającą się perspektywę indywidualnego rozwoju, czy bezpieczeństwa ekonomicznego. A taka wizja wynika z faktu, że Chiny nie potrzebują już Hongkongu do prowadzenia strategicznych biznesów, a szczególna rola HK jako pośrednikaw międzynarodowych stosunkach gospodarczych, między światem zachodnim a Chinami kończy się. I w tej psychospołecznej warstwie ma to swój wydźwięk, również na ulicach.

Wracając do mainlandyzacji, jako pewnego rodzaju programu dostosowywania HK do potrzeb Pekinu, są też inne kwestie społeczne i procesy, które są mniej widoczne, a ważne.

Mowa chociażby o sinizacji edukacji, czyli rozwijaniu szkolnictwa pod kątem priorytetów Pekinu. Istnieją obawy, że może to prowadzić do takiego nauczania dzieciaków, które będzie nie tylko przekazywać wiedzę, ale też kształcić określony system wartości, w którym mniejsze znaczenie będzie miała wolność, a większe rola partii i Wielkich Chin. Pojawiają się m.in. informacje o próbach zmian w programach edukacji, czy presji na nauczycieli i dyrektorów szkół. W samych szkołach swoboda wypowiedzi i dyskusji jest ograniczana, a to może oznaczać docelowo cenzurę polityczną, prowadzącą do nie mówienia o pewnych kwestiach, a w dalszych konsekwencjach do indoktrynacji politycznej.

Natomiast, jeśli pyta Pan, gdzie jest ta granica między reżimem demokratycznym a autokratycznym w ustroju HK, to oczywiście bardzo trudno ją nakreślić. Nigdy nie jest tak, że jakiś reżim się autokratyzuje z dnia na dzień, te procesy zachodzą stopniowo i przez lata. Nie mówię tego w kontekście literalnej interpretacji wspomnianej ustawy wdrażającej Artykuł 23, a z perspektywy ukorzenionych społecznie obaw wobec tego, co może się za nią kryć, a więc bezpośrednią ingerencję w procesy polityczne oraz wymiar sprawiedliwości Hongkongu. Zwolennicy demokratyzacji przewidują większą swobodę aresztowania lub penalizacji działaczy opozycyjnych i demokratycznych.

Obraz, który Pan rysuje zmusza też do pytania o ten najbardziej bliski przyczynowo bodziec do toczącej się przemiany ustrojowej. Co dokładnie proponuje się w ramach Artykułu 23., co powoduje teraźniejszą erupcję nastrojów opozycyjnych? To też pytanie o klucz do zrozumienia protestów tu i teraz, zakładając, że leży on gdzieś przy ustawie o bezpieczeństwie narodowym.

Musimy wrócić do Ustawy Zasadniczej czyli Basic Law, która – pamiętajmy – powstała na bazie umowy chińsko-brytyjskiej z 1984 roku. Artykuł 23. przewiduje, czy wskazuje, że władze Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkongu zobowiązane są przyjąć prawo zakazujące jakiejkolwiek działalności secesyjnej, zdrady, działań przeciwko Chińskiej Republice Ludowej. Na takim dużym poziomie ogólności, to nawet nie brzmi groźnie, ale diabeł tkwi w szczegółach.

Zgodnie z ostatnimi doniesieniami, implementacja nie skończyła się na osobnych przepisach wykonawczych, a na dopisaniu ich bezpośrednio do Ustawy Zasadniczej, co oznacza też ich nadrzędność wobec innych praw obowiązujących w Hongkongu. Prawo obejmuje działające w Hongkongu firmy, ale też obcokrajowców i rezydentów. Co ciekawe, ma zastosowanie względem przestępstw popełnianych poza granicami Specjalnego Regionu Administracyjnego.

Co do penalizacji – za przestępstwa o charakterze terrorystycznym, separatystycznym, lub zmowę z innymi państwami osłabiającymi bezpieczeństwo państwa przewiduje się maksymalną karę dożywotniego więzienia. W innych przypadkach mogą być zasądzane niższe kary więzienia, lub grzywny. Nadzór nad wykonaniem przepisów ma pełnić biuro ochrony bezpieczeństwa państwowego podlegające rządowi w Pekinie, natomiast samą egzekucją mają się zajmować władze lokalne. Aczkolwiek, zostawiono furtkę do interwencji rządu centralnego, sytuacjach kryzysowych, wskazujących na ingerencję obcych sił. W takich przypadkach podejrzani będą podlegać sądownictwu Chin kontynentalnych. Zakłada się też możliwość utajnienia części lub całego procesu sądowego, a także pozbawienie osób skazanych biernego prawa wyborczego oraz stanowisk.

