Logo Thing main logo

Category: Wywiad

Wywiad

Liban: wywiad z Panem Pawłem Rakowskim oraz Panią Agnieszką Nosowską

05.12.2021

Rozmawiał: Marcin SzydziszWywiad z Panem Pawłem RakowskimPaweł Rakowski - absolwent Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW oraz studiów bliskowschodnich w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Współautor książki „Liban - więcej niż przewodnik” oraz autor reportaży oraz komentarzy o tematyce bliskowschodniej. Komentator wydarzeń bliskowschodnich w polskich mediach (m.in. Radio Wnet, Polskie Radio 24), przewodnik po Libanie i innych krajach regionu. Główny obszar zainteresowań: konflikt arabsko-izraelski, mniejszości etniczne i religijne na Bliskim Wschodzie, irański projekt geopolityczny, relacje Iranu z Arabią Saudyjską.Na czym polega fenomen ustroju politycznego Libanu?Jego fenomen polega na tym, że jest to demokracja konfesyjna. Państwo uznaje 18 różnych wspólnot wyznaniowych. Spośród nich funkcjonuje 17. Jedyna grupa, która jest uznana przez państwo, ale z przyczyn politycznych nie ma reprezentacji parlamentarnej to Żydzi. W 1948 roku oficjalnie zniknęli oni z libańskiego pejzażu politycznego.Sytuacja ustrojowa w Libanie jest bardzo skomplikowana. Jest to pokłosie decyzji francuskich władz mandatowych z lat 30-tych. Paryż zastanawiał się, jak ten mandat przerodzić w państwo, które mogłoby funkcjonować. Opracowano pewną koncepcję, która była oparta o mocno kontrowersyjny spis powszechny (w Libanie nie będzie już nigdy spisów powszechnych – nie chcą tego ani chrześcijanie ani muzułmanie). Z tego spisu wynikało, że dominującą grupą są chrześcijanie, a najliczniejsi spośród nich są maronici, czyli libańscy katolicy. Zdecydowano się na konfesyjny podział kompetencji. Oznacza to, że prezydentem musi być zawsze maronita, premierem sunnita, a marszałkiem parlamentu szyita. Ten układ trwa do dzisiaj, chociaż w latach 1989-1990 doszło do bardzo poważnej zmiany, kiedy Liban wychodził z wojny domowej. Polegała ona na tym, że chrześcijanom przyznano 50% miejsc w parlamencie (wcześniej mieli 51%). Władza z rąk prezydenta przeszła w ręce premiera. Jednak cała struktura władzy w praktyce jest jeszcze bardziej skomplikowana. Nie jest tajemnicą poliszynela, że najliczniejszą grupą religijną w Libanie są szyici i to też powoduje różnego rodzaju implikacje. Najliczniejsza grupa ma bowiem najmniejszą reprezentację w parlamencie. Niemniej jednak to rozwiązanie satysfakcjonuje dwa najsilniejsze nurty szyickie: Hezbollah i Aman.Należałoby jeszcze zwrócić uwagę na jedną kluczową kwestię Liban ma zamknięte obywatelstwo – jego obywatelem może zostać osoba, która ma obu rodziców Libańczyków. Jest to efekt układu z lat 30tych. Ma to jednak bardzo konkretne konsekwencje. W latach 1948-1949 przybyli do Libanu liczni Palestyńczycy, którzy zostali wygnani albo też sami dobrowolnie uciekli z terenów zajętych przez Żydów. Kilkaset tysięcy ludzi, w większości sunnitów, zamieszkało w Libanie - głównie na południu tego kraju. By nie zburzyć chwiejnego kompromisu, nie zdecydowano się jednak ich naturalizować, zrobiono tylko trzy wyjątki.Po pierwsze: obywatelstwo dostali członkowie najbogatszych sunnickich rodzin palestyńskich (np. właścicieli banku). Wiadomo, że za pieniądze, szczególnie w tamtym regionie świata, wszystko można załatwić.Drugi wyjątek dotyczył nielicznych chrześcijańskich Palestyńczyków, którzy trochę tylnymi drzwiami otrzymali obywatelstwo.Trzecią grupą byli mieszkańcy 7 szyickich wsi położonych w Palestynie i ich potomkowie. W latach 90-tych formacje szyickie wykorzystując realną siłę doprowadziły do nadania im obywatelstwa.Dziś w Libanie mamy bardzo dziwną sytuację. Wedle oficjalnych statystyk, Liban ma cztery - cztery i pół miliona obywateli. Mieszka tam też prawie pół milion Palestyńczyków pozbawionych jakiegokolwiek prawa głosu i wpływów politycznych oraz około miliona czy nawet półtora miliona uchodźców z Syrii – głównie Arabów sunnitów. Trzeba jednak dodać, że w Libanie można było dobrze funkcjonować nie mając obywatelstwa. Państwo i tak nie zapewnia podstawowych usług publicznych, takich jak szkolnictwo i służba zdrowia. Są one w rękach prywatnych.A jaka jest rola diaspory?Diaspora libańska według szacunków liczy około 16 milionów ludzi. W latach 90-tych zainwestowała ona duże pieniądze w odbudowę kraju (przede wszystkim Bejrutu). Teraz jest bardzo napięta sytuacja pomiędzy diasporą a Libanem, ponieważ libańscy emigranci nie chcą już lokować pieniędzy w kraju z tak mocno skorumpowanym systemem politycznym, niewydolną gospodarką i sektorem bankowym.Można uznać, że mamy odpowiedź na kolejne pytanie. Czy dojdzie do gruntownych zmian ustroju w Libanie. Wydaje się, że nie dojdzie.Liban nie ma koncepcji co dalej. Wszelkie próby wyjścia z demokracji konfesyjnej w kierunku demokracji w stylu zachodnim zakończyłyby się katastrofą. Demokrację konfesyjną charakteryzuje to, że jest ona pozbawiona ideologii. Ta ideologia jest w zasadzie „bezobjawowa”. Chrześcijanie głosują na którąś z partii chrześcijańskich, muzułmanie na jedną z formacji muzułmańskich. Później te partie dogadują się i tworzą rząd. Oczywiście cały system jest korupcjogenny i powoduje rozmycie odpowiedzialności. Libański system polityczny jest w pewnym sensie układem każdego z każdym. Nie ma w nim realnej opozycji i nie ma realnej władzy. Gdyby w Libanie istniała demokracja w stylu zachodnim, stałaby się rzecz straszna. Wybory wygrałby Hezbollah z dość dużą przewagą nad innymi ugrupowaniami i tym samym od ambasady Iranu w Bejrucie zależałoby, czy i kiedy ogłaszamy Islamską Republikę Libanu.Dlatego na chwilę obecną nie ma pomysłu na zmiany ustrojowe. Libańska opinia publiczna łudzi się, przekładając bardzo skomplikowaną rzeczywistość polityczną na wzorce świata zachodniego. Tymczasem owa rzeczywistość nie dla wszystkich jest zrozumiała,. Na funkcjonowanie skromnego aparatu państwowego w Libanie poza kwestiami konfesyjnymi i dotyczącymi konkretnych ugrupowań politycznych wpływa oczywiście nepotyzm. To wszystko jest tak skomplikowane, że nikt tego nie rozumie i nie da się po prostu tego zrozumieć. dopóki taki system działał nie było żadnego problemu. Jednak widzimy, że jednak przestał funkcjonować.Czy jest tak, że na określonych terytoriach rządzą określone formacje polityczne czy polityczno-militarne, które reprezentują mieszkające tam grupy ludności? Czyli w dzielnicach chrześcijańskich rządzą przedstawiciele ugrupowań chrześcijańskich, a na obszarach zamieszkałych przez szyitów – szyickie. Czy takie proste założenie nie może być przyjęte?Sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana w relacjach między Północą a Południem. Natomiast w praktyce, jeśli chodzi o realne sympatie polityczne, są one wyrażane zewnętrznie w sposób typowy dla Bliskiego Wschodu. Można zaważyć flagi, portrety. Jest to ekspozycja tych głównych ugrupowań. W dzielnicach chrześcijańskich i miastach chrześcijańskich widać sympatyków albo Sił Libańskich albo zwolenników prezydenta Aouna. Za to w Bal Kafra, skąd pochodzi klan Dżemayelów, czyli osławiona Falanga portrety Baszira Dżemayela. Ten podział polityczny jest ściśle związany z konfesją. Trzeba pamiętać, że określoną liczbę miejsc w parlamencie muszą zajmować przedstawiciele poszczególnych religii. Oznacza to, że z konkretnego miasta wybiera się kandydatów danej konfesji, według ściśle określonego podziału. Dziś jednak nie odzwierciedla on aktualnego stanu rzeczy. Np. na obszarze, który ja najlepiej znam, okręg Byblos czyli Dżbejl, mieszka 80% maronitów i 20% szyitów. O ile dobrze pamiętam, to dwa mandaty były zarezerwowane dla maronitów i jeden dla szyitów. Na południu, tam gdzie ongiś chrześcijanie byli bardzo liczni, ale związku z tym, że to był teren „przeorany” przez Organizację Wyzwolenia Palestyny, późniejszy konflikt z Izraelem i duże wpływy Hezbollahu, zdarzają się miejscowości, gdzie chrześcijan jest niewielu, ale wciąż ich przedstawiciele obsadzają nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc w parlamencie, więcej niż szyici, którzy są tam liczniejsi. Niemniej jednak w takich sytuacjach, szczególnie na południu, zwycięża obóz Aouna, który jest w koalicji Hezbollahem i dzięki temu nie ma jakiegoś lokalnego napięcia.Może przejdźmy do kolejnego zagadnienia. Czy zgodzi się Pan z tezą, że najpoważniejszym społecznym i gospodarczym problemem Libanu jest korupcja? Korupcja czyli bakszysz to nie jest nic negatywnego w tym regionie świata. To jest Bliski Wschód i pewne patologie są tam powszechnie obecne. Naprawdę wiele wody w Nilu i w Eufracie upłynie, zanim w ogóle ktokolwiek pomyśli żeby je zlikwidować. Natomiast jeśli chodzi o Liban, bardzo ważne jest to, że korupcja zawsze dotyczyła raczej wyższego szczebla. Nie ma tam takich sytuacji, że policja łapie kierowcę i żąda od niego np. 100 dolarów. Korupcja, jak mi ktoś powiedział, jest filozofią worka z cementem. Ona także określa pewne sympatie polityczne. Trzeba wziąć pod uwagę, że pewne bloki polityczne, szczególnie u chrześcijan, ukształtowały się wokół tego, czy ktoś jest z gór, z jakiej rodziny, czy ktoś kogoś skrzywdził podczas wojny domowej, czy ktoś się z kimś pokłócił i tak dalej i tak dalej. W tym wszystkim nie ma wielkiej ideologii.Problemem w Libanie i w całym świecie arabskim jest pazerność. Jeśli porównamy Liban do Izraela, to choć Izrael też ma problem z korupcją, to jest on państwem poważnym. W Libanie cały kapitał, który tam wpłynął, zdaniem obywateli, został rozkradziony. Korupcja jest dość mocno paraliżująca. Nie chodzi zawsze o pieniądze. Problemem jest również protekcja – wyświadczenie przysługi, np. załatwienie miejsca dla dzieci w określonej szkole. Tak funkcjonuje tamtejsze życie. Zaś jeśli chodzi o tę najwyższą politykę, to kiedy w 2019 r. wybuchła Saura, podobno zostały ujawnione dokumenty świadczące o tajnych rozrachunkach decydentów politycznych. Kwoty tam się pojawiające są zatrważające. Nabih Berri, odwieczny i wieczny przewodniczący parlamentu, lider partii Amal – starszej siostry Hezbollahu, miał przywłaszczyć 700 mln. dolarów. Jednak nawet jeśli on takie pieniądze przywłaszczył, to część z nich wydał na swoje ugrupowanie i na swój region. On jako przywódca polityczny powinien zapewnić swoim wyborcom pracę czy jakieś świadczenia pomocowe. W pewnym sensie więc część pieniędzy z tych łapówek szło na wsparcie wyborców. W chwili obecnej trwa dyskusja o kondycji członków i zwolenników Hezbollahu. Ludzie na Bliskim Wschodzie są interesowni i nie za darmo wiecują i popierają określone ugrupowania. Wiemy, że członkowie Hezbollahu dostają około 100 dolarów zapomogi miesięcznie. Na chwilę obecną jest to pokaźny kapitał, gdy weźmiemy pod uwagę, ze farmaceuta zarabia około 80 dolarów miesięcznie. Bez tej zapomogi Hezbollah straciłby w ciągu jednego dnia około 80% najbardziej zagorzałych sympatyków.Reasumując, trzeba stwierdzić, że te pieniądze znikają, ale w jakiejś formie odnajdują się gdzie indziej. Dochodzi jeszcze oczywiście kwestia moralności. Ale moralności jest drugorzędna. Na przykład byłemu premierowi Sad al- Haririemu ”wyciągnięto”, że wydał 16 mln dolarów na kochankę z RPA. Do dziś nie wiadomo, czy wydawał pieniądze publiczne czy też prywatne. Tym bardziej, że jest on, czy może raczej był miliarderem.Mówiąc o korupcji, trzeba by jednocześnie wspomnieć o nepotyzmie. Znam historie z czasów wojny domowej. Walczące w jej trakcie milicje były utrzymywane z opodatkowania ludności cywilnej. Niemniej jednak, gdy był czas dzielenia żołdu, z banków libańskich wyjeżdżały ciężarówki i decydowano się na zawieszenie broni. To wszystko pokazuje klimat tego kraju, w którym, trzeba to podkreślić, nie ma bezpośredniej nienawiści w przeciwieństwie do Jugosławii, innych krajów Bliskiego Wschodu czy Afryki. W Libanie jest raczej przekonanie, że wolą czy kaprysem Allacha wszyscy jesteśmy na siebie skazani. To powoduje, że nawet obecnie, kryzys nie „rozrywa” państwa na „linii konfesyjnej”, co widzieliśmy ostatnio, kiedy miało miejsce ostrzelanie demonstracji w Bejrucie.Dziś według szacunków około 50% Libańczyków nie ma pracy. Jeszcze kilka lat temu każdy mógł pracować i zarabiać i jak na warunki bliskowschodnie, w Libanie żyło się tam całkiem nieźle. Co więc, poza korupcją, pandemią i wybuchem w Bejrucie, leży u podstaw tak poważnego kryzysu w Libanie? Jego skala jest tak duża, że mówi się, że jest on najpoważniejszym kryzysem od 7 tysięcy lat. Na tyle poważnym, że Kościół katolicki w Polsce zdecydował się zbierać pieniądze na pomoc dla dotkniętych nim ludzi.To niesamowite, ze ojczyzna pieniędzy jest bez pieniędzy. Obserwowałem początek rozmontowywanie tego wszystkiego. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, ze kryzys będzie tak głęboki i co najgorsze, nie wiadomo, kiedy ten kryzys zastopuje. Nawet jeśli były granice, które miały być nieprzekraczalne, to okazało się, że one się dalej przesuwają.Przyczyny tego kryzysu są wyjątkowo złożone. Historycy zajmujący się ekonomią będą mieć bardzo trudne zadanie, by je poznać i opisać. On jest związany zarówno z przebiegunowaniem świata z zachodu na wschód jak i z problemami regionalnymi. Kwestia regionalna nie dotyczy tylko napięcia na linii Iran – Arabia Saudyjska. Jest także inny powód. Nie chcę mówić, że sami Libańczycy są sobie winni, ale w jakimś procencie ponoszą oni odpowiedzialność za aktualną sytuację. Libańczycy odbudowując państwo, rozwijając gospodarkę, nie zauważyli przemian, które nastąpiły. Powstał Dubaj. Wcześniej Bejrut był miejscem zbytku. Tu też mieściły się banki świata arabskiego. W chwili obecnej tę rolę pełni Dubaj. Libańczycy nie dostrzegali zmiany sytuacji i nie chcieli obniżyć standardu swojego życia. W Kraju Cedrów żyło się znacznie lepiej niż w naszej części Europy. Ale majątek Libańczyków wynikał z faktu, że wpływy przynosiły lokaty z kilkunastoprocentowym zyskiem, a wiadomo czym się to kończy. Ich majątek opierał się też z nienaturalnie drogiej ziemi. Znam ludzi z klasy średniej, którzy do dzisiaj rzekomo dysponują majątkiem po kilka milionów dolarów, ale składa się na niego tylko ziemia. Kiedyś ta ziemia była warta kilka milionów, dziś jest to może jeden milion.To była magia Libanu, w której to pani robiąca placki z zatharem po dolarze za sztukę jeździła mercedesem.Wracając do kwestii regionalnej. Ja sam się dziwiłem, jak to jest możliwe. Granica z Izraelem jest zamknięta, granica z Syrią jest otwarta w zasadzie tylko do grup przestępczych – Hezbollahu czy imigrantów. Nota bene, kilka miesięcy temu odbył protest przemytników, którzy żyli z tego, że przemycali paliwo do Syrii. Liban, a szczególnie wybrzeże: Bejrut, Byblos, Dżunyji, a może nawet Sajda, żyły w takiej bańce. Wszyscy patrzyli w morze, cieszyli się, a zegar tykał. Ma się wrażenie jednak, że ludzie tego nie słyszeli.Symptomy kryzysu były widoczne już wcześniej. W 2017 r. premier Harriri został niemal uprowadzony w Arabii Saudyjskiej. W latach 2018-2019 Arabia Saudyjska i jej sprzymierzeńcy wycofali kapitały z banków libańskich, co doprowadziło de facto do załamania się systemu bankowego. Rijad i Dubaj zdali sobie sprawę, że dochody z ich ulokowanych w Bejrucie kapitałów, czerpie również Hezbollah.Pierwszym wyraźnym symptomem kryzysu był strajk piekarzy. W Libanie w latach 1989-2019 był stały przelicznik – jeden dolar to 1,5 tysiąca libańskich lirów. Wtedy można było płacić dolarem lub lirami. Jednak po 2019 r. pojawiła się inflacja. Piekarze kupowali mąkę za dolary a za sprzedane pieczywo dostawali zapłatę w lirach, dlatego zastrajkowali.Dla Libanu szokiem było kolejne wydarzenie - Saura. Kraj na dwa tygodnie de facto stanął. Została zablokowana jedyna autostrada i nie dało się nigdzie dojechać. W przestrzeni publicznej pytano, kto stał za tymi wydarzeniami. Pojawiały się głosy wskazujące na Turcję czy Katar. Biorąc pod uwagę konfrontację między Izraelem a Hezbollahem, nie wykluczano udziału Izraelczyków. Podejrzewano także Syryjczyków. Zdaniem większości Libańczyków Syria zawsze działa bardzo destrukcyjnie na libańskie życie gospodarcze i polityczne i dzieje się tak bez względu czy w Syrii jest wojna czy jej nie ma.Libańczycy zdają sobie sprawę, że ich jedynym ratunkiem są podmorskie złoża gazu ziemnego. Niestety chaos i kryzys polityczny powodują to, że nie ma inwestorów, a nawet gdyby się tacy znaleźli do rozstrzygnięcia pozostałyby dwa problemy. Po pierwsze – kto podpisze koncesje. Wiadomo, że pozycja takiego polityka i jego obozu uległyby wzmocnieniu, a to nie zostałoby zaakceptowane przez innych. Po drugie – część tych złóż znajduje się na wodach terytorialnych Izraela i Libanu. Izrael nie może nic z tym zrobić, bo obawia się ataków Hezbollahu, ale również nie pozwoli na działanie Libanu. Wiadomo, że eksploracja złóż doprowadziłaby do wzmocnienia pozycji któregoś z ugrupowań działających w tym regonie. Mimo, że zainteresowanie odwiertami deklarowali Francuzi, to jednak chaos w Libanie powoduje, że z tych złóż nikt nie może korzystać.Kolejne pytanie dotyczy międzynarodowej pozycji Libanu. Jest ono przewrotne, ponieważ wiadomo, że Liban nie jest podmiotem, a przedmiotem rozgrywek różnych państw, ale już sam Pan wspomniał, że sytuacje jest dynamiczna i zmienna. To, że Arabia Saudyjska zbliżyła się do Izraela, a Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn formalnie uregulowały stosunki dyplomatyczne z Państwem Żydowskim, postawiło Liban w nie najlepszej sytuacji. Świadczy o tym wycofanie aktywów saudyjskich z banków libańskich. Z kolei mozaika religijna Libanu nie pozwala, by Iran wspierał rząd centralny tego państwa. Co musiałoby się stać, na płaszczyźnie międzynarodowej, aby sytuacje gospodarcza i polityczna Libanu poprawiła się?Liban jest takim przedmiotem relacji międzynarodowych, że każdy się nim „zadławi”. Każdy palił się na Libanie i każdy się będzie na nim palił. Wynika to z różnych względów. Mozaika religijna stawiana jest często jako wyznacznik, ale wydaje mi się, że jest to myślenie starego świata. Przecież dochodziło do rozmów między Izraelem a Libanem odnośnie zagospodarowania wspólnych złóż gazu. Gdyby jednak obie strony coś uzgodniły, to pojawiłby się problem, jak ten układ sformalizować. Zgodne z libańskim atlasem szkolnym, na południe od Tyru znajduje się Palestyna. W tym przypadku trzeba by zawrzeć traktat z podmiotem, którego się nie uznaje, czyli z bytem formalnie nie istniejącym. Rozmowy jednak świadczyły o tym, ze Liban szuka rozwiązania.Problem jest jeden – stosunek do Hezbollahu. Jeśli chodzi o chrześcijan, nawet w obozie Aouna nie ma wielkiej wrogości do Izraela, może poza lewicową paplaniną odnośnie praw palestyńskich. Prawdę mówiąc w Libanie nikogo one nie interesują. Sunnici, szczególnie sympatycy klanu Hariri, są związani z Arabią Saudyjską. Wiemy, że oficjalnie nie ma relacji saudyjsko-izraelskich ale oczywiście one istnieją. Gdyby pojawił się projekt otwarcia granic z Izraelem, byłby on przedmiotem dyskusji. Warto zauważyć, że rozmowy izraelsko-libańskie odbywały się w regionie kontrolowanym przez Hezbollah, w południowym Libanie, w miejscowości Nakura.Rozumiem potencjalną gotowość współpracy z Izraelem libańskich chrześcijan czy nawet sunnitów, którzy na skutek przekształceń sojuszy na Bliskim Wschodzie mogą mieć cieplejszy stosunek do Państwa Żydowskiego. Dziwi mnie jednak, dlaczego Hezbollah, którego formacje wielokrotnie były ostrzeliwane w Syrii przez izraelską artylerię, godzi się, by rozmowy z Państwem Żydowskim były prowadzone na kontrolowanych przez niego obszarach?Witamy w Libanie. Należy pamiętać, że szyici byli tą grupą, która najżarliwiej witała Izraelczyków w latach 70-tych i 80-tych (np. podczas operacji pokój dla Galilei). Poza tym, szyici nie mają w zasadzie powodu by być antyizraelscy. Po wycofaniu się Izraelczyków z południowego Libanu w 2000 r., przyczyna napięć ustała.Poza tym, po pierwsze, warto pamiętać, że dla szyitów dużo ważniejsze są Nadżaf czy Karbala niż Jerozolima. Po drugie, Palestyńczycy byli nastawieni wrogo do szyitów. Hezbollah, kiedy przejął władze w południowym Libanie zamknął ich spowrotem do obozów. Hezbollah irytuje też uaktywnienie się Palestyńczyków po tzw. wojnie wiosennej. Po trzecie wreszcie, Hezbollah jest irańskim aktywem, ale jest on arabski. Trzeba też zauważyć, że ta organizacja nie jest monolitem. Porównując Teheran i Hezbollah, to łączą je relacje o podobnym charakterze jak polską partie komunistyczną z jej radziecką odpowiedniczką. Tam też były różnego rodzaju gry. Inaczej było za Bieruta, inaczej było za czasów Gomułki. Hezbollah musi zawsze dbać o swój interes. Teraz jest to Iran, ale w sytuacji kryzysu nie jest wykluczony kompromis z obecnymi wrogami. To jest możliwe w realiach libańskich. Liderzy Hezbollahu wiedzą, że ich zwolennicy chcą zarabiać i normalnie żyć. Jeżeli otworzyłaby się granica z Izraelem, to Hezbollah mógłby to zaakceptować. Trzeba dodać jeszcze, że ta organizacja ma bardzo autorytarne kierownictwo, które nie dopuszcza żadnej dyskusji. Pion polityczny nadaje ton i były w przeszłości takie sytuacje, kiedy Hezbollah rozmawiał z Izraelem. To wszystko nie jest jednoznaczne. Możemy się spodziewać pewnych gestów, działań (może ukrytych) w sytuacji, kiedy Amerykanie nie porozumieją się z Iranem. Jeżeli embargo na Teheran nie będzie zdjęte, to Hezbollah pozostanie sam. Już od lat 90-tych wielu politologów i ekspertów wieszczyło, że Hezbollah skończy jako islamski odpowiednik IRA.Trzeba pamiętać również, że kiedy doszło do rewolucji islamskiej w Iranie, Izrael został nazwany „mały szatanem”, który steruje „dużym szatanem”. Ajatollah Chomeini nie zrobił rewolucji szyickiej – on zrobił rewolucję islamską. Poprzez antagonizm z Izraelem, Iran „wszedł” w świat arabski – ponadkonfesyjnie i ponadetnicznie. Tak naprawdę nie ma żadnych powodów (np. obszarów spornych) do walki między Iranem a Izraelem. Dwie dekady wcześniej byłoby dla nas szokiem, że Arabia Saudyjska rozmawia z Izraelem. Nie wiadomo więc, w którą stronę będą ewoluować relacje irańsko-izraelskie. Na Bliskim Wschodzie każdy chce żyć. Wbrew potocznym wyobrażeniom nikt tam nie chce mieć wojny atomowej. Wiadomo, że wojna jest rzeczą straszną i każde przywództwo stara się jej unikać. Doszliśmy do takiego momentu, że pewne działania muszą zostać podjęte. Liban jest ważnym elementem, jeśli chodzi zarówno o konfrontacje z Iranem, jak i przyszłość Iranu, a nawet przyszłość Bliskiego Wschodu.W tym kontekście bardzo ważne będzie zachowanie jednego polityka libańskiego, który nazywany jest sfinksem Bliskiego Wschodu, czyli Walida Jumbulatta. Jest on liderem druzyjskiej partii progresywno-socjalistycznej (nie jest on oczywiście żadnym socjalistą). Na chwilę obecną widać, że dystansuje się on od Hezbollahu. A to jest bardzo ważny sygnał.Proponuje przejść do kolejnego wątku. Tym razem chcę zapytać o sytuację chrześcijan w Libanie. Papież Franciszek niedawno powiedział, że Liban ma być krainą tolerancji i pluralizmu, oazą braterstwa. Tak bywało w historii Libanu, ale też dlatego, że byli tam chrześcijanie. Już sobie powiedzieliśmy, że ich odsetek spada – ma na to wpływ emigracja i mniejszy przyrost naturalny. Niebezzasadne jest więc pytanie, czy chrześcijanie przetrwają w tym państwie? Ja mam wrażenie, że jest wyraźne napięcie między maronitami i Hezbollahem. Patriarcha Béchara Boutros Rai wielokrotnie demonstrował swoją niechęć do Hezbollahu, zarzucając mu, że to właśnie działalność tej organizacji uniemożliwia Libanowi wyjście z kryzysu. Powracam jednak do kluczowego pytania, czy jest nadzieja, że chrześcijanie w Libanie przetrwają i wciąż będą grupą zauważalną. Przykłady Iraku, Palestyny czy Syrii pokazują, że liczba chrześcijan się zmniejsza. Liban jest w zasadzie jedynym krajem na Bliskim Wschodzie, gdzie odsetek chrześcijan jest wciąż spory. Jaka jest ich przyszłość w tym kraju?To jest ciekawa kwestia. Mamy precedensy z regionu, wspomniał Pan o Iraku. To jest zatrważające, że w ciągu XX w. w Iraku, w którym było bardzo dużo różnych konfesji: jezydzi, mandejczycy, oczywiści szyici, sunnici, Żydzi, czy różne grupy chrześcijan, wszystko się mocno zmieniło. Pozostaje pytanie, czy w Libanie nie powtórzy się ten scenariusz. Chrześcijanie libańscy mają inną mentalności niż ci z krajów sąsiednich. Tam chrześcijanie godzili się na pewnego rodzaju kompromis. W czasach kolonialnych i mandatowych ruchy świeckie, nacjonalistyczne czy panarabskie spychały islam na margines, a chrześcijanie byli ideologami ich głównych koncepcji (np. Michael Aflak). Okazało się jednak, że wyobrażenia z lat 30-tych, 40-tych i 50-tych, iż islam da się zepchnąć na margines były naiwnością – tak się nie stało. Jednak w Libanie zawsze było trochę inaczej. Tam z delicji to państwo miało być dla chrześcijan. Przypomnę, że w Wersalu, kiedy ustalano granice Libanu, był obecny patriarcha Elias Boutros Houyek. Jego zdanie było wzięte pod uwagę. Optował on za powiększeniem obszaru państwa. W wyniku tego w granicach Libanu znaleźli się w większej liczbie przedstawiciele różnych mniejszości religijnych. Ale już wtedy nie było zgodności czy jest sens istnienia tego kraju. Maronici popierali ten projekt, ale melchici czy prawosławni byli przeciw – optowali za powstaniem Wielkiej Syrii. Bali się oni dominacji katolicki maronitów.Część publicystów katolickich krytycznie odnosi się do duchowości bezobjawowej, w realiach Libanu mamy duchowość wyłącznie objawową. Na kilometr widać, czy to jest miejscowość chrześcijańska czy niechrześcijańska. Czasami może wydawać się to komiczne, jeśli widzimy kogoś, kto jest oklejony krzyżami czy ikonami. Tego w sąsiednich krajach nie można byłoby zobaczyć. Kiedy byłem w Syrii, mogłem się zorientować, że jestem w mieście chrześcijańskim, ponieważ było posprzątane. Jednak gdybym nie znał tego niuansu, nie wiedziałbym, że mieszkają tam chrześcijanie. W Libanie chrześcijanie mają zupełnie inną pozycję. Może warto dodać, wracając do tych nieszczęsnych szyitów, że nie mieli oni nigdy konfliktów z chrześcijanami. Wręcz przeciwnie, chrześcijanie i szyici często mieszkają w tych samych miejscach. Nawet jadąc do Annaji, czyli głównego centrum pielgrzymkowego, zresztą nie tylko dla libańskich chrześcijan, mijamy trzy wioski szyickie, i przed ujrzeniem portretów świętego Charbela na plakacie widzimy podobizny Nasrallaha z prezydentem Aounem. Szyici zawsze byli mniejszością i wiedzą, że trzeba się dogadać. Pamiętają oni, że spragnionemu Aliemu – zięciowi Mahomenta, jakiś zakonnik wskazał studnie, napoił i tym samym uratował mu życie.Nie do końca prawdziwe są uproszczone sądy. Mówi się na przykład, że obóz prezydenta Aouna jest prohezbollahowy. Jest tak dwóch powodów. Po pierwsze, zdaniem ich chrześcijańskich rywali, tworzą go ludzie, którzy uciekli w latach 80-tych i nie chcą oni walczyć. Tym samym uznaje się, ze mają bardzo miękką postawę: moralną, społeczną i biograficzną. Trzeba jednak pamiętać, że dużo zwolenników tego obozu pochodzi z południa i pamiętają oni zachowanie Hezbollahu w 2000 r, kiedy to armia izraelska w ciągu jednej nocy wycofała się z tego terenu. Bojówki Hezbollahu otoczyły wtedy miejscowości chrześcijańskie, tym samych chroniąc ich mieszkańców przed pogromem.Po drugie należy wziąć pod uwagę układ geopolityczny. Libańscy chrześcijanie zawsze orientowali na Francję i Liban był zawsze pod bardzo silnym wpływem tego państwa. Ale przemiany, jakie zaszły nad Loarą w ciągu ostatnich dekad spowodowały, że Paryż przestał odpowiadać środowiskom chrześcijańskim, przede wszystkim pod względem kultury czy obyczajów. Nota bene, kto chce szukać dawnej Francji, znajdzie ją w Kraju Cedrów. Zwolennicy Aouna zdają sobie sprawę, że dziś nie można patrzeć na Zachód, że polityka z lat 50-tych polegająca na izolacji chrześcijan od muzułmanów nie ma teraz racji bytu. Zdają sobie oni sprawę, że żyją na Bliskim Wschodzie, gdzie jest Iran i Arabia Saudyjska. Liban nie może udawać, że jest częścią Zachodu, kiedy nią nie jest. To wymaga pragmatycznego podejścia i wyjaśnia, dlaczego z Hezbollahem trzeba funkcjonować. Należy jednak podkreślić, że nie ma takich miejsc, w którym wiszą razem flaga pomarańczowa – zwolenników Aouna z flaga Hezbollahu. Sympatycy prezydenta są u siebie, a członkowie Hezbollahu u siebie. To oznacza, że nie można liczyć na wspólny sojusz, czy jakiś rodzaj braterstwa broni między tymi ugrupowaniami.Rozumiem, ale dlaczego patriarcha w tak ostrych słowach wypowiada się o Hezbollahu.Widać, że Patriarcha Béchara Boutros Raï stracił cierpliwość. Nie wiem, jak go historia osądzi. Przyszło mu sprawować swój urząd po bardzo popularnym patriarsze Nasr Allahu Butrus Sufajrim, którego, jeśli chodzi o autorytet, można by porównać do prymasa Wyszyńskiego. Ciężko być następcą takiej postaci, tym bardziej, że czas, jaki nastał to czas wielkiej próby. Natomiast Patriarcha stwierdza fakty. To przez Hezbollah nałożona jest zewnętrzna presja. To przez Hezbollah od lat 90-tych nikt z zagranicy nie inwestował w Libanie, nawet w turystykę. Wiele milionów, a może nawet miliardów zainwestowano w turystykę w Izraelu, a nie w Libanie, choć zdaniem wielu osób, którzy odwiedzili te oba kraje to właśnie te drugi jest turystycznie atrakcyjniejszy. Liban nigdy nie otrzymał swojej szansy. Te miliony nigdy tam nie trafiły. Liban nie ma przemysłu i turystyka byłaby dla niego bardzo poważnym źródłem dochodu. Patriarcha wyraża to, co jest znane libańskiej opinii publicznej. Nikt z nim nie polemizuje.W sprawie podejścia do Hezbollahu pojawia się polityczny dwugłos. Samir Dżadza przywódca Sił Libańskich, który w tej całej „lokomotywie propagandowej” porównywany niemalże do Hitlera, przez swoich zwolenników jest uważany za osobę, która mogłaby stanąć na czele ruchu antyhezbollahowego. Z drugiej strony jest obóz Aouna, który twierdzi, że nie ma takiej możliwości. Hezbollah jest za silny, a poza tym nie można wracać do sytuacji sprzed 30 lat.Trzeba też zauważyć, że percepcja Hezbollahu w Libanie i poza Libanem jest inna. Często rozmawiając z Libańczykami zorientowałem się po dłuższy czasie, że to co ja wiem o Hezbollahu z zewnątrz to Libańczycy nie wiedzą albo ignorują tę wiedzę. Oni mają swoją percepcję. Oni nie wiedzą o tej całej machinie wojennej, przed którą cały Bliski Wschód drży. Z drugiej jednak strony Hezbollah jej nigdy nie wykorzysta w Libanie, bo gdyby się na to zdecydował, byłby skończony. Wygrałby wojnę, którą tak naprawdę by przegrał. A poza tym Iran, który trzyma lejce tej organizacji, nie po to rozszerza swoje wpływy od Zatoki Perskiej po Morze Czerwone i Morze Śródziemne, by jakiś Nasrallah czy jakiś Naim Kassem, czy ktokolwiek inny, mu to utrudniali przez wybuch potencjalnej wojny domowej w Libanie. Z jednej strony Hezbollah nie chce wojny, z drugiej jednak idzie na konfrontację licząc, że na strachu przed wojną uda się wiele uzyskać. Przez ostatnich trzydzieści lat ustępowanie Hezbollahowi było logiką postępowania libańskiej opinii publicznej. Działo się to z powodu obawy przed wojną, albo z przekonania, że Hezbollah jest potrzebny, bo Izrael okupuje Liban, czy też dlatego, że wygrał on z ISIS w Syrii.Libańska percepcja polityki jest inna niż w Polsce. Po przemianach dla części opozycji komunistycznej w Polsce było jasne, że jeśli oni obali system komunistyczny to mają moralne prawo do rządzenia. W Libanie nie ma takiego myślenia. Nie liczą się żadne zasługi. Hezbollah był krytykowany za wejście do Syrii. Jego konflikt z Izraelem też w pewnym sensie nie dotyczył całości Libanu. Izrael przecież bombardował tylko szyickie dzielnice Bejrutu, czy inne miasta zamieszkałe przez szyitów. Prawdziwe są zdjęcia, które pokazują, że w jednej części miasta są ruiny, a w drugiej trwają letnie zabawy. Tak rzeczywiście wyglądał ten konflikt.Dziękuję za rozmowęWywiad z Panią Agnieszką Nosowską z Polskiego Centrum Pomocy MiędzynarodowejAgnieszka Nosowska jest z wykształcenia socjolożką, a z zawodu koordynatorką projektów. Od 2016 roku pracuje w sektorze pomocy humanitarnej i rozwojowej, przede wszystkim realizowane na Bliskim Wschodzie. Koordynowała między innymi działania na rzecz osób niepełnosprawnych w Palestynie i projekty pomocy żywnościowej oraz rzeczowej dla uchodźców syryjskich w Jordanii. Od listopada 2017, pracuje w Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) w Libanie, koordynując projektyna rzecz uchodźców syryjskich i społeczności lokalnej, między innymi w zakresiezapewnienia bezpiecznego schronienia, dostępu do edukacji i opieki medycznej oraz wsparcia w okresie zimowym.Jak oceniłaby Pani sytuację społeczno-polityczną w Libanie?Musimy zacząć od podkreślenia, że Liban znajduje się obecnie w jednym z najpoważniejszych kryzysów gospodarczych w historii świata. Od 2019 roku trwa pogłębiająca się zapaść ekonomiczna. Mamy do czynienia z upadkiem libańskiej waluty, która obecnie jest piętnastokrotnie słabsza niż we październiku 2019, kiedy kryzys ten zaczął się ujawniać. Oznacza to dramatyczny spadek siły nabywczej Libańczyków, których pensje przestały wystarczać na pokrycie najbardziej podstawowych potrzeb. Wystarczy powiedzieć, że w momencie naszej rozmowy libańska miesięczna pensja minimalna pozwala na jednorazowe napełnienie baku paliwa benzyną - i nic więcej. Ceny poszły dramatycznie w górę, koszyk podstawowych produktów spożywczych kosztuje obecnie około 700% ceny z października 2019. Szacuje się, że około połowa społeczeństwa libańskiego żyje poniżej granicy ubóstwa, nie mając wystarczająco choćby środków na zakup jedzenia.Jeśli chodzi o sytuację społeczno-polityczną, najpierw dwa słowa wstępu o systemie politycznym w Libanie. Jest on oparty o założenie równowagi pomiędzy głównymi grupami wyznaniowymi w tym kraju, a więc chrześcijanami (głównie maronitami), muzułmanami sunnitami i szyitami. Główne stanowiska w kraju rozdzielane są według klucza wyznaniowego - prezydent kraju musi być chrześcijaninem, premier sunnitą, a marszałek parlamentu - szyitą. Również podział stanowisk ministerialnych ma związek z zachowaniem odpowiednich proporcji wyznaniowych. Ideały pokojowego współistnienia grup wyznaniowych w Libanie, słynna „koegzystencja”, nie sprawdzają się w efektywnym zarządzaniu krajem. Przeciwnie, stopień złożoności tego systemu wzmagał skostnienie elit politycznych.Nieudolność władz i pojawiające się oznaki kryzysu gospodarczego doprowadziły w październiku 2019 do wybuchu masowych protestów antyrządowych, nazywanych w Libanie „rewolucją”, które objęły cały kraj. Był to przede wszystkim ruch osób młodych, domagających się odejścia klasy politycznej, a także zmiany systemu, na rzecz takiego, który byłby wolny od podziałów wyznaniowych, stanowiących w ocenie protestujących dziedzictwo wojny domowej. Wskutek tych protestów rząd podął się do dymisji, jednak nie przyniosło to żadnych istotnych zmian w systemie. Z upływem czasu protesty te przygasły, potem stłumił je wybuch pandemii COVID-19. Kolejnym momentem zapalnym był wybuch w bejruckim porcie z sierpnia 2020. Szybko stało się dla libańskiego społeczeństwa jasne, że odpowiedzialność za to ponoszą konkretni politycy, którzy dopuścili się zaniedbań. Do tej pory jednak nikt nie poniósł konsekwencji, nie wskazano - ani tym bardziej nie skazano - winnych.Wszystko to przyczynia się do pogłębiającej się frustracji w libańskim społeczeństwie. Kryzys napędza istniejące w społeczeństwie napięcia, które kilkukrotnie w ostatnich miesiącach eskalowały do przemocy, kończącej się ofiarami śmiertelnymi. Kto tylko ma możliwość - emigruje. Mówi się, że z kraju wyjechała ok. 1/3 personelu medycznego. Młodzi ludzie nie widzą dla siebie perspektyw w Libanie, wyjeżdżają albo do krajów zachodnich, albo do krajów Zatoki Perskiej, czy choćby do Afryki Zachodniej, gdzie działa wiele libańskich firm. Ci, którzy nie mają możliwości oficjalnej emigracji, czasem podejmują się desperackich prób ucieczki przez Morze Śródziemne na Cypr, razem z syryjskimi uchodźcami, których perspektywy w Libanie są obecnie jeszcze gorsze niż przez ostatnie dziesięć lat.W jakim zakresie do trudnej sytuacji w kraju przyczyniły się elity polityczne?Nie jestem analitykiem politycznym, więc odpowiem raczej z perspektywy tego, jak sytuacja jest postrzegana w libańskim społeczeństwie. Powszechnie mówi się o skorumpowaniu elity politycznej i jej trosce wyłącznie o własne interesy. Większość polityków to milionerzy - multimilionerem jest choćby obecny premier Najib Mikati. Kryzys libański to w dużej mierze rezultat piramidy finansowej, w którą zamieszane były banki libańskie. Jednak cenę za to płacą zwykli mieszkańcy, którzy utracili oszczędności życia w momencie załamania się systemu bakowego. Jednak politycy tego nie odczuli, ponieważ ich fortuny umieszczone są w bankach szwajcarskich. Elita polityczna jest w odczuciu Libańczyków zupełnie oderwana od zwyczajnego życia i problemów mieszkańców.W pierwszej połowie 2022 roku odbędą się wybory parlamentarne w Libanie, ale mało kto wierzy, że przyniosą one jakąkolwiek realną zmianę. Do tej pory obserwowana jest głównie rotacja władzy pomiędzy tymi samymi politykami – Saad Hariri, który ustąpił po protestach z października 2019, został ponownie nominowany na premiera jesienią 2020 roku, jednak nie udało mu się sformułować rządu. Obecny premier Mikati również pełni tę funkcję po raz trzeci. Elitom zarzuca się nepotyzm, korupcję, troskę wyłącznie o własny, bieżący interes kosztem dobra kraju i jego mieszkańców. Obecnie, w sytuacji kryzysu, nikt nie ma interesu w podjęciu decyzji o trudnych - ale niezbędnych - reformach, ponieważ oznaczałoby to utratę poparcia wyborczego.Jakie podstawowe problemy społeczne należałoby rozwiązać w pierwszej kolejności?Przede wszystkim Liban dramatycznie potrzebuje reform ekonomicznych, które powstrzymałyby dalszą zapaść gospodarki tego kraju. Na pewno nie będzie to możliwe bez wsparcia ze strony społeczności międzynarodowej. Bez reform nie da się myśleć o rozwiązywaniu innych problemów. Tym, co wydaje się obecnie kluczowe dla przyszłości libańskiego społeczeństwa jest powstrzymanie drenażu mózgów, czyli emigracji elit intelektualnych i specjalistów - oni będą konieczni w ponownym stawianiu na nogach libańskiej gospodarki. Bardzo ważne jest promowanie zaangażowania obywatelskiego, przełamywanie apatii młodych ludzi, podtrzymywanie przekonania, że mogą mieć wpływ na swoje losy i na przyszłość kraju.W jaki sposób PCPM niesie pomoc Libańczykom? Na czym polega Pani praca?Działania Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej w Libanie łączą w sobie pomoc humanitarna i pomoc rozwojową. Pomoc humanitarna to działania skierowane bezpośrednio do osób potrzebujących, odpowiadające na tak kluczowe potrzeby jak zapewnienie dachu nad głową, bezpieczeństwo żywnościowe czy dostęp do opieki medycznej. Jako PCPM działamy we wszystkich tych obszarach. Dostarczamy pomoc finansową na pokrycie kosztów czynszu, pomagamy w remontach mieszkań będących poniżej standardów. Tych, którzy nagle znaleźli się poniżej progu ubóstwa, wspieramy poprzez dystrybucję paczek żywnościowych wzbogaconych o świeże warzywa i owoce. Te świeże komponenty przygotowywane są przez lokalne spółdzielnie rolnicze - i tu płynnie przechodzimy do działań o charakterze rozwojowym, a więc nakierowanych na takie wsparcie lokalnych społeczności, które pozwoli im w dłuższej perspektywie silniej stać na własnych nogach i uniezależnić się od zewnętrznej pomocy. W ramach takich działań wspieramy właśnie spółdzielnie i lokalną produkcję rolną, rozbudowujemy sieci kanalizacyjne i oczyszczalnie ścieków, prowadzimy inwestycje poprawiające bezpieczeństwo na drogach, w tym poprzez oświetlenie latarniami solarnymi. To tylko część z działań realizowanych przez PCPM w Libanie w ostatnich latach. Bardzo ważne jest dla nas to, że działamy we współpracy z partnerami lokalnymi, w konsultacjach z nimi, tak aby to ich potrzeby były w centrum naszych programów pomocowych.Co mógłby zrobić przeciętny Polak, by pomóc Libańczykom?Pierwszym krokiem jest zainteresowanie się sytuacją w Libanie, poszukiwanie informacji i poszerzanie swojej wiedzy na ten temat. Jestem przekonana, że zwiększanie świadomości o tym, jak wygląda życie w innych miejscach świata, z jakimi problemami mierzą się mieszkańcy odległych od Polski obszarów, jest jedną z dróg do - mówiąc górnolotnie - budowania lepszego świata, świata bardziej solidarnego.Kolejną drogą jest wspieranie libańskich przedsiębiorców, małych biznesów - można znaleźć firmy, których produkty wykonane w Libanie można zamówić do Europy. Myślę, że nawet pośrednio Libańczykom pomagają zakupy u libańskich przedsiębiorców w Polsce, ponieważ obecnie wsparcie od libańskiej diaspory jest jednym z kluczowych źródeł utrzymania dla Libańczyków w pogrążonym kryzysie kraju.Wreszcie, można wspierać organizacje pomocowe, działające w Libanie, takie jak Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, które dzięki wieloletniemu doświadczeniu wiedzą, w jaki sposób skutecznie wspierać najbardziej potrzebujących mieszkańców tego kraju.Dziękuję za rozmowęRozmawiał: Marcin Szydzisz"Beirut, Lebanon" by Stephen Downes is licensed under CC BY-NC-SA 2.0