Istnieje obawa karania za mówienie o wolnościach i demokracji, ponieważ będzie można uznać to za działalność przeciwko władzom Chińskiej Republiki Ludowej. Ma to być legalne narzędzie ograniczania działaczy opozycyjnych, którzy mocno uderzają swoją narracją w system Chińskiej Republiki Ludowej.

Obiektywna ocena praktycznego zastosowania tych przepisów nie jest w tym momencie możliwa. Wykładnia z perspektywy ruchu prodemokratycznego pozostaje jednak ta sama. Nowe prawo będzie wymierzone przeciw takim aktom antychińskim, które są szczególnie widoczne w przestrzeni publicznej i mają potencjalnie dużą nośność. Przez lata, na przykład, przyjeżdżający z mainlandu turyści mogli napotkać rozmaite plakaty o procesach politycznych w ich części Chin z przekazem: „zobacz, u was tak się torturuje opozycjonistów”. I tutaj mamy już potencjalne zarzewie destabilizacji. Idąc dalej – jeżeli jestem takim działaczem w Hongkongu i chcę nie tylko wywieszać plakaty, ale też pisać książki na temat działań Pekinu, chciałbym publikować materiały na temat patologii Chińskiej Republiki Ludowej, pisać o przestępstwach, o skazywaniu działaczy politycznych, a taką działalność wydawniczą prowadzi się w HK – to w opinii obozu demokratycznego istnieje realne zagrożenie, że na mocy przepisów Artykułu 23. ktoś zasądzi, że jest to działalność antychińska, antypekińska i dlatego zostanie ona zakazana, a co więcej można za nią otrzymać karę długoletniego więzienia. Ostatecznie, każda forma krytyki władz chińskich może być uznana za działalność wymierzoną przeciwko Pekinowi.

Będę teraz nieco przekorny. Prace nad nowym prawem o bezpieczeństwie narodowym, tak samo jak dyskusje nad nim, trwały długo. Możliwe, że to Covid-19 sprawił, iż dopiero z końcem czerwca Komunistyczna Partia Chin pochyliła się nad Hongkongiem, a może nie udały się mediacje władz lokalnych. A może Artykuł 23. jest jednak tylko wierzchołkiem góry lodowej?

Protesty, które mamy teraz ciągną się faktycznie od marca 2019 roku, a wtedy punktem zapalnym była zapowiedź wprowadzenia innej ustawy, tzw. ekstradycyjnej, która z kolei wynikała pierwotnie z dość głośnej sprawy kryminalnej, zupełnie niepolitycznej. Na Tajwanie Hongkończyk zabił swoją dziewczynę, wszczęto postępowanie, oskarżony wrócił do Hongkongu. I wraz z wnioskiem o przekazanie go Tajwanowi pojawiła się potrzeba przepisów wykonawczych, które finalnie otrzymały brzmienie, pozwalające na ekstradycję obywatela hongkongskiego nie tylko do Tajwanu, czy Makau ale też do Chin kontynentalnych. Choć Tajwan ostatecznie zrezygnował z nacisków na HK, rozumiejąc delikatną naturę relacji Hongkongu z Pekinem, bo po części są w podobnej sytuacji, to rząd chiński nie odpuszczał. Zaczęły wzrastać obawy, że nowe prawo zostanie wykorzystane do represji politycznych i przekazywania niepokornych Hongkongczyków autorytarnemu wymiarowi sprawiedliwości Chińskiej Republiki Ludowej. Na tym tle doszło do serii kolejnych zdarzeń. W lipcu 2019 roku, gdy nastąpiły większe protesty, doszło do dość gwałtownego rozprawienia się policji z częścią manifestantów, co dało opozycji sygnał, że lokalny system polityczny istotnie zmienia swoje oblicze. Dotychczas służby mundurowe, nawet podczas słynnej rewolucji parasolkowej z 2014 roku, nie dopuszczały się takiej eskalacji.

Zaczęły pojawiać się oficjalne oskarżenia i dowody na użycie gazu i broni gładkolufowej, doniesienia o pobiciach. Działania policji niejako otworzyły oczy i – o czym już mówiłem – zaczęto ją traktować nie jako instrument porządku publicznego, a narzędzie polityczne Komunistycznej Partii Chin służące wspomnianej mainlandyzacji. Badania opinii wskazały, że zaufanie do tej formacji drastycznie spadło.

Przyczyna obecnego stanu rzeczy jest bardziej wieloczynnikowa, ma charakter procesu, który rozpoczął się wraz z protestami w 2019 roku. W tej perspektywie – tak, można więc powiedzieć, że Artykuł 23. jest wierzchołkiem góry lodowej.

Co jest zatem pod powierzchnią?

W naukach o polityce dla wyjaśnienia takich zjawisk i procesów używa się teorii uczenia się ruchów społecznych. Obecnie mamy do czynienia z kumulacją nastrojów i wiedzy oraz synergią doświadczeń działaczy lokalistycznych i natywistycznych, którzy nabywali wprawy i uczyli się oporu od czasu rewolucji parasolkowej z 2014 roku. Ostatnie pięć lat to wyraźne scalanie się tych ruchów społecznych, przy czym spoiwem niekoniecznie była idea demokratyzacji, a poczucie wspólnoty – na zasadzie, pardon my French – „chrzanić Chiny, my jesteśmy Hongkongiem, mamy swój kraj!”

 

Hongkong 2014 – Parasolkowa rewolucja. Źródło: Joseph Chan – Unsplash

Hongkong 2014 – Parasolkowa rewolucja. Źródło: Joseph ChanUnsplash

Innymi słowy, w ostatnich latach bardzo wzrosło poczucie tożsamości hongkońskiej. Wcześniej ta tożsamość Hongkongu była bardziej pomieszana kulturowo, trochę Hongkongu, trochę Chin. Owszem, ten lokalizm odczuwało się od dawna, nawet gdzieś od lat 60. XX wieku, ale tak na prawdę dopiero teraz tożsamość HK zaczęła się krystalizować.

Podsumowując, za bezpośredni powód można uznać prace nad ustawą o bezpieczeństwie państwa oraz ekstradycyjną, a także wspomnianą brutalność policji. Ale zdarzenia te trafiły na już uformowany grunt oporu, osadzonego na wartościach politycznych i kulturowych. Jesteśmy więc świadkami dłuższego procesu, w którym, w efekcie społecznego uczenia się, oddolne ruchy dają impuls do rozwijania tożsamości lokalnej, budując jednocześnie swoją sieć organizacji, artykułujących apel, czy – szerzej – program polityczny. Tej społecznej integracji i synergii, zwłaszcza wśród młodych ludzi, z pewnością pomagają też media społecznościowe.

Poruszył Pan kilka ciekawych wątków. Dopytam najpierw o kwestię tożsamościową – skoro ten ruch społeczny inspiruje do identyfikacji wspólnotowej, to ważnym pytaniem jest, w jakim stopniu jest on społecznie legitymizowany?

Mamy właśnie do czynienia ze spiętrzeniem się na tym polu kilku procesów sięgających jeszcze lat 90. XX w. Wtedy powstały pierwsze prodemokratyczne organizacje społeczne, które otwarcie sprzeciwiały się władzom Specjalnego Regionu Administracyjnego i rządowi w Chinach, i które – w oparciu o analizę wyników części powszechnej wyborów – zdobyły poparcie ponad połowy społeczeństwa. To pewien filar legitymizacji. Aczkolwiek, wraz z upływem czasu zaczęły w jego ramach pojawiać się silniejsze tendencje lokalistyczne, czy odłamy nacjonalistyczne o bardziej radykalnym nastawieniu, które wytykały starszym stronnictwom prodemokratycznym błędy. W ich mniemaniu, sytuacja wymaga już nie tylko obstrukcji parlamentarnej, ale też wyprowadzenia na ulicę swoich zwolenników.