Wywiad

Rozmowa z konsulem honorowym RP w Zambii - Marią Rosalią Ogonowską–Wiśniewską

23.11.2021

Rozmowa z konsulem honorowym RP w Zambii - Marią Rosalią Ogonowską–Wiśniewską[1]Lukasz Czarnecki Zambia jest byłą brytyjską kolonią brytyjską. W 1888 roku Cecil Rhodes określił terytorium Zambii – wówczas jako Północna Rodezja - jako brytyjska sfera wpływów. Północna Rodezja wyzwoliła się spod jarzma kolonializmu jako Republika Zambii 24 października 1964 r. Obecnie Zambia należy do Commonwealth. Uchwaliła Konstytucję w 1991 r., która została zmieniona 2006 r. Wychodzenie z historii kolonialnej Zambii jest naznaczone licznymi wyzwaniami. Polska może odegrać tu pozytywną rolę w rozwoju relacji gospodarczo-kulturalnych. O nich wspomina Maria Rosalia Ogonowska–Wiśniewska.Z wykształcenia lekarka, dyrektor australijskiej kopalni miedzi Sedgwick, właścicielka kopalni czarnego grafitu oraz dwóch firm w Zambii: Company Prime Marble Products Ltd. I Marble Arch Ltd, zajmujących się wydobyciem i obróbką marmurów. Do Zambii przybyła w 1965 roku i stanęła na czele tamtejszego Czerwonego Krzyża. W 1989 roku brała czynny udział w organizowaniu pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Zambii i pomagała przy budowie katedry w Lusace. Za swoją działalność na rzecz Kościoła Katolickiego otrzymała liczne odznaczenia i medale. Za swoją działalność na rzecz polski otrzymała tytuł Konsula Honorowego RP w Zambii. W 2001 roku została również Honorowym Konsulem Generalnym. Czy przemysł polski, przedsiębiorstwa polskie mogą zainwestować w Zambii i jak to wygląda?- Tak, ale Unia Europejska opowiedziałaby Pani o tym lepiej. Ja mogę Pani powiedzieć jak wyglądają te inwestycje. Aby rozpocząć, trzeba najpierw wpłacić minimum 200 tyś USD.O takich rzeczach mogę opowiedzieć jak najbardziej. Trzeba się zarejestrować w Investment center. Trzeba określić czym się jest zainteresowanym, jakimi inwestycjami. Warto inwestować w marmury, granity, miedź itp. – tu są bardzo duże możliwości.Jak wygląda zwiększenie Polaków w Zambii? Czy dzięki inwestycją jest to widoczny efekt, czy dużo polaków chce inwestować, czy nie?- trochę Polaków inwestuje, nawet w trakcie pandemii COVID-19. Polacy przyjeżdżają tu i inwestują w różnych dziedzinach, ale głównie działają charytatywnie. My z Polski, ja myślę, że mamy największe połączenie z kościołem Katolickim. Polska Misja Katolicka działa tu już od wielu lat.Czy inwestycje, którzy Polacy robią, jak wygląda właśnie kwestia dróg czy kolei, bo chyba to też jest główny czynnik, który podlega inwestycji przez Polaków, czy raczej się mylę?-Są takie i wiele osób też pomaga w tym zakresie i na pewno są tutaj takie inwestycje. Ja sama działam w pewien sposób tutaj i doradzam innym też to robić.A jeśli chodzi o inwestycje to jakie narodowości inwestują najwięcej jeśli chodzi o Zambie?- Wie Pani, trudno powiedzieć jakie… Myślę, że tradycyjnie to oczywiście jako kolonia brytyjska, to Anglia, ponieważ jest to kolonia. Dlatego ja tutaj jestem na paszporcie brytyjskim, mam też polski oczywiście, ale poruszam się na brytyjskim, a żeby wjechać do tego kraju no to trzeba mieć też wizę. Przyjeżdżają tu głównie Brytyjczycy, Polacy, Amerykanie i też z innych krajów. Różnie z tego wynika, różnie inwestują. Nawet teraz w czasie pandemii Covid. Ważne jest tu działanie Misji Katolickiej i inne działania charytatywne. Zakładane są szpitale, sierocińce i tak dalej. Czyli Polacy, tak jak Pani mówi podlegają tym inwestycja, są obdarzani szacunkiem przez tych miejscowych ludzi, tak? Chodzi też o taką interakcje społeczną…- No jest tak. Polacy inwestują w różnych dziedzinach.A w jakich na przykład dziedzinach, jakby mogła Pani jeszcze opowiedzieć?- Wie Pani co, w różnych dziedzinach Polacy. Dużo było w przemyśle, inwestują w plastik, fabryki materiałów, przemysł przetwórczy, nawet w produkcję mebli. Polska ma dobre opinie jeśli chodzi o współpracę w górnictwie, w medycynie tez mieliśmy kiedyś spory wkład, ale teraz raczej lekarze nie przyjeżdżają z zagranicy, bo byłoby to też zbyt drogie, no ale czasem też przyjeżdżają tutaj. Także prowadzimy tutaj najróżniejszą działalność, zdrowotną, ekonomiczną, zawsze się coś dzieje.A jeszcze takie pytanie, czy jeśli chodzi o inwestycje to czy też osoby, Polacy są zadowoleni z tych inwestycji co właśnie prowadzą na tych terenach?- Raczej tak. No nie byli by tu raczej tak długo, gdyby nie byli zadowoleni. Przyjeżdżają też kolejni i prowadzą tutaj swoje inwestycje. Myślę, że to raczej pewne, że są zadowoleni.Rozumiem. A jeszcze chciałabym się zapytać jak te inwestycje Polaków wpłynęły na rozwój tego państwa?- Bardzo pozytywnie. Na przykład Przetwarzają śmieci na olej, a to przecież korzystne dla środowiska. To na pewno pozytywnie wpływa ba rozwój Zambii. Niektórzy hodują tu też warzywa i zajmują się wieloma innymi rzeczami, bardzo korzystnymi dla tego państwa. Dzięki temu Polacy mają na ogół dobrą opinię.Czyli mówi Pani, że zwiększa się na pewno rozwój tej produkcji przetwarzania śmieci na olej. A oprócz tego jest Pani jeszcze w stanie wymienić jakiś aspekt oprócz tego przetwarzania śmieci na olej, które wpłynęły pozytywnie na rozwój?- Tak. Chociażby górnictwo. My mamy tutaj na przykład kopalnie marmurów i granitów. Także to wpływa też na to, że nie muszą kupować tych składników zza granicy, tylko tutaj na miejscu są one produkowane i mogą z nich korzystać. Kiedyś prowadziliśmy sprzedaż tych marmurów z granicę również. Także jest to pozytywny wkład w rozwój Zambii. Mamy bardzo pozytywną opinię tutaj. Poza tym Polacy mają bardzo dobą opinię w szkolnictwie. To też jest ważne. Poza tym Polacy też są na rynku przetwórstwa, na przykład miedzi i żelaza.Rozumiem. A jeśli miałaby Pani powiedzieć o przemyśle w Zambii, to na czym przemysł się najbardziej skupia i czego dotyczy? Fundamenty chodzi o tego przemysłu. - No troszeczkę jest lokalnego przemysłu. Wytwarzają produkty plastyczne, meble, jest tutaj przetwórstwo, działają fabryki surowców i materiałów budowlanych. To się cały czas rozwija.Rozumiem. A czy są wprowadzone jakieś organizację, które mają na celu wypromować ten rynek na, tak powiedzmy arenie międzynarodowej, jeśli chodzi o przemysł.- Są raczej zakłady przemysłowe. Organizacje nie bardzo, nie widzę jakiś takich, raczej tu nie działają jakoś konkretnie. Są tu sprawy biznesowe, raczej tak.Jeszcze chciałabym się zapytać czy ten przemysł, czy on działa tak na skale międzynarodową albo stara się podejmować kroki w celu zaistnienia na rynku międzynarodowym?- No oni są otwarci, przede wszystkim. Myślę, że na pewno starają się podejmować takie kroki.Bo też na pewno też myślę, że turystyka odgrywa ważną rolę, czy turystyka też wpływa na ten rozwój Zambii?- Ogromną. Mamy tutaj przepiękne Parki Narodowe. Ja osobiście uwielbiam Kafue National Park, jest najpiękniejszy na świecie. Wiele innych też. Także turystyka ma bardzo duże znaczenie, bardzo. Są dobre hotele, loty, także jest tu naprawdę dobrze.A jeśli chodzi o tą turystykę, to na przykład tak jak w Polsce, czy w innych krajach mamy rzeczy, które podchodzą pod dziedzictwo narodowe? Jak to wygląda właśnie w Zambii? Czy są właśnie też uważane pewne kwestie za takie dziedzictwo. Czy są też takie rzeczy oprócz tych Parków Narodowych o których Pani powiedziała, czy są takie rzeczy, które są uważane za dziedzictwo narodowe?-Tak. No więc tutaj turystyka jest rozwinięta bardzo dobrze. Hotele są dobre, do wyboru, w zależności jakie ma się priorytety. Jest tu czysto i przyjemnie, ale na ogół są dobry standard i nie musimy się wstydzić, na prawdę. Tu są naprawę pozytywni ludzie no i kochają turystów.To bardzo dobrze, czyli po prostu można stwierdzić, ze Zambia jest otwarta na turystów. A jeżeli miałaby Pani powiedzieć tak, jakie narodowości najczęściej przyjeżdżają w celach turystycznych do Zambii, to które by Pani wymieniła? - Wie Pani to różnie. Oczywiście, że przede wszystkim Europejczcy. Tu się ich widuje najczęściej i są bardzo widoczni kulturowo. Przyjeżdżają tu na przykład moje przyjaciółki są z Holandii, Polski i z przyjaciółkami z Zambii, my jesteśmy kulturowo po prostu bliżej, ale spotykamy się oczywiście z innymi narodowościami tutaj. Ale jak ludzie tu przyjeżdżają, to trzymają się raczej blisko swoich kulturowo. Tak jak moje towarzyszki, z wyboru, że tak powiem. Ale raczej jak tu ktoś przyjeżdża to społeczeństwo jest wymieszane. Dużo Europejczyków.No tak bo to jest dla nich też coś nowego do obejrzenia. -Tak, tak.A jeśli chodzi o kwestie stosunków międzynarodowych z innymi państwami Zambii. To z jakimi państwami, że tak powiem najściślej one współpracują? - Ruch dyplomatyczny działa dobrze, tak jak mówię, bo jestem organizatorem. Na razie robimy bardzo dużo dobrych rzeczy, jeśli chodzi na przykład o przemysł no i charytatywnie. No i działamy na arenie międzynarodowej też oczywiście. Własnie znam takiego Zambijczyka, o którym się właśnie tydzień temu dowiedziałam, że jest już w Brukseli, ma polską żonę. Tak to właśnie, jest jedno z wielu udanych styczności kultur i mieszania się ich.Tak, ale to dobrze, że jest takie zróżnicowanie kulturowe w dyplomacji ogólnoświatowej. A tak jakby miała Pani wymienić państwa, które tak najbardziej tak najbliżej współpracują w kwestiach międzynarodowych z Zambią. To jak, które państwa by Pani wymieniła? - A w Afryce czy na świecie?Na świecie, na świecie. Chodzi ogólnie.- Oni głównie kulturowo są sąsiednimi krajami, ale trudno powiedzieć. Oczywiście, że z Zimbwawe, to był jeden kraj kiedyś. To była Północna Rodezja. Była też południowa. Małżeństwa i wgl, no i granice mają najbliżej. Kulturowo są bardzo blisko siebie no i granice mają wspólne.Rozumiem, czyli tutaj sprawdza się teoria, że… Jeszcze mam takie pytanie, bo bardzo zastanawia mnie jak działa praworządność i prawo w takim kraju. Czy funkcjonuje to dobrze?- Wie Pani, że działa? Sądy są raczej powiedziałabym sprawiedliwe. Ale wie pani, tak naprawdę to sprawiedliwości w żadnym kraju nie ma, ani w Polsce, ani w Anglii, ani nigdzie. Ale, sądy są tutaj w Zambii przyzwoite, na dobrym poziomie. To nie jest jakaś dzika Afryka. Warto też wspomnieć, że tutaj są dwa rodzaje praw. Jedno to jest prawo domowe, a drugie to jest prawo brytyjskie.Rozumiem, a czy funkcjonuje Habeas corpus, bo to też mnie zastanawia, ponieważ habeas corpus bardzo jest wyróżniane w takich krajach i jestem ciekawa jak to wygląda właśnie w tym kraju- Ale co jak wygląda?Habeas Corpus, czyli chodzi o obronę praw człowieka, czy są respektowane te prawa w tym kraju, czy nie ma takiej dyskryminacji….-Tak, tak.Dobrze.- Wie pani, nie ma zastrzeżeń, to jest raczej praworządny kraj.A co jest fundamentem tamtejszego prawa? Myśli Pani, że to bardziej jest tradycja…- Fundamentem prawa mówi Pani?Tak, czy prawo wynika bardziej z tradycji, czy właśnie przemian tych wszystkich ustrojowych, które następowały, historii. Jakby Pani miała stwierdzić?- Na pewno te fundamenty wynikają z ich tradycji i historii. Na przykład niektóre prawa dla kobiet. Gdy bierze się ślub, to że tak powiem powinien być to taki normalny, bo jest jeszcze tradycyjny i wtedy kobieta ma wnosić do domu męża na przykład garnki kuchenne.Czyli powiedzmy, ze tak jakby posag- Tak, także jak ktoś chce brać tu ślub, to zawsze mówię, żeby brali ten cywilny. Moja córka też musiała wziąć cywilny, żeby był on ważny na cały świat.Rozumiem, a czy są jakieś długoterminowe plany rozwoju właśnie dla tego państwa, w planach lub w trakcie? - Tak.Jakby mogła Pani jeszcze opowiedzieć jakie to są plany. - Robią te plany, twierdzą, że nie planują. Średnio co jakiś czas się coś nowego pojawia. Oczywiście są też jakieś tam drobne potknięcia. Nawet Covid w tym nie przeszkadza. Jest tutaj przewidziany długoterminowy plan rozwojowy na przykład.Jeszcze miałabym do Pani pytanie, jak funkcjonuje administracja, jaki jest podział, jak to wszystko przebiega, bez prawnie czy raczej….. Czy podobnie do jakiś państw, czy raczej oni mają inny system. Czy istnieją różne instytucje państwowe, jak na przykład w Polsce urzędy i czy na przykład tam są właśnie takie urzędy, czy są jakieś zależności czy raczej nie. -Wie Pani tutaj są różne organizacje, kościelne, jakieś takie ekologiczne i tym podobne, ale to nie jest za bardzo powszechne.A jeśli chodzi o system sądownictwa jeszcze, jakby mogła Pani coś opowiedzieć. - No raczej powiedziałabym, że funkcjonuje to tak, jak na całym świecie. Nie są idealni, ani nic. Czasami zdarzają się przekupstwa, ale ogólnie sądy pracują, tak jak i w Polsce. Czy są zadowoleni nie wiem. Ale to jest raczej praworządny kraj.A jak wygląda sprawa z przestępczością? Czy jest raczej wzrost czy niż? Czy jak?- Jest oczywiście tak jak wszędzie, ale ja czuje się tutaj bezpieczna. Sama mieszkam od piętnastu lat w takim dużym okręgu i tu jest pilnowane bezpieczeństwo. Także ja się tu czuję bezpiecznie.Rozumiem. Czyli istnieją tacy funkcjonariusze podobni jak u nas do policji, tak? Którzy strzegą prawa i ochraniają ludzi?- Policja jest przekupywana, tak jak na całym świecie. To znaczy, że tam za parę groszy mogą się dać przekupić, ale nie za darmo. Także zdarza się, ale nie jakoś szczególnie. Ale czasem zdarzają się złośliwi policjanci i zatrzymują. Ale oczywiście są też dobrzy, którzy się często uśmiechają. Ogólnie raczej powiedziałabym, że są sprawiedliwi.A jeśli chodzi o przyrost naturalny, to jest duży czy mały?- Oooogromny.I to są typy ludzi takich rodzin większych czy raczej…- wie pani przybywa tutaj wiele dzieci. […] ludzie się tu znają i dlatego też nie ma tu żadnych napadów ani kradzieży. Ludzie mają do siebie zaufanie. Ludzie nie zamykają domów, dzieci przy rodzinie zostają, także wszyscy się znają i czują się bezpieczni. Covid szaleje w tej chwili tutaj, a mieliśmy tu przecież najspokojniejszy kraj z Afryki. Wczoraj było 59 zgonów na 17mln mieszkańców.Jak wgląda służba zdrowia? Czy jest jakaś pomoc z innych krajów, a dostarczanie pomocy? Nie chodzi mi tylko o COVID -19 tylko też o różne choroby. - Wie Pani, są tutaj takie organizacje charytatywne przy kościołach. Także, one w szczególności pomagają. I są też członkowie misji. Także oni w szczególności pomagają. Ale niestety biedy jest dużo, zwłaszcza w buszu.Jak ludzie się starają radzić z biedą? Są właśnie jakieś instytucje czy organizacje, które pomagają w zwalczaniu biedy i ubóstwa?- Jest dość dużo takich organizacji. Ale ja osobiście, od początku włączyłam się w życie obywateli Zambii, jak przyjechałam to zostałam dyrektorem krajowym czerwonego krzyża. Czyli tutaj można zaznaczyć duży udział Polski jeśli chodzi o czerwony krzyż-Ważny był przyjazd papieża. W 1989 Jan Paweł II przyleciał. Ja zorganizowałam to wszystko. Ja też jestem specjalistą od medycyny lotniczej w ogóle. Byliśmy wtedy lekarzami z mężem. Udało nam się też zaangażować w budowę katedry, tam było trzy tysiące ludzi. Ja jestem też z różnymi organizacjami charytatywnymi ze świata połączona i ta akcja charytatywna działa i jeszcze oczywiście pomaga korpus dyplomatyczny.Jeżeli chodzi o walkę z ubóstwem to dużą i istotną rolę odgrywa dyplomacja.- Polska ma dobrą opinie w Zambii, zwłaszcza polska misja. Ale ja nie działam w Polskiej misji, wie Pani. Odwiedzam ją czasami, ona już tu działa od długiego czasu. Wie Pani warunki tutaj są bardzo dobre, na przykład dla hodowli zwierząt.Dobrze, dziękuję pani bardzo za rozmowę i poświęcony mi czas. Jestem naprawdę wdzięczna, że udzieliła mi Pani tak cennych informacji. Życzę Pani pogodnego dnia i wszystkiego dobrego. - Dziękuję i nawzajem.[1] Autor dziękuje Pani Klaudii Przyrowskiej za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu.Źródło zdjęcia: Flickr