Przykłady takiego odważniejszego działania, popartego społecznie, znajdujemy w parasolkowej rewolucji. Właśnie po 2014 r., w duchu pewnej radykalizacji demokratyczna scena polityczna wbogaciła się o wiele mniejszych partii, jak na przykład Demosisto, czy Hongkong National Party. Ta ostatnia została zdelegalizowana, a warto dodać, że nawoływała wprost do niepodległości...

...znamienne, że po raz pierwszy pada w tym wywiadzie słowo „niepodległość”. Czy w poszukiwaniu społecznego mandatu często występuje ono na ustach obozu prodemokratycznego?

To ciekawe, bo jeszcze w 2012 roku nie było praktycznie w Hongkongu nikogo, kto by mówił o niepodległości Hongkongu. Chodziło głównie o „autonomię”, „niezależność”, „swobodę”, a tu nagle młodzież zaczyna wychodzić z odbieranymi jako radykalne poglądami, na przykład „Independence for Hong Kong!”. I takiego głosu władza w Pekinie już na pewno nie może bagatelizować. Istnieje obawa, że może on zbyt mocno rezonować i inspirować do eskalacji oporu. Są nawet badania, które pokazują, że wśród młodych ludzi hasło „niepodległość” mocno zyskuje na popularności.

Natomiast kończąc myśl o legitymizacji – trzeba powiedzieć, że w czasie rewolucji parasolkowej część obozu demokratycznego obawiała się, że widoczna radykalizacja oporu, wpłynie zbyt mocno na gospodarkę, a w konsekwencji na codzienne funkcjonowanie. Dla wielu bardziej konserwatywnych, starszych demokratów ówczesne protesty młodzieży były zbyt ryzykowne. Co w takim razie powiedzieć teraz, gdy od 2019 roku radykalizacja protestu nasiliła się jeszcze bardziej? Z uwagi na przyjęte instrumenty walki, legitymizacja nie wydaje się więc stuprocentowa, ale z drugiej strony nie zarysowała się też formalnie żadna frakcyjność obozu demokratycznego.

Kolejna z poruszonych kwestii – która doskonale wpisuje się właśnie w narrację niepodległościową – czyli fundament poczucia tożsamości wspólnotowej. Czy można stwierdzić, że jest nią etniczność Hongkongu, albo język? Czy możemy w ogóle mówić o narodzie hongkońskim? Czy w potocznym języku, w dyskursie publicznym takie słowo pada, a może jest tak samo niechciane, jak „niepodległość”?

To znów bardzo ważny temat, który jest także płaszczyzną sporu. Proszę pamiętać że Hongkong to jest język i kultura kantońska, a Chiny kontynentalne to jest jednak język mandaryński, uproszczony. Ruchy lokalistyczne, natywistyczne walczą na przykład o to, aby w przestrzeni publicznej, na ulicach obowiązywał język kantoński, aby nie wprowadzano do szkół języka mandaryńskiego; sprzeciwiają się temu, aby w dyskursie biznesowym dominował mandaryński, którego używa się pragmatycznie w relacjach z Chińczykami z kontynentu.

Natomiast szersza analiza tożsamości Hongkongu wymaga zrozumienia kilku aspektów. Mamy bowiem do czynienia z tożsamością historyczną, mocno osadzoną w relacji do Chin; kulturową –tutaj wspomniane rozróżnienie na tradycję kantońską i mandaryńską ma znaczenie, w tym problematyka językowa; wreszcie swoje znaczenie ma tożsamość polityczna. Stąd same badania bywają niejednoznaczne, z uwagi na różnicę w kafeterii pytań typu – czy jesteś hongkońskim Chińczykiem, czy chińskim Hongkongczykiem, czy Chińczykiem. Na odpowiedzi respondentów nakładają się różne sposoby myślenia o sobie – raz dominują kryteria kulturowe, innym razem polityczne. To, co wyraźnie uwidacznia się w badaniach, to fakt, że młodzi ludzie z ruchów lokalistycznych definiują się przede wszystkim kategoriami politycznymi - „I am Hong Konger”, a w drugiej kolejności przywiązaniem do kultury kantońskiej, przy jednoczesnym odcinaniu się od korzeni Wielkich Chin. Aczkolwiek, jeśli mówimy o tożsamości politycznej, są też grupy społeczne, które określają się jako Chińczycy, ale jednocześnie nie popierają Komunistycznej Partii Chin.

Stąd możemy mówić nie tylko o hybrydowym ustroju, ale też o hybrydowej tożsamości, która nie zawsze jest rozumiana na Zachodzie. Z tożsamością jest jak z matrioszką, poszczególne jej elementy nakładają się, tworząc – bezkolizyjnie – całość.

Pochylmy się jeszcze na chwilę nad tą tożsamością polityczną. Odwołując się nieco do naszej historii, to znaczy ruchu Solidarności, czy lokaliści skodyfikowali już swoje postulaty? Czy jest jakiś żelazny program obozu liberalnego, prodemokratycznego, stanowiący fundament swoistej politycznej reformacji HK?

Odpowiedź dobrze jest umieścić w kontekście protestów w 2019 roku, ale też wspomnianej wcześniej problematyki legitymizacji. W rzeczywistości, to co do dzisiaj scala ruch demokratyczny to wyartykułowane wtedy Five Demands. One także zdobywają dla protestujących szersze poparcie społeczne.

Co zawiera katalog Five Demands?

Po pierwsze, całkowite wycofanie projektu ustawy o ekstradycji – co faktycznie nastąpiło. Po drugie, wycofanie się rządzących z narracji, że protesty z 12 czerwca 2019 r. były „zamieszkami”. Dlaczego to ważne? Tamtego dnia, policja w dość brutalny sposób potraktowała protestujących i jeśli władze HK zostałyby przy tej wykładni, wówczas zakres kar dla nich byłby o wiele dotkliwszy. HK ma w takich sytuacjach bardzo punitywne podejście. Trzeci postulat to uwolnienie i uniewinnienie aresztowanych protestujących; czwarty – to ustanowienie niezależnej komisji śledczej oceniającej postępowanie policji w krytycznych dniach protestów. Tutaj pojawiły się hipotezy, że wśród pacyfikujących funkcjonariuszy byli również policjanci z Chin kontynentalnych. Piąty postulat – to universal suffrage, czyli prawa wyborcze – zgoda na wolne, powszechne wybory [do Rady Legislacyjnej i na urząd prezydenta – przyp. red.]. Ten postulat dotychczas łączy najbardziej. Nieoficjalnie dodawano też „six demand”, czyli wycofanie się ze wspomnianej ustawy implementującej Artykuł 23 konstytucji. To już jednak nieaktualne. Oczywiście nadrzędnym postulatem jest demokratyzacja Hongkongu.

Hongkong 2019 – “Walka o prawdziwe wybory w Hongkongu”. Źródło: Erin SongUnsplash

Wspomniał Pan o mediach. Nie można nie odnieść się do nich, rozważając o uwarunkowaniach, ale i o konsekwencjach społeczno-politycznych tarć. Po pierwsze, czy w Hongkongu istnieje pluralizm mediów; a po drugie, czy media aktywnie polaryzują społeczeństwo HK, czy może są jednak bardziej pasywnymi reprezentantami poszczególnych grup, lub partii?

Wydaje się, że z mediami jest coraz gorzej, stanowią one w praktyce jeden wymiarów mainlandyzacji Hongkongu. Historycznie, rynek medialny Hongkongu w latach 80-90. ub. wieku uważany był za jeden z najbardziej liberalnych. Zresztą wiele międzynarodowych koncernów ustanowiło swoje siedziby lub przedstawicielstwa właśnie tam. Wszystko zaczęło się dynamicznie zmieniać po 1997 roku i potwierdzają to wspomniane już spadki w rankingach wolności prasy, zwłaszcza w ostatnich latach. Choć Pekin nie ma bezpośredniego przełożenia na media HK, bo funkcjonuje formalnie doktryna jedno państwo – dwa systemy, to coraz częściej zauważalna jest autocenzura, wychodząca z poziomu samych właścicieli mediów, czy wydawców. Chcąc prowadzić biznes, zwłaszcza z Chinami, nie są oni zainteresowani konfliktem z Komunistyczną Partią Chin.