Wywiad

Wywiad: Félix Acosta

25.09.2021

Tijuana jest miastem granicznym zlokalizowanym na północnym zachodzie, na granicy Meksyku i USA. Miasto po stronie amerykańskiej jest dużo bardziej rozpoznawalne – San Diego. Pojechałem do Tijuany, aby przeprowadzić wywiad z doktorem Acostą. Istnieją bardzo różne punkty widzenia od tych, którzy pochodzą ze stolicy republiki. Życie na granicy to w jakimś sensie życie zapomniane. I Tijuana to miasto zapomniane. Acosta szczerze wyznaje: „Tijuana to miasto w ciągłym kryzysie”.Gdzie Pan pracuje? Pracuję w Colegio de la Frontera Norte jako profesor. Jestem ekonomistą. Mam również dyplom ze statystyki. Mam 51 lat. Ukończyłem studia magisterskie z ekonomii w Stanach Zjednoczonych, oraz doktorat z demografii z Colegio de México. Moje zainteresowania to ubóstwo, polityka publiczna i rodzinna. Urodziłem się na wsi, na północy Meksyku. Mój ojciec był ejidatario; Mój dziadek musiał uczestniczyć w reformie rolnictwo w Durango pod koniec lat 30.Uważam się za ateistę. Jednak bardzo wierzę w zdrowy rozsądek, który istnieje we wszystkich ludziach, co skłania ich w pewien sposób do działania z zaangażowaniem na rzecz ich dobrostanu. Nie mam ideologii politycznej, nie należę do żadnej partii. Uważam, że system partyjny w Meksyku znacznie przewyższa realia społeczne, ludzie nie są zadowoleni z systemu politycznego.Jak można zanalizować problem rolniczy w Meksyku?Ruchem rewolucyjnym w Meksyku kierował Venustiano Carranza, ale pochodził on z Coahuila, a ludzie z Coahuila nie poświęcali się pracy na ziemi, raczej była to klasa średnia; Carranza polegał jednak w dużej mierze na Zapacie, który kierował całym ruchem chłopskim; a na północy był Villa. Po tym, jak Zapata został zamordowany, Villa pokonany i zamordowany; ideały chłopów zostały odłożone. Kiedy Carranza triumfował, był rodzaj zdrady ideałów chłopów.Następnie dopiero za prezydentury Lázaro Cárdenasa dyskusja na temat praw chłopów rozgorzała na nowo iż tego powodu dokonał się podział agrarny.Dzięki reformie powstało ejido. Wsparcie udzielane jest chłopom. Jednak ejido nie oznaczało znaczącej zmiany życie chłopów. Po okresie stabilizacji zaczął się kryzys w 1976 roku z Luisem Echeverríą; z Lópezem Portillo rośnie zadłużenie sektora publicznego i prywatnego.Od okresu Cárdenas do końca w latach 70. państwo przejmuje odpowiedzialność, zapewnia dobrobyt; towary i usługi mają bardzo duży udział ważne w tworzeniu i dynamizmie miejsc pracy gospodarki. Potem nastąpił kryzys i tworzone są polityki, aby przekształcić państwo i narzucić neoliberalizm.Jak powstał CONEVAL?Ogólne Prawo Rozwoju Społecznego (LGDS) zostało opublikowane w 2004 roku. CONEVAL został oficjalnie utworzony w 2006 roku. Pod koniec 2005 roku ogłoszono nabór do wyboru sześciu badaczy akademickich. Badacze byli wybrani w lutym 2006. W marcu zaczął funkcjonować CONEVAL. Byłem jednym z pierwszych doradców. Nasze zarządzanie trwało od marca 2006 do lutego 2010 roku. Mieliśmy za zadanie zbudować CONEVAL, przekształcić go w instytucję, która pełni dwie podstawowe funkcje: oceny polityki społecznej oraz opracowania i wdrożenia wielowymiarowej metodologii oficjalnego pomiaru ubóstwa.Jaki jest związek między powstaniem CONEVAL a przemiana demokratycznymi ?Bardzo dobre pytanie. To ma wiele wspólnego z rolą państwa, z końcem dominacji jednej partii politycznej. To była inna sceneria, z kompozycją bardziej zróżnicowaną, w Izbie Deputowanych oraz w Senacie. To, że PRI rządził przez ponad 70 lat oznaczało kontrolę praktycznie wszystkich sfer władzy w Meksyku, od prezydentury republiki po gubernatorstwa, prezydia miejskie, władze ustawodawcze na poziomie federalnym, izby ustawodawcze na lokalnym. To była domena totalna.Od 1982 roku obserwuje się zmiany. Kryzys rozpoczął się pod koniec lat siedemdziesiątych wraz z ograniczeniami modelu gospodarczego. Prezydent De la Madrid odpowiada za proces restrukturyzacji, otwarcie gospodarki, GATT. Otwiera gospodarkę na rynki międzynarodowe i ogranicza rolę państwa. Potem przychodzą rządy Salinasa i Zedillo, przyszla kolej na przekazanie władzy PANowi.A Luis Donaldo Colosio został zamordowany tutaj, w TijuanieWówczas kiedy Salinas zostaje wybrany na prezydenta, zdawał sobie sprawę, że wybory są kwestionowane, że nie jest prezydentem, który ma pełną legitymację do rządzenia. Ponadto lewicowe partie polityczne jednoczą się, rozpoczyna działanie PRD. Dla mnie Salinas daje ostatnie pociągnięcia pędzlem dla neoliberalizmu w Meksyku. I to, paradoksalnie, Salinas kończy z ejido; rząd zaczyna program przejęcia własności ziemi od ejidatarios ich działki by sprywatyzować je.Salinas otwarcie przyjął politykę publicznego neo-menedżerstwa, ograniczył państwo, które uważane jest za nieefektywne. Prowadził bardzo agresywną, bardzo ambitną politykę społeczną; był prezydentem, który doprowadził do granic możliwości rozrzedzenia, praktyczne zniknięcie państwa.W okresie De la Madrid rosła bieda. Wraz ze wzrostem cen i kurczeniem się gospodarki realne dochody ludności spadały. Salinas uruchamia program Solidarność, który jako pierwszy walczy z biedą. Program ten ma całkowicie neo-zarządzający, socjalny i skoncentrowany charakter. Jest to polityka nowego zarządzania publicznego w sensie, że każde wydane peso musi być zorientowane przez zasadę efektywności ekonomicznej. Aby osiągnąć to kryterium, polityka koncentruje się na ubogich. W przypadku Zedillo polityka społeczna jest jeszcze bardziej skoncentrowana. W tym czasie ideolog neoliberalnej polityki społecznej w Meksyk, Santiago Levy, krytykuje PRONASOL i mówi, że chociaż był dobrze zaprojektowany, to bardzo odbiegał docelowej populacji i pieniądze zostały wydane nieefektywnie; polityka społeczna rządu federalnego musiała zostać zrestrukturyzowana, jeszcze bardziej skoncentrowana. Następnie, pojawiła się PROGRESA, która była jeszcze bardziej skoncentrowana niż PRONASOL.Projekt PRONASOL był koncepcyjnie skierowany do biednych krańców wsi. Miał silny element partycypacji społecznej. Podstawą jego organizacji były komitety solidarnościowe, które umożliwiły i zintegrowały udział ludzi w definiowaniu problemów w wyborze projektów. System był scentralizowany i biurokratyczny.Jak działała PROGRESA?Santiago Levy w diagnozie z 1984 r. stwierdza, że ubóstwo jest zjawiskiem związanym z ubóstwem skrajnym, z biedą na wsi. Zedillo nie wiedział, co robić z PRONASOLem i czekał. Nie wiedział, co zrobić z polityką społeczną, z dwóch powodów: jeden, ponieważ PRONASOL był spadkiem po Salinasie i po drugie, bo w 1994 roku Meksyk wszedł w kryzys finansowy. Na PROGRESĘ trzeba było czekać do 1997 roku. Zedillo tworzy program i jest to ściśle nastawiony na efektywność ekonomiczną, z zamiarem zmienić postrzeganie siebie przez biednych.Santiago Levy w swojej pracy mówi: biedni są biedni, bo mają dużo dzieci, nie mają dobrych nawyków higienicznych, nauki, zachęt do przyłączenia się na rynek pracy itp.; więc tkwią w kręgu biedy: biedni mają wiele dzieci by mogli pracować na roli, które odziedziczyli. Rolnictwo, stają się według Santiago Levy, ciężarem, który sprawia, że ​​ubodzy odtwarzają swój stan ubóstwa, pozostając przywiązanym do działki. Nie mają możliwości wejścia na rynek. Więc biedni tkwią w uwikłanym kręgu, nie mają motywacji. Są uwięzieni w logice, z której nigdy nie wychodzą. Według Levy'ego, aby skończyć z biedą na wsi musi zostać sprywatyzowane ejido. To ejido jest wyjaśnieniem wiejskiej biedy.Biedni muszą umieć się pozbyć, sprzedać swoją ziemię i wejść na formalne rynki pracy; opuść wioski i migrować do miasta, w których funkcjonują formalne rynki pracy i w których mogą oni mieć dostęp do wszystkich tych rynków i uczestniczyć w nich, aby dążyć do tego lepiej się przygotować, mieć pensję, mieć system ubezpieczenia społecznego, aby być uczestnikami popytu.Rodziny beneficjenci PROGRESY to prawie trzy miliony. Później wzrosło do sześciu milionów. Jest to potwierdzenie, że ubóstwo wzrosło, a rząd wciąż nie był w stanie rozwiązać problemu problem ubóstwa. Wraz z Felipe Calderónem powstał Program Wsparcia Żywnościowego (Programa de ApoyoAlimentario, PAL), który był skierowany bezpośrednio do skrajnie biednych, którzy nie są byli objęci programem Oportunidades. Na naszych spotkaniach niektórzy radni mówili do koordynatora Oportunidades: kiedy polityka społeczna będzie służyć najbardziej skrajnym biednym, czyli 8 lub 10% populacji? Najbardziej biedni nie mogli być wyjaśnieni w logice Levy'ego, bo Oportunidades to program mający na celu poprawę zdolności ludności, tak aby można ją było włączyć konkurencyjnie na rynku pracy.O jaką poprawę chodziło ?Lepsze odżywienie, że mają trochę więcej nauki i że dzietność spada. Ci ludzie otrzymują pieniądze, aby byli gotowi zmienić swoje nawyki i praktyki hodowlane, higieniczne i żywieniowe. Wsparcie jest marginalne w sensie ekonomicznej logiki programu, który jest przeciwny dotacjom uogólnianym.Jaki jest cel programu Oportunidades, 2002-2018?Macierz wyników zawiera wskaźniki celu i zakończenia; to jest jak drabina efektów, które się kumulują. Jeśli komponenty są realizowane, cel programu jest spełniony, jeżeli spełnia cel programu i dokonuje się szeregu założeń dotyczących celu programu, następnie ewentualnie program realizuje swój cel.Celem Oportunidades jest położenie kresu międzypokoleniowemu przekazywaniu ubóstwa; że kolejne pokolenia przestaną być biedne w stosunku do poprzednich. Z tego powodu zachęca do edukacji dzieci i niższą płodność matek, aby dzieci miały wyższy poziom wykształcenia w stosunku do rodziców i mogły mieć większe możliwości dostępu do rynku pracy. Ale założenie programu są takie, że gospodarka wygeneruje miejsca pracy; to się nie stało.Czyli sprzeczność?Tak, to sprzeczność. To jest problem z programami, które reagują na logikę neo-menedżerską, a nie na bardziej merytoryczne logiki, które uznają odpowiedzialność państwa i różnych aktorów społecznych, zwłaszcza przedsiębiorców, w zakresie tworzenia warunków dla ludzi do znalezienia możliwości rozwoju. Jeśli gospodarka nie tworzy miejsc pracy i nie rośnie, to na cóż pomaga, jeśli istnieją osoby lepiej wykształcone. Zmiany które promuje politykę społeczną poprzez programy takie jak Oportunidades zakładają bardzo marginalne zmiany. Ponadto rząd nie chce tworzyć negatywnych bodźców rynkowych.Jesteśmy w pułapce. Rząd nie ma pieniędzy i nie jest w stanie stworzyć warunków do wzrostu gospodarczego i stabilności.Co oznaczało powstanie CONEVALu?Prawo o rozwoju społecznym zaczyna się od uznania praw Meksykanów, ma podejście oparte na sprawiedliwości społecznej. Pomiar ubóstwa obejmuje podejście oparte na prawach, dlatego jest wielowymiarowe.I w tym celu powstaje CONEVAL?Tak, ale okazuje się, że różni się to od tego, co PRI i PRD mieli na myśli. Wówczas chcieli autonomiczny, bliższy organowi państwowemu, a nie jednemu rządowi.Z drugiej strony CONEVAL, oparty na LGDS, jest w strukturze rządu federalnego, należy do ministerstwa i przewodniczy jej sekretarz.CONEVAL w pewien sposób odpowiada na rosnącą różnorodność i pluralizm polityczny w Meksyku. Tak więc CONEVAL narodził się jako aspiracja partii, sprzeciw wobec poddania kontroli działań rządu w zakresie polityki społecznej.LGDS z 2004 r. mówi, że CONEVAL ma jako zadanie oceny polityki rozwoju społecznego. Jednak dalsze interesujące aspekty pojawiają się później. W 2005 roku opublikowano dekret stwierdzający, że celem CONEVAL było regulowanie i ocena polityki społecznej, podlegających kompetencjom Ministerstwa Finansów.. Jedną z rzeczy, o których rozmawialiśmy przystępując do CONEVAL, było to, jaką instytucją będziemy. Autonomiczny organ umożliwiający dialog z sekretarzem SEDESOL lub instytucją parapaństwową, która jest oparta na modelu w pełni hierarchicznym?Jaka była odpowiedź?Druga opcja. Doradcy przestają być doradcami, a my stajemy się członkami komisji wykonawczej, będąca częścią struktury. Jeśli ktoś zrewiduje organiczny statut CONEVAL, mówi, że jest to parapaństwowy, ma swojego prezesa, jego komitet sterujący, będący organem administracyjnym, w w którym uczestniczą naukowcy wraz z sekretarzem SEDESOL, ale funkcje rady jako takie są przeniesione do komitetu wykonawczego, w którym już nie ma SEDESOLu, ale sekretarz wykonawczy CONEVALu i wszystkich sześciu badaczy.Następnie udział badaczy przekazywany jest komitetowi wykonawczemu pod względem merytorycznym. Jest to organ administracyjny; posiedzenia komitetu sterującego są bardzo hierarchiczne, odbywają się co trzy miesiące i mają ustalony program, o całkowicie administracyjnym formacie i dynamice.Cele CONEVAL-u kolidują z hierarchicznym modelem rządu, w którym szef SEDESOL praktycznie nie może dyskutować o polityce społecznej z sześcioma badaczami i naukowcami. Jest to kwestia kontroli, która ma bardzo silną treść hierarchiczną. Jest to sposób rządzenia oparty na kontroli procesów politycznych.Jaki powinien być udział naukowców?Udział badaczy jest partycypacją społeczną, nie traktuję go jako partycypację specjalistów, ale jako partycypację społeczeństwa. Jesteśmy badaczami, ale w pewnym sensie jesteśmy przedstawicielami społeczeństwa.Jakie są osiągnięcia CONEVALu?Zrobiono wiele rzeczy. Od 2006 do 2010 roku stworzyliśmy zasady oceny polityki społecznej. Nie było zasad, norm, wymagań jakościowych. Istnieją teraz wytyczne dla programów federalnych; poprawiono jakość oceny. Jednak merytoryczne zadanie oceny polityki rozwoju społecznego nie jest jeszcze spełnione. Pomiar ubóstwa jest merytoryczną oceną polityki społecznej, ponieważ pokazuje ograniczenia rządu.Czy CONEVAL nie ma autonomii?CONEVAL znajduje się w strukturze rządowej. Jeśli spróbujesz uzyskać oświadczenia od doradców, nie będzie łatwo ich zapewnić. Wypowiedzi doradców mogą powodować napięcia z rządem federalnym, bardzo silne napięcia.CONEVAL jest uwięziony w logice, do której przedłożony zostaje rządowy organ parapaństwowy. Stał się przedmiotem sporu między rządem federalnym, a w szczególności Ministerstwem Finansów, który chce, aby działania ewaluacyjne CONEVAL były zorientowane na bardzo konkretny cel: zarządzanie budżetem w oparciu o wyniki. Do tego potrzebny jest system oceny wyników, który opiera się na systemie wskaźników, zarządzania, produktów i wyników programów. Min. Finansów nie jest zainteresowane ewaluacją polityki rozwoju społecznego, ale posiadaniem zestawu wskaźników do oceny efektywności programu, pozwalająca na podejmowanie decyzji budżetowych.CONEVAL nie jest w stanie wyartykułować żądań?Kraj musi się rozwijać. Konieczne jest tworzenie miejsc pracy. Osobą odpowiedzialną jest rząd, a CONEVAL musi być w stanie powiedzieć, że rząd nie spełnia swoich funkcji i dlatego konieczna jest zasadnicza modyfikacja, ponieważ polityka socjalna i ukierunkowane polityki nie rozwiążą problemu ubóstwa. Jeśli warunki społeczne się nie zmienią, ubóstwo będzie trwało i będzie rosło. Jednak CONEVLA nic nie powie. Czemu? Ponieważ będzie generować napięcia w relacji z rządem federalnym. Budżet CONEVAL to budżet przyznany przez Ministerstwo Rozwoju Społecznego i zatwierdzony przez Ministerstwo Finansów.Jak przebiegają wybory członków CONEVALU ?Wybór opiera się o negocjacje między stronami, to porozumienie polityczne.Czy rola rządu federalnego i stanowego ma być ta sama w walce z ubóstwem?W Meksyku rządy stanowe nie zbierają podatków. Większość podatków jest pobierana przez rząd federalny, który następnie zwraca środki. W zakresie polityki społecznej rząd federalny koliduje ze scentralizowanym modelem i hierarchiczną organizacją. W rzeczywistości większość zasobów zorientowane na problemy społeczne są zarządzane przez rząd federalny. A przestrzeń, jaką ma rząd stanowy, jest bardzo ograniczona, ponieważ nie ma dochodów. Decentralizacja jeszcze nie nastąpiła. Myślę, że jedynym programem, który można się znaleźć w różnych stanach, jest Program dla Starszych Osób (Prigrama Adultos Mayores). Ten program został skopiowany i jest uniwersalny. Początkowo rząd federalny bardzo go krytykował. Twierdzono, że był to program nieefektywny, ponieważ dostarczał środków osobom starszym, które ich nie potrzebowały.Rządy stanowe tak naprawdę nie mogą mieć ambitną i silną politykę społeczną.A samorząd miejski?Wciąż mniej. W gminach tworzone są programy o charakterze wyborczym, tworzone są po to, aby kampanie wyborcze.A Dystrykt Federalny, czyli miasto Meksyk?Nie dotyczy to Dystryktu Federalnego, ponieważ to terytorium, które ma dużo pieniędzy. Koncentruje bardzo ważną część gospodarki narodowej. Z obszarem metropolitalnym Monterrey i Guadalajary z łatwością koncentruje około 70% PKB. Rząd Okręgu Federalnego ma o wiele więcej zasobów niż jakiekolwiek inny stan. Ponadto tam jest lewicowy rząd.Jakie są wady metody wielowymiarowej pomiaru ubóstwa?Myślę, że nastąpił postęp, ponieważ przedtem ubóstwo mierzono wyłącznie poziomem dochodów, mierzono zdolność do zaspokojenia potrzeb. Myślę, że wielowymiarowy pomiar ubóstwa jest lepszy, bo zawiera pojęcie sprawiedliwości.Jak podjęto decyzje dotyczące wskaźników składających się na tę nową miarę ubóstwa?Podjęliśmy decyzje dotyczące progów i było dużo dyskusji. Na przykład, jeśli musisz mieć co najmniej sześć lub dziewięć lat nauki. Są różne pozycje. Także pod względem dostępu do zdrowia i składu podstawowego koszyka żywnościowego.Ostatecznie decyzje zapadły po dyskusjach, czasem przez konsensus, a czasem przez większość. Podejmowane decyzje odzwierciedlają stanowisko zarządu i stanowiska członków CONEVALu.Jakie są najważniejsze wyzwania?Dla mnie najważniejsze jest to, co należy zrobić z ubezpieczeniami społecznymi i zdrowiem. Te dwa prawa są bardzo związane z formalnym zatrudnieniem. Rząd ma już wystarczająco dużo informacji, aby dokonać merytorycznego kwestionowania możliwości państwa w walce z ubóstwem. Dodatkowo posiada elementy do zaproponowania zmian w modelu ekonomicznym, by zagwarantować lepszą egzekucję podatków, ich wydatkowania w rozwiązywaniu problemów społecznych.Wracając do dyskusji na temat metody, było kilku badaczy, którzy powiedzieli nam: „Po co? W jakim celu zwracać sobie głowę prawem? Dlaczego zajmować się podejściem opartym na prawach?”. Było kilku badaczy, w tym ja, którzy powiedzieli: „nie, musimy przestrzegać tego, co mówi prawo i prawo mówi, że należy skupić się na prawach”. Myślę, że posiadanie pomiaru opartego na podejściu do praw jest bardzo ważne na przyszłość, ponieważ oznacza przesunięcie uwagi z dochodów na bardziej merytoryczne aspekty.Napięcia powstały nie tylko z powodu metodologii. W kategoriach teoretycznych pomiar jest dobrze skonstruowany. Problemem nie są terminy techniczne, problemem jest podejmowanie decyzji; co kryje się za metodologią, co obejmuje osądy wartościujące.A jak wygląda sytuacja w Tijuanie?Istnieją różne doświadczenia ubóstwa. Ubóstwo w Tijuanie to nie to samo co w Chiapas, na wsi czy w mieście. Istnieje kilka poziomów ubóstwa. Stan Baja California, w którym znajduje się Tijuana zawsze będzie stanem z mniejszą liczbą przypadków ubóstwa. Ma to związek z bliskością Stanów Zjednoczonych. W Tijuanie praktycznie nie ma ubogich ze względu na wyżywienie. Jeśli odwiedzisz kilka biednych rodzin w Tijuanie, przekonasz się, że jest inaczej. Dane odzwierciedlają osąd wartości, co wpływa na pomiar.Tijuana ma wiele rzeczy, których nie ma ludność wiejska w Meksyku. Poziom bezrobocia jest niższy. Istnieje jednak pewien rodzaj ubóstwa. Ubodzy zostają w domu, oglądaj telewizję, bo wszystko jest drogie. Tijuana jest jak ofiara katastrofy; po 11 września 2001 r. został pozostawiona bez wiedzy, co robić; lokomotywa dynamizmu miasta przestała funkcjonować, miasto się skończyło.Tijuana to miasto w kryzysie. Rząd nie nic nie robi, a dla mnie Tijuana powinna być uznana za miasto w kryzysie gospodarczym od 2001 roku. Powinno się na nie zwrócić szczególną uwagę ze strony rządu i innych podmiotów. Nie ma lokalnego przemysłu. Kiedy pada deszcz wszystko się zatrzymuje, bo nie ma dobrej kanalizacji, auta nie krążą, szkoły są zamknięte; nie jest to miasto sprzyjające działalności człowieka.Właściwie jestem pesymistą, że w Meksyku sytuacja się zmieni.Zdjęcie: C.C. Wikimedia Commons

Wywiad

Wywiad: Manuel Canto Chac

12.08.2021

Mam 57 lat. Byłem członkiem EVALÚA DF, instytucji rządu Miasta Meksyku (w latach 2010-2014), zajmującej się ewaluacją polityki społecznej w stolicy. Jej główne zadania to: ocena i wydawanie rekomendacji dotyczących kwestii ubóstwa w stolicy.Czy rola rządu federalnego i stanowego w walce z ubóstwem powinna być inna?Należy zaznaczyć, że walczy się nie tylko z ubóstwem, ale trzeba również wzmacniać więzi społeczne i dostrzegać różnice w populacji.Uważam, że rząd federalny powinien zajmować się aspektami związanymi z zabezpieczeniem społecznym, edukacją i zdrowiem. Samorządy powinny mieć jak najściślejszą relację z obywatelem, to znaczy: wzmacniać tkankę społeczną, dostrzegać różnice i ostatecznie walczyć z ubóstwem, zgodnie ze specyficznymi warunkami miejsca. Ważnym aspektem jest fakt, że ubóstwa wiejskiego nie można zwalczać w taki sam sposób, jak ubóstwa miejskiego, gdyż wymagania ubogich są różne, w zależności od miejsc gorących i zimnych.Rząd regionalny powinien być odpowiedzialny za walkę z ubóstwem i wzmacnianie tkanki społecznej. W przypadku Meksyku jest to bardziej konkurencyjny niż uzupełniający się związek między różnymi szczeblami władzy.W sprawach polityki gospodarczej to nie rząd federalny decyduje o tym, jak to zrobić, ale raczej ma robić to, co dyktuje Bank Światowy, OECD i przestrzenie wielostronne. Jedynym więc obszarem, w którym można go legitymizować, jest polityka społeczna.Myślę, że władze lokalne zdały sobie z tego sprawę szybciej niż rząd federalny. Ogólna ustawa o rozwoju społecznym pochodzi z 2004 r., natomiast ustawa o rozwoju społecznym dla miasta Meksyk, pochodzi z 12 marca 2000 r. Oznacza to więc, że ustępstwo polityki społecznej zostało wypracowane wcześniej w samorządzie miasta.Polityka zwalczania ubóstwa wiąże się z koncepcjami ideologicznymi. Rząd federalny zdał sobie sprawę, że polityka społeczna jest źródłem legitymizacji i została ustanowiona konkurencyjna relacja. Oba poziomy rządów chcą zrobić to samo, jeden lepiej niż drugi. Dlatego zamiast programów komplementarnych tworzone są programy konkurencyjne. W przypadku polityki społecznej podział szczebli władzy staje się nieco nieistotny. Rząd federalny powinien być odpowiedzialny za ogólne usługi podstawowe i ubezpieczenie społeczne; Rządy państw powinny mieć większy kontakt z obywatelami, zwalczać ubóstwo, wzmacniać tkankę społeczną i uznawać różnice.Jaki jest wpływ przemian demokratycznych?Dyskusja na temat demokracji w Meksyku była bardzo obszerna do 2000 roku. Jeśli weźmiemy pod uwagę bibliografię od 1980 roku, to wszyscy mówią o demokracji. Istnieje kilka konkretnych tekstów: np. “Meksyk: demokratyczne roszczenia” (koordynowany przez Rolando Cordera, Siglo XXI), jest to hołd złożony Carlosowi Pereirze. Należy zwrócić uwagę na Carlos Pereira, który był filozofem argentyńsko-meksykańskim. Był pierwszym, który teoretyzował na temat demokracji oraz społeczeństwa obywatelskiego i tak dalej. Pereira pisał w czasopiśmie „Zeszyty polityczne”, a w pierwszym numerze ukazał się jego artykuł: „Meksyk, granice reformizmu”. Mówimy o połowie lat 70., kiedy wdrożono reformy prezydenta Echeverríi. Pereira powiedział, że to ma swoje granice oraz że musi być zdemokratyzowane. Jako pierwszy mówił o społeczeństwie obywatelskim. Zmarł w bardzo młodym wieku, na początku lat osiemdziesiątych. Książka ta odzwierciedlała: główny problem z demokracją, który polega na tym, że była ona rozumiana na różne sposoby. Wszyscy zgodzili się, że PRI musi opuścić Los Pinos. Niektórym to wystarczyło, aby zapanowała demokracja, natomiast dla innych należałoby zejść głębiej, do przemian warunków życia Meksykanów. Demokratycznym roszczeniom w Meksyku towarzyszyły międzynarodowe agencje lub podmioty, takie jak: Stany Zjednoczone, Unia Europejska, UNDP. Wszyscy chcieli przyczynić się do sprawy demokracji w Meksyku.Zmiana w 2000 roku miała kilka konsekwencji, jedną z nich jest to, że podzieliła blok demokratyzujący. (Wcześniej lewica i PAN połączyły się). Demokracja była w rzeczywistości mniej promowana przez partie, a bardziej przez społeczeństwo obywatelskie. Potem, gdy nadeszła przemiana, partie założyły, że demokracja już istnieje, jednak społeczeństwo obywatelskie domagało się ich więcej.Tak więc tymi, którzy zajmowali przestrzeń polityki były partie, a nie społeczeństwo obywatelskie. Tak było w przypadku Polski. W artykule Andrew Arato mówi się, że przed demokracją to społeczeństwo obywatelskie kieruje procesem demokratyzacji, ale przybywają w nim również inni aktorzy (partie polityczne). Wypierają społeczeństwo obywatelskie i nikt o tym nie pamięta. Dokładnie tak samo było w przypadku Meksyku. Partie stały się postacią podstawowych aktorów.Innymi słowy, odejście PRI z Los Pinos to za mało, gdyż polityki również muszą zostać zmodyfikowane.Koncepcja rozwoju Dystryktu Federalnego, przynajmniej na początku, opierała się na założeniu, że rozwój społeczny i demokracja wzajemnie się zasilają, że polityka społeczna nie ma na celu dawać rzeczy biednym, ale zachęcać ich do organizowania się, a następnie organizowania jest demokratyzującą przeciwwagą. To założenie miało pierwszą ustawę o rozwoju społecznym dla miasta Meksyk. w 2000 r. Wraz z nim zamierzano ustanowić rozwój społeczny, który wzmocniłby zdolności organizacyjne społeczeństwa obywatelskiego, zwiększył zdolność produkcyjną ubogich oraz rozwinął organizacje i demokrację.Ustawa ta została uchwalona w marcu 2000 roku i nie weszła w życie. Aby prawo mogło wejść w życie, musi posiadać regulację, a regulamin wydaje lokalna władza wykonawcza. Po odejściu Cárdenasa i wejściu Lópeza Obradora nastąpiła zmiana rządu. Nie był on zainteresowany tym modelem polityki społecznej. Zdecydował się na podjęcie populistycznej tradycji Ameryki Łacińskiej, w sensie mobilizowania biednych.Jak Evo Morales?Jasne, populizm obecny w Ameryce Łacińskiej trwał od dziesięcioleci. Dla Lópeza Obradora nie było ważne budowanie instancji pośrednictwa, a co za tym idzie nie interesowało go takie prawo, tylko takie, które ułatwiłoby bezpośrednie transfery ubogim. Pod tym względem jego przemówienie można porównać do przemówienia rządu federalnego.Tutaj cofam się trochę dalej. Aby przezwyciężyć biedę, kraj musiał zostać uprzemysłowiony. Tak było do 1982 roku. Zamiast dawać chłopom pieniądze, to budowali tamy, systemy nawadniające. Ubóstwo rozwiązałoby wzrost gospodarczy, a nie polityka społeczna. Polityka społeczna wskazywała się więc w dwóch kierunkach. Jednym z nich było stopniowo rosnące zabezpieczenie społeczne, jak w modelu zachodnioeuropejskim; a drugie to warunki podstawowe: edukacja, zdrowie, szkoły, śniadania, szpitale. Pomysł, że rząd robi wszystko. To było pod koniec lat pięćdziesiątych. Później, w latach sześćdziesiątych, zainwestowali w rozwój wsi, w sklepy, aby zapewnić sobie zaopatrzenie w przystępnych cenach. W połowie lat osiemdziesiątych pojawił się pomysł, że środki nie wystarczą dla wszystkich biednych ludzi oraz że muszą być one skierowane do tych szczególnie wrażliwych grup.Wreszcie w okresie Zedillo polityka społeczna skierowana była wyłącznie na walkę z ubóstwem. W obliczu tego wszystkiego polityka społeczna w Mexico City musiała być inną alternatywą. Ustawa o rozwoju społecznym nie została stworzona przez PRD, ale została utworzona przez instytucje społeczeństwa obywatelskiego. Miała inną treść, ale PRD musiała uczynić ją jako własną.Jakie są różnice z polityką społeczną rządu federalnego?Od 1997 r. rząd federalny zaczął realizować tę linię polityki społecznej tylko wobec ubogich. Kiedy w D.F. opublikowano ustawę o rozwoju społecznym, rząd federalny nie chciał pozostać w tyle, więc PRD promowała podczas kongresu ustawę o ogólnym rozwoju społecznym; PRI poparła inicjatywę, a co za tym idzie, wszystkie strony się zgodziły.Ustawa nie tylko odnosi się do walki z ubóstwem, ale uwzględnia także inne możliwości, takie jak wielowymiarowy pomiar ubóstwa oraz autonomiczne ewaluację polityki społecznej. To prawo wykracza poza to, co robi rząd. Tym, co zrobiła władza wykonawcza, to było uregulowanie prawa, a co za tym idzie ograniczenie go, Następstwem był spór konstytucyjny, jakim była skarga o niekonstytucyjność przed rozporządzeniem wykonawczym. Decyzją Sądu Najwyższego była zgoda z władzą wykonawczą. Na przykład LGDS mówi, że celem polityki społecznej jest promowanie praw socjalnych ludności, a rozporządzenie mówi, że celem jest walka z ubóstwem.Polityka społeczna, zarówno jej ustawodawstwo, jak i instytucje, stały się polem bitwy. A powinna być ona zajęta odbudową tkanki społecznej i jej związkiem z demokracją. Wzmocnienie tkanki społecznej wzmacnia demokrację.W rzeczywistości brakuje pieniędzy na utrzymanie wszystkich biednych. Należy wzmocnić ich zdolności organizacyjne. W Kostaryce przeprowadzono ogromne badanie, które wykazało, że jeden dolar inwestycji w edukację zamieniła się o trzy na oszczędności na zdrowiu, bo matki opiekowały się dziećmi i było mniej chorób. Inwestycja w organizację nie kończy się na wydanych przez Ciebie pieniądzach, ale ma efekt mnożnikowy.Jak działa polityka społeczna w Mieście Meksyku?Przede wszystkim podjęto próbę zbliżenia wersji uniwersalistycznej i skoncentrowanej modeli transferowych. Konkretnym przykładem jest dziedzina zdrowia. Logika AMLO brzmiała: zdrowie dla każdego. Kolejny rząd (Ebrard) skutecznie oferował powszechne usługi zdrowotne, ale korzystał z zasobów rządu federalnego, takich jak Seguro Popular.Przy podejmowaniu decyzji, kto kieruje polityką społeczną, toczy się wewnętrzna walka. Problem polega na tym, że organizacje obywatelskie osłabły, co spowolniło związek między rozwojem społecznym, a demokracją.Na poziomie federalnym inicjatywy polityki społecznej były własnością rządu; w Meksyku. był czas, kiedy inicjatywy miały społeczeństwo obywatelskie. A to duża różnica.Jakie są różnice metodologiczne między CONEVAL a EVALÚA DF?Są tacy, którzy twierdzą, że istnieje metoda EVALÚA DF. Powiedziałbym, że jesteśmy w okresie budowy metody. Natomiast CONEVAL ma czteroletnie doświadczenie i więcej zasobów. Od samego początku dominował pomiar ubóstwa. Myślę, że różnica tkwi w przedmiocie nauki. CONEVAL jest zainteresowany pomiarem ubóstwa i funkcjonowaniem programów, natomiast EVALÚA DF jest zainteresowana polityką rozwoju społecznego. CONEVAL stara się standaryzować pomiary programów, w przeciwieństwie do EVALUA DF, która zajmuje się kwestiami takimi jak polityka uczestnictwa, płeć, uczestnictwo obywateli, uznanie różnorodności, różnicy. CONEVAL jest również bardzo ograniczony federalną koncepcją polityki społecznej.Zarówno CONEVAL, jak i EVALÚA DF mają ograniczenia dotyczące zasobów. EVALÚA DF dokonuje ewaluacji projektu polityki społecznej, logicznej analizy, ale dobry projekt nie gwarantuje dobrych wyników. Potrzeba wielu zasobów, aby uzyskać wyniki i znaczący wpływ.Jakie są główne osiągnięcia w walce z ubóstwem? Jakie są najważniejsze problemy przy stosowaniu programów?Główny problem polega na tym, że nie walczy się z ubóstwem tylko poprzez politykę społeczną. Nie ma wzrostu gospodarczego, a co za tym idzie nie ma wystarczającego zatrudnienia. Jedynym sposobem na zwalczenie tego jest wystąpienie tych czynników, a ponadto należy spełnić wiele innych warunków.Na przykład Chile doświadczyło znacznego wzrostu gospodarczego, a nierówności nie zmniejszyły się. Jest to warunek konieczny, ale niewystarczający. Ani polityka społeczna, ani wzrost gospodarczy same w sobie nie mogą przyczynić się do zmniejszenia ubóstwa. Ponadto podstawową opcją jest zaangażowanie w kapitał ludzki lub kapitał społeczny, aby zwiększyć zdolności ludzi i rozwijanie Twojego potencjału organizacyjnego.Krótko mówiąc, co osiągnięto w kwestii ubóstwa? Myślę, że można postawić sprawę na porządku dziennym, przedyskutować i to wszystko. Jestem pesymistycznie nastawiony do wyników. Ubóstwo chwilowo wzrasta i spada. Wyzwaniem jest demokratyzacja i wzmocnienie tkanki społecznej.Źródło zdjęcia: "Ciudad de México" by Aloud.. CC BY-ND 2.0