Jest wiele przykładów takiego odśrodkowego łamania wolności słowa. W telewizjach i radiostacjach występują naciski, aby dziennikarze pewnych tematów nie podnosili, zwłaszcza tych dotyczących elit władzy Chińskiej Republiki Ludowej. Jeśli już tak się stało, zdarzały się przypadki zwolnień pracowników, usuwania artykułów, a nawet zastraszania niepokornych dziennikarzy.

A to oblewano farbą drzwi ich mieszkań, a to wysyłano anonimowe maile, czy pobito kogoś. Swego czasu, głośną była sprawa nieudanego zasztyletowana jednego z dziennikarzy – Kevin Lau – któremu udało się uniknąć śmierci. Inny przykład to zniknięcie pięciu wydawców. Nie byli dziennikarzami, ale prowadzili wydawnictwo, demaskujące swoimi książkami działania władz ChRL, w tym korupcję. Odnaleziono ich ostatecznie w Chinach kontynentalnych. Są przesłanki, by stwierdzić, że zostali wywiezieni nielegalnie i pod przymusem. Jeżeli mielibyśmy szukać przejawów niezależności mediów, to można je znaleźć głównie w internecie. Mainstreamowe gazety, telewizja, radio stosują już bardziej pekińską niż lokalną narrację.

A czy jest jakiś – nazwijmy to – szaniec medialny, ikony dziennikarstwa, które są traktowane jako niezależny głos o sytuacji w Hongkongu?

Apple Daily; jest to gazeta dostępna w druku i sieci, dość specyficzna, bo tabloidowa, ale jednocześnie prodemokratyczna; należy do większego konglomeratu [Next Digital Ltd. – przyp. red.]. Nie są to łamy typowo informacyjne, ale jedne z nielicznych utrzymujących jeszcze linię nieupolitycznionego przekazu, bez strachu przed Pekinem.

Jeśli chodzi o sam internet, to polecam anglojęzyczny portal Hong Kong Free Press, który także stara się uczciwie przedstawiać sprawy i wydaje się być mocno niezależny. Choć lokalne społeczności go czytają, jako że nie jest wydawany po kantońsku siłą rzeczy jest on ukierunkowany na opinię międzynarodową. W przeciwieństwie do Apple Daily utrzymuje się z dotacji, czy zbiórek internetowych.

Ostatnie pytania – już o przyszłość. Jakie scenariusze czekają w pańskiej ocenie Hongkong? Unikając prezentyzmu, o którym mówiliśmy na początku.

Od razu powiem, że z reguły wystrzegam się w prognoz, czy ekstrapolacji – z całym szacunkiem dla moich kolegów badaczy. Zawsze przywołuję w takich momentach pewną anegdotę z XVIII wieku, gdy pewien naukowiec we Francji patrzył na przyrost liczby koni na ulicach Paryża i wyrokował, że w XIX wieku łajno końskie będzie sięgało drugiego piętra. Nie mógł przewidzieć, a więc i uwzględnić dorobku rewolucji przemysłowej, w tym silnika spalinowego. Zbyt wielka jest zmienność kulturowa i społeczna, by móc odpowiedzialnie kreślić dalszy bieg wydarzeń.

Aczkolwiek, nie ukrywam, w swoich badaniach także muszę stawiać pytania o przyszłość HK. Co mnie zaskoczyło, gdy pytałem o nią znanych profesorów, zagranicznych ekspertów zajmujących się HK, ale też tamtejszych polityków, to nie potrafili mi odpowiedzieć.

Mimo wszystko, podejmując wyzwanie, zaryzykuję tezę, że ograniczanie niezależności Hongkongu, a więc jego sinizacja, będzie postępowała; to znaczy pewne przykręcanie śruby będzie kontynuowane. Niedawne uchwalenie przepisów o bezpieczeństwa państwa i włączenie ich bezpośrednio do konstytucji jest tego potwierdzeniem. Przewiduję, że swobody i wolności będą ograniczane metodą salami do 2047 roku, to jest do momentu ustania autonomii. Oczywiście, będzie to powodowało wzrost napięć i będziemy świadkami jeszcze niejednych protestów oraz starć na ulicach. Ostatecznie Hongkong stanie się najpewniej miastem chińskim.

Najpewniej?