Wywiad

Izrael w dobie przemian - wywiad z dr Agnieszką Bryc

04.06.2021

Izrael w dobie przemianWywiad z dr Agnieszką Bryc (Wydział Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK)Zmiany w ustawodawstwieMarcin Szyszisz: W 2018 r. przyjęto ustawo o Izraelu jako państwie żydowskim. Jakie ma to znaczenie dla funkcjonowania współczesnego Izraela?Mowa o tzw. nation-state law, czyli ustawie o „państwie narodu żydowskiego”, przyjętej przez Kneset w lipcu 2018 r. Wywołała ona skrajne reakcje, od krytyki ze strony lewicy, po entuzjazm prawicy izraelskiej. Wprowadziła liczne zmiany, lecz trzy z nich mają fundamentalne znaczenie. Po pierwsze „prawo do samostanowienia w Izraelu przynależy Żydom”; po drugie ustanawia hebrajski oficjalnym językiem państwowym, odbierając tym samym równorzędny status językowi arabskiemu, a który odtąd posiada zaledwie „specjalny status”. I po trzecie uznaje „osadnictwo żydowskie wartością narodową” przyznając mandat rządowi do „dążenia, wspierania i rozwoju osadnictwa żydowskiego”. Korekta ta ma kluczowe znaczenie, ponieważ nowe prawo posiada rangę tzw. ustawy zasadniczej, jest więc nadrzędna wobec zwykłych ustaw. Innymi słowy, jest to zmiana na poziomie fundamentów państwa.Znaczenie dla funkcjonowania współczesnego Izraela jest więc niebagatelne. Lecz nie jest ono formacyjne, jak twierdzi premier Netanjahu, który uznał przyjęcie ustawy za „kluczowy moment definiując w historii państwa”. Skręt w prawo oraz wzrost roli czynnika religijnego nie jest procesem nowym, a właśnie w niego wpisuje się wspomniana ustawa. Potwierdza ona nierówny status elementu żydowskiego i muzułmańskiego w systemie państwowym, lecz znowu – jedynie stawia kropkę na „i” w procesie, który funkcjonował od lat. W oczywisty więc sposób zmiana ta wywołała krytykę izraelskich Arabów, sąsiadów Izraela, a także niektórych państw na Zachodzie. Ayman Odeh, lider Wspólnej Listy partii arabskich w Knesecie wprost odwołał się do „polityki apartheidu” rządu Netanjahu. Krytycy odwoływali się do argumentu, że zmiany te pozbawiają Izrael charakteru demokratycznego, jako że sankcjonuje nierówność obywateli wobec prawa.W wymiarze prawnym zalegalizowano osadnictwo żydowskie na terytoriach okupowanych jako oficjalną linię polityczną państwa. Odtąd formalnym zadaniem rządu jest organizować, wspierać i realizować politykę osadnictwa żydowskiego. Bez względu na to, czy jest to sprzeczne z prawem międzynarodowym, czy nie. I następnie, w ten sposób władze sankcjonują odejście od koncepcji rozmów pokojowych z Palestyńczykami na rzecz polityki faktów dokonanych, które de facto uniemożliwią w przyszłości utworzenie zwartego terytorialnie państwa palestyńskiego.Czy zasadna jest teza wyrażona przez pozarządową organizację Adalah działająca na rzecz praw Arabów, że nowo przyjęta ustawa stanowi próbę zwiększenia "etnicznej wyższości poprzez promowanie rasistowskiej polityki".Nie da się obronić tezy, że ustawa o żydowskim charakterze państwa nie ustanawia supremacji prawnej konkretnej grupy etnicznej. Jej obrońcy odwołują się jednak do terminu „demokracja etniczna”, który szczerze mówiąc przypomina rosyjską wersję „demokracji suwerennej”. W przypadku „demokracji etnicznej” to nie naród jest demosem, jest on jedynie etnosem. Podkreślają również, że Izrael pozostaje państwem żydowskim, w którym zachowane są wolności i prawa wyznawców innych religii. System nie jest idealny, ale pluralizm religijny jest w ich ocenie nienaruszony. Izrael nie jest także jedyną „demokracją etniczną” w świecie, bo za taką uważana jest Estonia, Łotwa, a także Irlandia Północna. Co więcej, takie państwa jak Niemcy oraz Rosja posiadają diasporę wśród swoich obywateli, lecz nie są oskarżane o rasizm. Rasistowskie praktyki są przy tym powszechne w krajach Bliskiego Wschodu i stosowane wobec ludności niemuzułmańskiej.Argumenty te wydają się służyć rozmiękczaniu zarzutów. Podkreślanie, że inne państwa również stosują analogiczne praktyki jest retoryczną parabolą, a nie merytorycznym argumentem państwa szczycącego się mianem „jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie”.Czy nie oznacza ona zepchnięcia ludności arabskiej na społeczny margines?A czy ludność arabska już nie jest na marginesie społecznym? Ustawa o żydowskim charakterze państwa z 2018 r. jedynie ten stan usankcjonowała prawnie. Dotąd system wyglądał tak, że formalnie izraelscy Arabowie posiadali względnie równie prawa i obowiązki, z pewnymi wyjątkami głównie w sferze bezpieczeństwa. W praktyce jednak funkcjonowały podwójne standardy, czego najprostszym przykładem był równy pod względem zapisów prawnych, lecz nie praktyki status języka państwowego, jaki do 2018 r. posiadał hebrajski i arabski.Z drugiej jednak strony izraelscy Arabowie wciąż posiadają swoją reprezentację w parlamencie. W ostatnich dwóch wyborach – 17 września 2019 r. i 2 marca 2020 r. Wspólna Lista partii arabskich stała się trzecią siłą w parlamencie uzyskując odpowiednio 13 i 15 miejsc w Knesecie. Jeśli będą wystarczająco skoordynowani i aktywni politycznie mają szansę na ochronę interesów ludności arabskiej w Izraelu. Problem jednak tkwi w tym, że z jednej strony potrafią bojkotować wybory, a z drugiej wciąż nie przełamano niepisanej zasady niewchodzenia partii arabskich do koalicji rządzącej.Pewnym umiarkowanym optymizmem napawa obywatelski charakter społeczeństwa izraelskiego. Jest ono wprawdzie zdominowane przez prawicę oraz rośnie w nim rola środowisk religijnych, niemniej widoczny jest duży wysiłek części elit, zwłaszcza akademickich i lokalnych, by podtrzymywać dialog ze społecznością arabską.Czy zasadna wydaje się teza, że w Izraelu, który starał się pogodzić dwa elementy: demokrację z żydowskim charakterem państwa ten drugi komponent staje się ważniejszy?Żydowski charakter państwa jest podstawą polityki tożsamościowej izraelskiej prawicy. I tak długo jak na scenie politycznej będzie ona dominować, tak długo wzmacniany będzie komponent żydowski, nawet kosztem wartości demokratycznych. Nie oznacza to jednak, że czynnik żydowski był obcy rządom lewicowym. Przecież to pierwsi przywódcy Izraela stworzyli konsens założycielski państwa Izrael. Co więcej, rządząca lewica nie odżegnywała się od osadnictwa żydowskiego na terytoriach okupowanych, w tym na Zachodnim Brzegu Jordanu, standardowo poszukiwała także wsparcia żydowskich środowisk w Stanach Zjednoczonych.Obecnie żydowski charakter państwa jest eksponowany w polityce rządu Benjamina Netanjahu. Warto jednak zaznaczyć, że choć pochodzi on ze znanej rodziny rewizjonistów izraelskich, jako że jego ojcem był Benzion Netanjahu, to wykorzystuje on kwestie żydowskie w znacznym stopniu instrumentalnie. Nie bezzasadnie uznawany jest za polityka pragmatycznego, a wręcz cynicznego.Dla doraźnych celów politycznych wielokrotnie obiecywał aneksję osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu, w tym dwukrotnie podczas kampanii wyborczej, starając się pozyskać głosy tych osadników, którzy dotychczas głosowali na Avigdora Libermana, zresztą także osadnika. Podobnie rzecz miała się z zapowiadaną aneksją po 1 lipca 2020 r., a do której jednak nie doszło. Ocenia się, że już latem Benjamin Netanjahu liczył się ze zwycięstwem w wyborach prezydenckich w USA 3 listopada kandydata partii demokratycznej, Joe Bidena. Obecnie wiadomo, że premier Izraela nie chciał zepsuć „otwarcia” w relacjach z nowym prezydentem, to raz. A dwa, ważniejsza w takim układzie stawała się kwestia programu jądrowego Iranu, zwłaszcza że Joe Biden nie krył poparcia dla układu jądrowego z Teheranem z 2015, a z którego USA wycofały się za rządów administracji Donalda Trumpa. Siłą rzeczy kwestia aneksji zeszła na dalszy plan, co nie oznacza, że rząd Likudu odstąpił od planu.Dla własnych bardzo doraźnych celów Netanjahu przyczynił się również do przywrócenia ultraprawicowych kahanistów do politycznego mainstreamu. Nie poparł przed wyborami w marcu 2019 r. wniosku o niedopuszczenie ich do startu w wyborach, lecz decyzją Sądu Najwyższego jedynie jeden z czołowych polityków tego środowiska, Michael Ben-Ari został wykluczony. W marcowych wyborach Żydowska Siła zdobyła 3,7% poparcia, a więc przekroczyła próg wyborczy. Natomiast nie udało się im przekroczyć progu wyborczego ani w wyborach we wrześniu 2019 r., ani w marcu 2020 r. Niemniej sprawa żydowskiego charakteru państwa zdominowała kampanię wyborczą jesienią 2019 r., którą toczyła się pod hasłem „ostatnich syjonistycznych wyborów”. Można byłoby więc skonkludować, że skoro ekstremalni politycy ultraprawicowi nie weszli do parlamentu, wobec tego problem nie jest żywotny. Nic bardziej mylnego, efekty „puszczania oka” do skrajnej prawicy przyniesie w perspektywie długofalowej zagrożenie dla bezpieczeństwa, a także demokratycznego charakteru państwa.Relacje z PalestyńczykamiOstatnie wybory w Izraelu pokazały, że dla izraelskich wyborców kwestie relacji z Palestyńczykami nie są istotnym elementem. W kampanii wyborczej partie w zasadzie nie podnosiły tej kwestii. Czy to oznacza, że przeciętny Izraelczyk w ogóle nie widzi konieczności dialogu z władzami palestyńskimi?To zależy o którym „przeciętnym Izraelczyku” mówimy. Inaczej do Palestyńczyków będą odnosić się środowiska progresywne, akademickie i wielkomiejskie, a inaczej osadnicy żydowscy z Zachodniego Brzegu, ortodoksi z Jerozolimy czy Bnei Brak, a nawet poszczególne frakcje tzw. Żydów rosyjskich, czyli imigrantów z b. republik ZSRR. Rzecz jednak w tym, że dialogowi nie sprzyja fizyczna separacja między Izraelczykami a Palestyńczykami. Dialogowi nie pomaga również wzajemne rozczarowanie. Z jednej strony Izraelczycy rozczarowani są falami zamachów terrorystycznych ze strony Palestyńczyków, zwłaszcza podczas intifad, a kilka lat temu atakami nożowników na ludność żydowską. Z drugiej strony Palestyńczycy rozczarowani są łamaniem przez władze Izraela zapisów porozumienia z Oslo i powolną, ale konsekwentną polityką zagarniania palestyńskiej ziemi. I wreszcie, nie pomaga też utrwalony obopólny obraz wroga, wzmacniany wieloletnim konfliktem z Izraelem, a także antyarabską retoryką prawicy dominującej w Izraelu.Ponadto coraz słabsze jest przekonanie o realnych szansach na koegzystencję w formule dwóch państw. Według badań opinii publicznej przeprowadzonych w 2018 r. przez Policy and Service Research (PSR) 43 proc. Izraelczyków i Palestyńczyków popierało koncepcje funkcjonowania dwóch państw, z kolei 54 proc. Palestyńczyków i 48 proc. Izraelczyków było przeciwko takiemu rozwiązaniu. Przy czym wyniki po stronie izraelskiej zawyżali izraelscy Arabowie, którzy w 82 proc. popierają pokój w oparciu o dwa państwa. Niemniej większość świeckich Żydów popiera plan pokojowy z Palestyńczykami (54 proc.), podczas gdy „za” jest zaledwie 15 proc. Żydów religijnych. W podziale wiekowym poparcie dla koegzystencji w ramach dwóch państw spada, to znaczy największe poparcie wykazują starsi, w wieku powyżej 45 lat (51 proc.), a najniższe (27 proc.) – młodsi, czyli w wieku 18-27 lat. W ujęciu politycznym 2-state-solution najsilniej wspierają Izraelczycy o poglądach progresywnych (87 proc.), lewicowych (70 proc.) oraz centrowych (64 proc.), natomiast najmniej umiarkowanie prawicowi (29 proc.) oraz prawicowi (21 proc.).Co musiałoby się stać, by jakaś forma dialogu pomiędzy władzami izraelskimi i palestyńskimi znów się pojawiła?Wszystko zależy o jakim dialogu mówimy. Na poziomie współpracy technicznej trwa on nawet w sytuacjach kryzysowych. Funkcjonuje przecież szereg szczegółowych umów technicznych regulujących codzienną współpracę między izraelskimi i palestyńskimi służbami bezpieczeństwa. Zresztą są one często zawieszane przez władze Autonomii Palestyńskiej w sytuacjach kryzysowych, jak ostatnio podczas trudnego dla prezydenta Mahmuda Abbasa okresu relacji z prezydentem USA Donaldem Trumpem, najpierw po „deklaracji jerozolimskiej”, czyli uznaniu przez USA Jerozolimy za stolicę Izraela, a potem w maju 2020 r. po zapowiedzianej aneksji Zachodniego Brzegu. Władze palestyńskie przywróciły umowy w sprawie koordynacji bezpieczeństwa i społecznych w listopadzie 2020 r. po tym jak otrzymały zapewnienie, że storna izraelska będzie „respektować prawa palestyńskie podczas negocjacji międzynarodowych prowadzonych przez prezydenta [Abbasa].Mechanizmy koordynacji współpracy pozwalają na bieżąco regulować problemy codziennego funkcjonowania Autonomii Palestyńskiej. Chociażby wypłatę pensji urzędnikom na Zachodnim Brzegu, która dotąd wypłacana była zaledwie w połowie. W listopadzie br. rząd Netanjahu zdecydował także o transferze 750 mln USD do Autonomii z funduszu podatkowego. Finanse te są żywotne dla gospodarki palestyńskiej, borykającej się z konsekwencjami pandemii Covid-19.Inaczej wygląda perspektywa dialogu politycznego, utożsamianego z procesem pokojowym. Jest on „martwy” przynajmniej od ostatnich prób podejmowanych przez administrację Baraka Obamy skłonienia obu stron do rozmów pokojowych. Żadna ze stron nie jest w istocie zainteresowana rozmowami pokojowymi. Izraelczycy, ze względu na politykę faktów dokonanych, które są opcją optymalną. Z kolei Palestyńczycy z uwagi na stronniczość Stanów Zjednoczonych, choć postawa Donalda Trumpa była nieporównywalnie do wcześniejszych administracji jednostronna. Poza tym, władze palestyńskie zdecydowały się na strategię umiędzynaradawiania sprawy państwowości, głównie na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych. W ten sposób liczą na ograniczenie przewagi Izraela, napiętnowanie zagarniania terenów palestyńskich oraz zbudowanie szerszej pro palestyńskiej koalicji międzynarodowej.A zatem trudno dziś zdecydować co mogłoby spowodować powrót do rzeczywistego dialogu pokojowego. Po pierwsze bowiem, jak cofnąć politykę faktów dokonanych? Aneksja części Zachodniego Brzegu oraz promowanie osadnictwa żydowskiego uniemożliwia utworzenie zwartego terytorialnie państwa palestyńskiego. Prawdą jest, że w przeszłości Izrael zlikwidował osadnictwo żydowskie dwukrotnie, najpierw na Półwyspie Synaj w 1982, kiedy wycofał 4.3 tys. osadników, a następnie w 2005 r. 8,5 tys. osadników z Gazy. Sytuacje te są jednak nieporównywalne, ponieważ wycofanie pół miliona osadników żydowskich z Zachodniego Brzegu wiązałoby się z ogromnymi kosztami finansowymi, problemami logistycznymi, a także kryzysem politycznym grożącym utratą władzy przez rząd, który podjąłby taką decyzję. Po drugie, nawet jeśli możliwe jest cofnięcie decyzji administracji Trumpa - uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela, wstrzymanie finansowania dla uchodźców palestyńskich w ramach UNRWA, zamknięcie przedstawicielstwa palestyńskiego w Waszyngtonie, to normalizacja stosunków arabsko-izraelskich potwierdziła malejącą solidarność świata arabskiego ze sprawą palestyńską. Po trzecie wreszcie, po obu stronach dominuje rozczarowanie procesem pokojowym. Izraelczycy mówią wprost o „śmierci porozumień z Oslo”, a więc i rozmów o dwóch państwach, izraelskim i palestyńskim. Obie strony zarzucają sobie „brak woli rozmów” i „brak gotowości do porozumienia”, a Izraelczycy też to, że władze palestyńskie „nie zmarnują szansy do zmarnowania szansy”.AneksjaJak przyjęty przez Izraelczyków został plan Trumpa?Reakcje Izraelczyków na plan Trumpa były generalnie pozytywne, jednak „najmniej entuzjastyczne” odpowiedziały elity tradycyjnie propokojowe. Właściwie odczytały one propozycję jako przekreślenie szans na powrót do negocjacji pokojowych. Widziały w nim realizowanie polityki faktów dokonanych, czyli zmierzających do utrzymania status guo (opcja minimum) lub rozszerzenia suwerenności na osiedla żydowskie na Zachodnim Brzegu, w tym uznanie przez USA legalności aneksji (opcja optimum).W badaniach socjologicznych ZOGBY (The Annexation Debate Attitudes in Israel and Key Arab States) z maja 2020 r. - 52 proc. ankietowanych uznało plan Trumpa za korzystny; 37 proc. za niekorzystny, przy czym 11 proc. za bardzo niekorzystny. Zadowoleni z planu Trumpa uzasadniali swoją opinię tym, że jest on najbardziej realistyczną propozycją spośród dotychczasowych planów pokojowych (30 proc.); zapewnia najszybszy sposób zakończenia przemocy (19 proc.), oraz że raczej nie można spodziewać się w przyszłości tak proizraelskiego prezydenta USA, więc należy plan przyjąć, póki jest realna szansa na jego realizację (51 proc.).W grupie krytyków argumentowano, że nie zostanie on zaakceptowany przez stronę palestyńską (48 proc.); przez Izraelczyków (13 proc.) oraz świat arabski (7 proc.). Z kolei prawie jedna trzecia (32 proc.) była zdania, ze Izrael nigdy nie powinien oddać Palestyńczykom żadnej ziemi pomiędzy Jordanem a Morzem Śródziemnym. Co ciekawe, obawę, że plan nie zostanie zaakceptowany przez Palestyńczyków wyrażali najczęściej świeccy Żydzi (61 proc.) i jedna czwarta Żydów ortodoksyjnych. Przy czym, Żydzi ultra ortodoksyjni w większości sprzeciwiali się z obawy przed utratą ziemi na rzecz ludności nieżydowskiej (66 proc.).Jak szeroki zakres miały protesty Izraelczyków przeciwko zajęciu Zachodniego Brzegu. Jaki stosunek do nich miał przeciętny Izraelczyk?Faktycznie po ogłoszeniu planu aneksji już w czerwcu 2020 r. doszło do zorganizowanych demonstracji izraelsko-arabskich. Generalnie wpisały się one w całą serię antyrządowych protestów, które nasiliły się po wyborach i nie ograniczyły ich nawet restrykcje sanitarne związane z pandemią Covid-19. Protesty anty-aneksacyjne nie miały charakteru jednorazowego, ale organizowane były intensywnie w czerwcu, kiedy zamiary aneksji zostały upublicznione przez władze Izraela i skrytykowane przez liczne państwa oraz instytucje międzynarodowe, w tym ONZ. Najbardziej liczebny protest odbył się 23 czerwca w Tel Awiwie i choć pierwotnie planowany na 10 tys., został ograniczony do 1,5 tys. zgromadzonych. Wśród protestujących głos zabierali nie tylko przedstawiciele opozycji, ale także z przesłaniem wypowiedział się Benny Sanders. Protest siłą rzeczy był ograniczony, lecz silnie rezonował w społeczeństwie izraelskim, jak i na arenie międzynarodowej.Dlaczego w umowie koalicyjnej przyjęto uregulowanie mówiące o aneksji część Zachodniego Brzegu. Czy to nie jest to gwóźdź do politycznej trumny Benniego Ganca?Wchodząc do koalicji z Benjaminem Netanjahu oraz godząc się w umowie koalicyjnej na aneksję części Zachodniego Brzegu Jordanu Benny Ganc oficjalnie stawiał warunki, że poprze ją, jeśli Stany Zjednoczone dadzą „zielone światło” i swoją zgodę wyrażą niektóre państwa arabskie (Jordania i Egipt). Nie można być zaskoczonym stanowiskiem Ganca wobec osadnictwa i aneksji, ponieważ w tej kwestii nie od dziś jest on zbliżony do poglądów Netanjahu. Poza tym wykreowano zbyt wyidealizowany obraz lidera opozycji, obrońcy wartości demokratycznych przez „erdoganizacją” Izraela przez Netanjahu i jego prawicowy rząd. Jeśli jednak przyjrzeć się opiniom politycznym generała, to nie były one dalekie od tych, które prezentuje Benjamin Netanjahu.Gwoździ do politycznej trumny Benniego Ganca jest zdecydowanie więcej. Ba, samo wejście do koalicji z dotychczasowym głównym oponentem zostało uznane za „kapitulację” i „zdradę” obozu demokratycznego. W efekcie Niebiesko-Biali jedynie na papierze pozostają koalicją. Dlatego po przyłączeniu się do Netanjahu dominowała opinia, że Ganc jest „politycznie skończony”. Spadły również natychmiast notowania jego partii i w następnym wyborach może liczyć na 9-10 miejsc w Knesecie (Channel 13). W kolejnych sondażach lipcowych (2020) bardzo zyskiwał natomiast dotychczasowy parter koalicyjny - partia Yesh Atid-Telem, która miałaby szanse na 17--19 miejsc w Knesecie.Ganc starał się uzasadniać swoją decyzję odpowiedzialnością za stan państwa w warunkach kryzysowych, czyli pandemii covid-19. W jego ocenie w przeciwnym razie Izrael narażony byłby na kolejne, czwarte w przeciągu 18 miesięcy wybory parlamentarne. Zupełnie na marginesie, koalicja jest tak krucha, że kolejne wybory w 2021 r. sprowokować może nie tylko kryzys polityczny na tle uchwalania budżetu (deadline koniec grudnia), lecz także dowolna sytuacja polityczna.Benny Ganc obiecywał także „patrzeć na ręce” Netanjahu i tym samym stać na straży utrzymania standardów demokratycznych w państwie. Co więcej, na swoją obronę podkreślał, że nie jest to porażka opozycji, ponieważ Netanjahu musiał podzielić się władzą pół na pół. To prawda. Zgodził się jednak, by to Netanjahu jako pierwszy pełnił rotacyjną funkcję szefa rządu, którą przejmie dopiero w listopadzie 2021 r. Zrezygnował również z symbolicznego pozbawienia Netanjahu władzy pozwalając mu zachować oficjalną rezydencję premiera na Balfour Street w Jerozolimie. Jednak problem polega na tym, że wchodząc do rządu dał Netanjahu czas na przywrócenie kontroli nad sytuacją polityczną w kraju, osłabienie opozycji, a także wykorzystanie wszystkich instrumentów do odsunięcia w czasie procesu karnego, lub utrudnienia jego przebiegu.Popularność Ganca więc spada, dlatego stara się on poprawić własne notowania na wypadek przyszłych wyborów wszczynając śledztwo w jednej z korupcyjnych spraw Netanjahu, a która nie znalazła swojego finiszu w akcie oskarżenia. Chodzi o zakup niemieckich statków podwodnych typu Delfin. Skandal ponownie wybuchł, kiedy okazało się, że Niemcy sprzedały Egiptowi 2 jednostki klasy Delfin oraz dwie do zwalczania okrętów podwodnych za zgodą premiera Netanjahu, lecz bez konsultacji z Gancem, który w tej kwestii jest właściwym ministrem (obrony).Najbliższą okazją do rozpadu koalicji i rozpisania nowych wyborów jest konieczność uchwalenia budżetu do 23 grudnia 2020 r. Jeśli doszłoby do przedterminowych wyborów to sondaże na zlecenie publicznego radia KAN z końca listopada 2020 r. wskazują, że zwycięzcą byłby Likud (28 MK), a drugą siłą polityczną zostałaby prawicowa Jamina (25 KM). Na dalszych miejscach uplasowałby się - Jest Przyszłość (Jesh Atid) z 15 KM, a Niebiesko-Biali Benniego Ganca otrzymaliby zaledwie 12 KM. W dalszej kolejności 12 miejsc w Knesecie przypadłoby Wspólnej Liście, 9 - partii Szas, 8 - Zjednoczonemu Judaimzowi Tory, 6 - socjaldemokratom z Meretz oraz 5 - partii Awigdora Libermana Nasz Dom Izrael. W sumie blok prawicowy zdobyłby 70 miejsc, pozostawiając opozycję daleko w tyle z zaledwie 33 miejscami w Knesecie. Innymi słowy, wchodząc do koalicji z Netanyahu i tym samym wikłając się w wewnętrzne rozgrywki z bardziej doświadczonym i zdolniejszym politykiem, jakim niewątpliwie jest Benjamin Netanjahu, Benny Ganc udowodnił, że nawet najzdolniejszy szef sztabu i generał musi liczyć się z porażką w zderzeniu politycznym z utalentowanym politycznie kapitanem.Jakie zmiany wywoła aneksja części osad żydowskich na Zachodnim Brzegu w polityce wewnętrznej Izraela?Nie należy liczyć na spektakularne zmiany. Osadnictwo żydowskie na Zachodnim Brzegu trwa ponad 50 lat, czyli wystarczająco długo, by wszystkie strony oswoiły się z tym faktem. Potwierdzeniem takiego podejścia jest brak radykalnej reakcji na uznanie przez USA aneksji Wzgórz Golan w marcu 2019 r.Metoda salami, długofalowego oswajania z powolnym, acz konsekwentnym „odkrajaniem” terytoriów palestyńskich na Zachodnim Brzegu spowodowała, że niewielu spodziewa się dramatycznych reakcji. Teoretycznie specjaliści liczą się ze scenariuszem reakcji siłowej, lecz realnie spodziewają się masowego oburzenia, kolejnego „dnia gniewu”, palenia opon i flag izraelskich na terytoriach palestyńskich. W przypadku sąsiadów najbardziej spodziewaną reakcją Jordanii byłby oficjalny sprzeciw, lecz nie wycofanie się z porozumienia pokojowego z Izraelem. Państwa arabskie najprawdopodobniej potępią „rząd syjonistyczny”, a nieoficjalnie wykażą się obojętnością na los Palestyńczyków. Zachód z kolei wyrazi „słowa oburzenia”, rozpocznie dyskusję nad sankcjami i na tym też skończy. Dlatego koszty zewnętrzne władze Izraela uznają za akceptowalne.Problemem dla Izraela może być czarny scenariusz, w którym władze palestyńskie zdecydują się na wypowiedzenie porozumienia z Oslo. Innymi słowy rozwiążą Autonomię Palestyńską. Wówczas odpowiedzialność za 2.6 mln Palestyńczyków na ZBJ przejąłby Izrael, co wiązałoby się ze zbyt dużym obciążeniem finansowym. Według szacunków raportu Commanders for Israel’s Security z 2018 r. roczne koszty podstawowego funkcjonowania Autonomii Palestyńskiej wynoszą ok. 20 mld USD. I jeśli odjąć ok. 4.5 mld USD dochodów podatkowych, to koszt spadłby do „zaledwie” 15 mld USD rocznie. W ten sposób aneksja kosztowałaby Izrael ok. 13 proc. budżetu (wg stanu z 2018 r.).Pojawia się więc pytanie, czy obciążenie finansowe z tytułu aneksji ZBJ doprowadziłyby do kryzysu politycznego oraz dymisji rządu. Obawy te nie są bezpodstawne, ponieważ gospodarka izraelska z trudem wyszła z pierwszej fali pandemii, druga wiąże się z najgorszymi danymi makroekonomicznymi od 20 lat, a każda kolejna będzie zwiększać i tak rekordową stopę bezrobocia. Niegasnące protesty antyrządowe, przeciwko premierowi oskarżonemu o korupcję, antyaneksacyjne, czy przeciw wykorzystywaniu pandemii do zaostrzenia kontroli społecznej może stworzyć falę, którą skumulują olbrzymie koszty finansowe planowanej aneksji.Niektórzy uważają (np. Maj.-Gen. Kamil Abu-Rukun), że aneksja Zachodniego Brzegu zmniejszy bezpieczeństwo Izraela. Na ile prawdziwa jest taka teza?To ryzyko jest bardzo realne. Po pierwsze, sytuacja w Autonomii Palestyńskiej pomijając okresy kryzysowe, kiedy zawieszane są umowy o współpracy w sferze bezpieczeństwa, jest z perspektywy Izraela optymalna. Służby bezpieczeństwa Izraela oraz AP koordynują działania w sferze zwalczania terroryzmu, prewencji konfliktów oraz wymiany informacji wywiadowczych. Utrzymują w ten sposób względną, czyli satysfakcjonującą obie strony stabilność. Po drugie, w przypadku aneksji całości Zachodniego Brzegu, lub jego część, a co skutkowałoby samorozwiązaniem się AP wojskowi izraelscy wskazują na olbrzymie ryzyko pogorszenia stanu bezpieczeństwa państwa. Sytuacja stałaby się niestabilna, chaotyczna i poza kontrolą sił bezpieczeństwa. Po trzecie, należałoby się liczyć z efektem rozlania przemocy. Radykalizacja postaw mogłaby przerodzić się działania ekstremalne, jeśli nie całej ludności, to grup terrorystycznych, jak Hamas i Palestyński Islamski Jihad. Nie można też pominąć prawdopodobieństwa fali radykalizacji na terenie samego Izraela, zwłaszcza wśród populacji izraelskich Arabów/Palestyńczyków. I po czwarte, ta sama grupa ekspertów wojskowych szacuje, że destabilizacja i obniżenie poziomu bezpieczeństwa Izraela wiązałoby się z dodatkowymi kosztami na poziomie 11-22 mld USD rocznie. Prowadziłoby to więc do zagrożenia nie jednego, a wielu wymiarów bezpieczeństwa państwa, także gospodarczego oraz finansowego.Czy Europa zdecyduje się na sankcje dyplomatyczne (ekonomiczne) wobec Izraela po jego ewentualnej decyzji o aneksji? Jakie przyniosłoby to efekty?Nie jest łatwo przyjąć sankcje w ramach Unii Europejskiej, ponieważ wymagają one jednomyślności. W sprawie Izraela państwa europejskie są dość podzielone. Przed zapowiadaną na lipiec 2020 r. aneksją części Zachodniego Brzegu zaledwie 11 państw unijnych opowiedziało się zdecydowanie za potrzebą jednoznacznej i krytycznej reakcji wobec Izraela. Niemniej skłaniały się do takiej postawy rządy tradycyjnie proizraelskie, jak niemiecki. Z drugiej strony Węgry, co jednak nie zaskakuje, nie chciały poprzeć polityki sankcji. Premier Netanjahu nieprzypadkowo więc określa Węgry mianem kluczowego partnera Izraela w ramach grupy V4.W lipcu 2020 r. w grę wchodziły więc inne, miękkie instrumenty oddziaływania. Po pierwsze, perswazja. Zapowiedziano wykluczenie Izraela z programów unijnych, jak Horyzont 2020 i Erasmus+, restrykcje wobec produktów eksportowanych do UE, a pochodzących z terytoriów okupowanych. Przy czym to ostatnie natychmiast przypomniało dotkliwość restrykcji narzuconych przez UE podczas wymuszania właściwego etykietowania produktów pochodzących z terytoriów okupowanych, a które eksportowane były jako „wyprodukowane w Izraelu”.Siła oddziaływania Unii Europejskiej na Izrael nie jest tak nieznaczna, jak twierdzą krytycy, ani też tak wyraźna, jak życzyliby sobie zwolennicy restrykcyjnych działań. Faktem jest, że z perspektywy handlu zagranicznego, dostępu do rynku zbytu, czy badań naukowych Unia Europejska jest atrakcyjna, jako że jest głównym parterem handlowym Izraela. Warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie import z państw UE jest dwukrotnie większy niż import z USA, z kolei dla Unii Europejskiej Izrael jest 18. parterem handlowym (eksport) i 25. w imporcie. Izrael nie może więc nie doceniać wymiernej wartości utrzymania dobrej współpracy z Unią Europejską. Jednak próbuje neutralizować tę asymetrię, skutecznie wykorzystując rozbieżności wewnątrz UE oraz „specjalne relacje” z państwami posiadającymi diasporę żydowską lub wspólne dziedzictwo historyczne, by wywierać presję i wpływać na postawy jeśli nie proizraelskie, to wstrzymujące się od jednoznacznej krytyki Izraela.Po drugie, w grę wchodzą także restrykcje. Warto pamiętać, że wymuszenie na Izraelu w 2015 r. poprawnego etykietowania produktów eksportowanych na