Bo nie da się niczego wykluczyć. Z moich badań fokusowych prowadzonych wiele lat temu wśród studentów hongkongskich, jeszcze przed rewolucją parasolkową, wynikało na przykład, że narasta normatywne i utylitarne uzasadnienie dla przemocy. Zdziwiło mnie to, bo mieszkańcy HK nie są generalnie skorzy do niej. Założyłem więc pewną deklaratywność gotowości do bardziej agresywnego oporu. Wszystko jednak zależy od definicji przemocy. Tą przyjętą przez młode społeczeństwo HK wyjaśnił mi pośrednio działacz jednej z bardziej radykalnych partii – radykalnych w ich rozumieniu.

Hongkong 2019 – “Jeśli My spłoniemy, Wy spłoniecie razem z nami”. Źródło: Kon Karampelas – Unsplash

Hongkong 2019 – “Jeśli My spłoniemy, Wy spłoniecie razem z nami”. Źródło: Kon KarampelasUnsplash

Gdy podczas rozmowy zacząłem wyrażać sceptycyzm względem utożsamiania ich działań z radykalizmem, powiedział - „no tak, rzeczywiście słyszałem, że w Polsce w trakcie zwykłych protestów to wy palicie opony na ulicy”. I co ja miałem mu odpowiedzieć? Że u nas w trakcie zwykłego protestu jest często dużo bardziej radykalnie, niż u nich podczas krytycznych wydarzeń, towarzyszących obronie fundamentalnych wartości?

Ale starcia, które widzieliśmy za pośrednictwem mediów nie wyglądały łagodnie...

Bo też te postrzeganie przemocy po obu stronach ewoluuje. Po kilku latach, w kolejnych badaniach potwierdziło się, że ten radykalizm narasta i będzie co raz większy. Inaczej mówiąc, protesty będą miały coraz brutalniejszy charakter, obrzucanie się kamieniami, barykady, podpalenia koktajlami mołotowa, czy używanie broni gładkolufowej, armatek wodnych i gazu wobec protestujących – stało się normą. Nawet jeżeli obawy przed karami wynikającymi z ustawy o bezpieczeństwie narodowym wyhamują część działaczy w Hongkongu będzie gorąco i nie dlatego, że taki mają klimat.

Czyli na suwerenizację nie widzi Pan tutaj szans?

Nie tylko ja w to nie wierzę, ale nawet sami działacze demokratyczni w to nie wierzą. Hasła pełnej niepodległości są podnoszone przez wąską grupę osób i nie należy ich utożsamiać z całym ruchem opozycyjnym. Niepodległościowcy stanowią nieliczną wspólnotę młodych ludzi, którzy mają daleko do pragmatyzmu politycznego i w swoim radykalizmie łatwo im swoje postulaty podnosić.

Natomiast realnie, olbrzymim osiągnięciem byłoby zdemokratyzowanie wyborów. Na suwerenizację nikt specjalnie nie liczy, bo to jest przysłowiowa czerwona linia, wyznaczona przez Xi Jinpinga, który zaznacza, że dążenie do niezależności Hongkongu, czy różne formy separatyzmu, mogą spowodować ostrą reakcję Chin. Strona hongkongska ma tę świadomość, bo pamiętajmy, że w Hongkongu stacjonują wojska chińskiej armii ludowo-wyzwoleńczej – co wynika z umowy chińsko-brytyjskiej. Trudno wyobrazić sobie jej interwencję, ale łatwiej wyobrażalny jest choćby jakiś pokaz siły.

Zresztą, możliwe, że te „miękkie” działania w postaci ustawy o bezpieczeństwie narodowym, a także domniemana pomoc służb mundurowych ChRL w kontrolowaniu protestów jest formą zapobiegania bezpośredniej interwencji Pekinu już z udziałem chińskiej armii. Może paradoksalnie ChRL daje czas Hongkongowi, by sam uporał się z tymi tak zwanymi radykałami.

Czy w takim razie możemy sobie wyobrazić też taką sytuację, że Pekin, na zasadzie divide et impera może – w cudzysłowie – inspirować lokalne grupy, bądź elity prodemokratyczne do tego, aby postawiły się temu radykalnemu ruchowi?

Dobrze Pan diagnozuje sytuację, bo to się właśnie dzieje. Ciekawe jest to, że niektórzy działacze prodemokratyczni sugerują, że do takiego antagonizowania wykorzystywane są na przykład Triady, czyli tak naprawdę mafia, która czasem napada na młodych protestujących. Divide et impera to w praktyce także faworyzowanie określonych organizacji społecznych lub ograniczanie finansowania innych, czy też promowanie organizacji propekińskich, ukierunkowanych na pomoc starszym obywatelom. Ma to konsekwentnie osłabiać bardziej skrajne skrzydło demokratyczne i dyskredytować je w oczach szerszej, bardziej wyważonej opinii publicznej.

Ostatnie pytanie, istotnie odnoszące się do przyszłości. Czy są państwa, które chciałyby Hongkongowi pomóc w bardziej skutecznej demokratyzacji; i czy właśnie nie jest to ta zmienna niewiadoma, która może wpłynąć na scenariusz, który pan zarysował?

Nikt nigdy za Gdańsk nie umierał i tak samo za nie będzie umierać za Hongkong. Mamy oczywiście pewne symboliczne oświadczenia, jak na przykład Pompeo [Sekretarz Stanu USA – przyp. red.], który jakiś czas temu powiedział, że nie można już uznawać Hongkongu za niezależny region, i że będzie traktowany przez USA jako część ChRL. Słyszeliśmy wystąpienia przedstawicieli Unii Europejskiej, czy Wielkiej Brytanii, która nadal ma w HK swoje interesy, a część środowisk opozycyjnych nawet oczekiwałoby większego zaangażowania Korony Brytyjskiej. Z doniesień medialnych wiemy tylko tyle, że rząd w Londynie, w razie większej eskalacji, jest gotów pomóc potencjalnymi emigrantom.

Warto odnotować, że kilka tygodni temu w ramach inicjatywy parlamentów kilku państw wystosowano też specjalny międzynarodowy list-odezwę do Hongkongu. O ten daleki, egzotyczny Hongkong upomnieli się w nim parlamentarzyści z Litwy, czy Czech, a także kilku przedstawicieli Parlamentu Europejskiego, w tym pani Fotyga. Choć z polskiego parlamentu nikt się pod tym listem nie podpisał, to o ile wiem, trwają właśnie dyskusje nad projektem specjalnej uchwały polskiego sejmu, potępiającej działanie ChRL [projekt uchwały trafił właśnie do laski marszałkowskiej[1] – przyp. red.].

Hongkong 2019 – „Zrób coś dla Hongkongu”. Źródło: Pop & ZebraUnsplash


Możliwe, że gdyby doszło do ostrzejszych starć, to pojawiłyby się sankcje, ale trudno wyrokować. Finalnie nikt jednak nie chce wchodzić w zwarcie z Chinami. Świat zrozumiał ich rolę i miejsce. Hongkong będzie w tej geopolitycznej grze raczej traktowany instrumentalnie.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.


[1] Poselski projekt uchwały w sprawie naruszenia przez rząd Chińskiej Republiki Ludowej autonomii Hongkongu. Druk nr 467 (https://www.sejm.gov.pl/Sejm9.nsf/druk.xsp?nr=467).


dr hab. Łukasz Zamęcki: doktor nauk o polityce (2010), pracownik naukowo-dydaktyczny Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, od 2016 roku Prodziekan Wydziału ds. badań naukowych i współpracy z zagranicą, wcześniej m.in. zastępca Dyrektora Instytutu Europeistyki. W latach 2013-2015 sekretarz Zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów Europejskich. Od 2017 roku sekretarz zarządu Komitetu Naukowego „Socio-political Pluralism” Międzynarodowego Towarzystwa Nauk Politycznych (IPSA). Kierownik projektu badawczego „A means to an end. 16+1 formula as a mile stone to the New Silk Road” finansowanego w ramach “The IEEM Academic Research Grants”. Uczestnik krajowych i międzynarodowych projektów naukowych. Członek redakcji „Przeglądu Europejskiego”. Współpracownik MEN i CKE. W latach 2010-2017 wygłaszał referaty m.in. w Hongkongu, Makau, Chengdu, Londynie, Nikozji, Tallinie, Sofii.

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „DIALOG” w latach 2019-2021

Komentarze