rynki europejskie („Zachodni Brzeg Jordanu/Palestyna lub Wzgórza Golan/osadnictwo żydowskie) spowodowało roczne straty na poziomie 50 mln USD. Wydawałoby się, że relatywnie niewielkie. Jednak, to właśnie w znacznym stopniu za sprawą utrudnień unijnych Izraelczycy zdecydowali się sprzedać chińskiemu koncernowi Fosun Liang Xinjun markową firmę kosmetycznej Ahava, słynącą z produktów z Morza Martwego.I po trzecie, Izrael wrażliwy jest na kampanie wykluczające. Bojkotu obawiają się władze izraelskie i uznają za zagrożenie dla państwa. W takim też kontekście przedstawiała kulisy transakcji Ahava, która eksportowała swoje produkty do 30 państw, w tym w znacznym stopniu do państw UE. Działający tam ruch BDS promujący bojkot produktów izraelskich, wycofywanie inwestycji z Izraela oraz sankcje ma potencjał polityczny wywierania wpływu na rządy propalestyńskich państw Europy Zachodniej, choć w krajach Europy Środkowej i Wschodniej nie jest tak aktywny, ani znany. Netanjahu nie bagatelizuje ruchu BDS, ponieważ według różnych szacunków jego wymierny wpływ na PKB waha się od 1-2% (RAND, 2015) czy jak wskazywał UNCTAD w 2014 r. bojkot przyczynił się do spadku inwestycji w Izraelu, w porównaniu z 2013 r. aż o 46%.Jakie reakcje strony palestyńskiej wywoła aneksja Zachodniego Brzegu?Izraelczycy biorą pod uwagę w zasadzie dwie reakcje - pasywną i aktywną. W pierwszym przypadku spodziewają się reakcji raczej biernej i ograniczonej do sprzeciwu werbalnego oraz polityczno-dyplomatycznego. Zakłada się, że aneksja kolejnych osiedli żydowskich, nawet znaczna nie wywoła efektu „III intifady”, ponieważ polityka faktów dokonanych, czyli legalizacja kolejnych osiedli i posterunków osadników żydowskich na terenach okupowanych trwa od lat i - co więcej - postawy polityczne Palestyńczyków są wyraźnie krytyczne wobec rządzących Autonomią. Młodzi Palestyńczycy są tak samo negatywnie nastawieni do palestyńskich elit, jak i względem władz okupacyjnych. Co więcej, analitycy izraelscy zakładają, że Palestyńczycy nie są gotowi na kolejny masowy przelew krwi.Scenariusz aktywnego sprzeciwu zakłada raczej model eskalacji masowych protestów, palenia ogumienia pod murem rozgraniczającym Autonomię i Izrael, ewentualnie zagrożenie bezpieczeństwa na poziomie kolejnych ataków nożowników. Strona izraelska liczy na efekt słabnącego zainteresowania świata arabskiego problemem palestyńskim oraz realnego interesu kluczowych państw arabskich normalizacją stosunków z Izraelem. Innymi słowy, Izraelczycy zakładają sprzeciw i protesty Palestyńczyków oraz tzw. ulicy arabskiej na Bliskim Wschodzie, lecz bez poważniejszych konsekwencji dla bezpieczeństwa Izraela. Najbardziej pesymistyczną wersją czarnego scenariusza jest jednak pełna aneksja ZBJ i rozwiązanie Autonomii Palestyńskiej, ale szczegóły tego wariantu już wyjaśniałam.Ustrój partyjny w IzraeluDawny bipolarny podział partyjny w Izraelu odszedł w niepamięć. Czy jest szansa by się on odrodził? W Izraelu mamy do czynienia z systemem wielopartyjnym. Niski prób wyborczy na poziomie 3.25 proc. powoduje, że każdorazowo do Knesetu dostaje się ok. 10 partii. Rozproszenie partyjne wymusza na politykach formowanie wielostronnych koalicji rządzących. Jednocześnie specyfiką izraelskiej sceny politycznej jest jej płynność. W okresie przedwyborczym mają miejsce podziały istniejących partii, tworzenie się nowych, zawiązywanie koalicji lub ich rozpad, a także transfery międzypartyjne oraz na osi koalicja rządząca-opozycja.Pewne wrażenie podziału dwublokowego może jednak tworzyć silna polaryzacja ideologiczna społeczeństwa. Była ona widoczna zwłaszcza podczas ostatnich wyborów (2019, 2020), gdy zderzał się blok rządzący z Likudem na czele z opozycją liberalno-lewicową. W rzeczywistości jednak z dużym uogólnieniem można przyjąć, że funkcjonują tam trzy główne grupy polityczne – prawica (46%), centrum (25%) oraz lewica (14-15%). Niemniej oś prawica-lewica nie jest określana identycznie jak w Europie, lecz głównie o oparciu o stosunek do porozumienia pokojowego z Palestyńczykami. A więc za lewicę uznaje się partie dążące do pokoju z Palestyńczykami, a prawicę – odrzucające ten koncept. Aktualnie jednak oś prawica-lewica określa nieco więcej kwestii, m.in. socjalnych i ekonomicznych, czy religii i państwa świeckiego.Podział izraelskiej sceny politycznej utrwalił się w 2007 r., gdy zakończył się okres tranzycji politycznej izraelskiego społeczeństwa, która zachodziła po II intifadzie. Wówczas lewicowi wyborcy przeszli do centrum, a centrowi zasilili prawicę. W rezultacie od tego czasu poparcie dla partii prawicowych utrzymuje się na poziomie nie mniejszym niż 40%. Pozostaje poza tym niewielkie pole do manewru, czego dowiódł impas polityczny trwający 18 miesięcy, podczas którego w ostatnich potrójnych wyborach politycy nie byli w stanie wyłonić większości rządzącej.Niemożność powołania koalicji rządzącej spowodowała powrót do dyskusji o konieczności wprowadzenia zmian w ordynacji, by uniknąć w przyszłości podobnych kryzysów politycznych. Pojawia się jednak przy tym także argument, że problemem nie jest wadliwy system wyborczy, gdyż ten działa, nawet w warunkach impasu. Problemem są natomiast politycy gotowi w imię własnych, egoistycznych interesów zaryzykować kolejnymi wyborami, aniżeli zdecydować się na kompromis polityczny, nawet kosztem oddania władzy.Czy można sobie wyobrazić w najbliższej przyszłości odrodzenie znaczenia izraelskiej lewicy?Izraelska lewica jest w poważnym kryzysie, przy czym bardziej odważni krytycy twierdzą nawet, że jest „zdewastowana”. Faktem jest, że jest rozproszona i niezdolna do konsolidacji. Mimo swojej strukturalnej słabości lewica jest demonizowana przez premiera Netanyahu, który strasząc „Arabami kradnącymi wybory”, „zdradziecką lewicą”, „anarchistami” oraz „deep state” wzmacnia polaryzację oraz utrzymuje konsolidację elektoratu prawicowego. Za lewicę uznaje więc każdego krytyka, a więc gdy jego niedawny koalicjant Avigdor Liberman doprowadził do rozpisania kolejnych wyborów natychmiast zyskał miano „lewackiego” polityka oraz „zdrajcy”. Poza tym B. Netanjahu standardowo zalicza do lewicy partie opozycyjne, krytyczne wobec niego media, środowisko akademickie oraz niektórych przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, przede wszystkim jednak demonstrantów w protestach antyrządowych.Rozproszona i nieskoordynowana lewica nie jest w stanie zwiększyć stanu posiadania w parlamencie. Co więcej balansuje na granicy progu wyborczego, co oznacza, że niepodzielnie rządząc Izraelem do 1977 r., jeszcze w 1992 r. była w stanie zdobyć 47 proc. głosów (Partia Pracy – 44 KM, a Meretz 12 KM), natomiast w ostatnich wyborach balansowała na granicy progu wyborczego. A obecnie zaledwie 15% wyborców określa się mianem lewicowych.Kryzys polityczny lewicy wynika więc z szeregu czynników: wyczerpania się atrakcyjności haseł lewicowych, rozczarowaniem procesem pokojowym, który zastąpiła „polityka separacji”, a także skutecznym wzmacnianiem tożsamości prawicowej przez rządzący nieprzerwanie od 2009 r. Benjamina Netanyahu i Likud. Jednocześnie w ostatnich wyborach lewica nie była w stanie zapewnić wyborcom szansy na skuteczne odsunięcie Netanjahu od władzy. Za to w tę obietnicę wyborcy uwierzyli koalicji Niebiesko-Białych Benniego Ganca. Trudności lewicy mają również swoje źródło w demografii. Izrael przyjął ok. 1.5 mln imigrantów z b. republik ZSRR. Lecz obecnie ich preferencje polityczne rozkładają się po całej scenie politycznej Izraela. Większe znaczenie ma tutaj wzrost populacji arabskiej oraz ortodoksyjnej i ultra ortodoksyjnej, co wpłynęło na zmianę układu sił politycznych w Izraelu. I o ile elektorat arabskich Izraelczyków potrafi zbojkotować wybory, to coraz aktywniejsze są środowiska skrajnej religijnej prawicy, a za sprawą polityki osadnictwa żydowskiego, także pół miliona osadników żydowskich na Zachodnim Brzegu.Od dłuższego czasu pojawiają się więc wezwania do odnowienia lewicy, „wymyślenia jej na nowo”, innymi słowy określenia nowego paradygmatu lewicowego. Pozwoliłoby to przywrócić atrakcyjny charakter lewicy oraz zdobyć nowych wyborców, na przykład dotąd utożsamiających się bardziej z centrum politycznym. Spór o koncepcje trwa na lewicy, tymczasem jednym z dowodów na jej istnienie oraz potencjał polityczny są nieustające demonstracje antyrządowe, w obronie standardów demokracji, praw obywatelskich oraz przeciw polityce apartheidu. Odbywają się one cyklicznie, nawet w warunkach reżimu sanitarnego związanego z pandemią i nie wyłącznie w dużych miastach – Tel Awiwie, czy przed rezydencją premiera na Balfour Street w Jerozolimie, ale także w szeregu mniejszych miast Izraela.Jakie znaczenie w systemie partyjnym Izraelu mają partie religijne?Znaczenie partii religijnych w Izraelu rośnie wraz z utrwalaniem się dominacji prawicowych poglądów politycznych Izraelczyków, to raz, dwa, demografia. Rośnie liczba populacji ortodoksyjnej oraz ultra ortodoksyjnej, lecz to ich coraz większa aktywność polityczna przekłada się na wzrost znaczenia politycznego partii religijnych. Trzy, partie religijne są niezbędnym elementem kontynuacji władzy przez Benjamina Netanjachu, z którymi premier musi się układać politycznie oraz realizować zobowiązania koalicyjne. Warto pamiętać, że partie religijne nie są nowym elementem izraelskiej sceny politycznej, nowością jest natomiast wzrost ich znaczenia politycznego. Nie oznacza to także, że nigdy nie wchodziły do rządów koalicji lewicowej. Także w okresie rządów lewicy musiały dbać o interesy swoich wspólnot religijnych, nie ingerowały jednak w politykę bezpieczeństwa, czy zagraniczną.Współcześnie jednak sytuacja jest odmienna. Partie religijne uległy daleko idącej polityzacji, identyfikując się z ideologią prawicową. Co więcej, coraz wyraźniej stają się pro aktywni, niekiedy wręcz oskarżani o roszczeniowość polityczną, ponieważ postrzegają siebie w kategoriach fundamentu żydowskiego charakteru Izraela. Metaforycznie przedstawiają to w stwierdzeniu, że „już nie są zwykłymi pasażerami, właśnie przejęli fotel maszynisty pociągu pod nazwą Izrael”.Stosunki zewnętrzneCzy administracja następnego prezydenta USA zmieni postępowanie wobec Izraela?Administracja Joe Bidena, prezydenta z Partii Demokratycznej skoryguje politykę wobec Izraela, nie zmieni jednak fundamentów sojuszu. Joe Biden znany jest z proizraelskiej postawy oraz ponad trzydziestoletniej znajomości z Benjaminem Netanjahu, sięgającej lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy pełnił funkcję zastępcy ambasadora Izraela w Waszyngtonie (1982-1984), a następnie przedstawiciela Izraela przy ONZ w Nowym Jorku (1984-1888). Izraelczycy mają jednak świadomość, że nie można liczyć na tak daleko idącą przychylność, jaką prezentował prezydent Donald Trump.Jeszcze w okresie kampanii wyborczej Joe Biden potwierdził, że nie wycofa decyzji o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela oraz przeniesienia tam ambasady z Tel Awiwu. Niemniej przywróci zamkniętą przez poprzednią administrację placówkę konsularną we Wschodniej Jerozolimie oraz przedstawicielstwo palestyńskie w Waszyngtonie. Jako przywiązany do modelu pokoju w oparciu o koegzystencję dwóch państw można zakładać, że przywróci też finansowanie dla UNRWA odpowiedzialnej za uchodźców palestyńskich.Oczekiwania Palestyńczyków nie są jednak wyolbrzymione, choć Biden zapowiadał „stałą presję” na Izrael w kwestii pokojowego rozwiązania konfliktu. Nie ma bowiem szans na powrót od „polityki Baraka Obamy”, ponieważ zmienił się układ na Bliskim Wschodzie. Joe Biden jest zwolennikiem (Abraham Accords) normalizacji stosunków państw arabskich z Izraelem i można założyć, że zachęcać będzie kolejne państwa arabskie do uznania Izraela.Najwięcej niepokoju w gabinecie Netanjahu budzą generalnie dwie kwestie. Pierwsza to aneksja osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu. Nie jest tajemnicą krytyczne stanowisko Bidena wobec osadnictwa żydowskiego na terytoriach okupowanych. Druga zaś JCPOE, czyli porozumienie jądrowe z Iranem, które w 2018 r. wypowiedział prezydent Trump, a którego zwolennikiem jest Joe Biden. Dla premiera Netanyahu oznacza to odejście USA od polityki „maksimum presji” na Iran i powrót do poszukiwania rozwiązania dyplomatycznego z głównym adwersarzem Izraela. Ma on jednak świadomość, że nie będzie to oznaczać proirańskiego zwrotu nowej administracji, ponieważ ocena IRI, jako siły destabilizującej region, pozostaje aktualna. Niemniej, ważąc znaczenie problemu irańskiego oraz aneksji, Netanjahu będzie koncentrować się na zagrożeniu egzystencjalnym, czyli Iranie. Aneksja będzie mogła poczekać.Czy postawa władz izraelskich wobec Palestyńczyków może doprowadzić do poważniejszych napięć w kontaktach z Europą?Tak długo jak konflikt izraelsko-palestyński pozostaje nierozwiązany, Izrael kontynuuje politykę osadnictwa żydowskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu oraz łamie prawa polityczne Palestyńczyków, tak długo trwać będą napięcia pomiędzy władzami izraelskimi a Unią Europejską oraz jej poszczególnymi państwami członkowskimi. Regularnie napięcia we wzajemnych relacjach wywołują zarzuty wobec rosnącego antysemityzmu w większości państw europejskich, akceptacji dla ruchu BDS, czy decyzje UE, które władze izraelskie uznają za krzywdzące. Jednak napięcia te najprawdopodobniej pozostaną w dotychczasowych granicach, co obrazuje reakcja Unii Europejskiej na zapowiadaną aneksję znacznej części Zachodniego Brzegu Jordanu w lipcu 2020 r.Wprawdzie rosło poparcie wśród państw UE dla proponowanych sankcji, niemniej pozostały one podzielone w tej kwestii. W rezultacie UE przyjęła stanowisko wyczekujące i nie zdecydowała się podejmować działań przedwcześnie. Reakcja ograniczyła się zatem do dość standardowych zapowiedzi reagowania na złamanie prawa międzynarodowego przez Izrael. Przy czym szef unijnej dyplomacji Jesep Borrell rutynowo potwierdził przywiązanie do rozwiązania w oparciu o dwa państwa.Wiodącą rolę odgrywała dyplomacja Niemiec, która 1 lipca przejęła prezydencję w UE. Przebywający z wizytą w Izraelu jeszcze 10 czerwca 2020 r. minister spraw zagranicznych Niemiec Hajko Mass nie formułował jednoznacznych deklaracji, ograniczał się do zaakcentowania przywiązania do 2-state-solution oraz konieczności dialogu politycznego. Zastrzegał też, że z konkretną reakcją należy się wstrzymać aż do zaistnienia faktów, czyli działania Izraela.Tym samym wstrzemięźliwa postawa Unii Europejskiej i jej poszczególnych państw była zgodna z przewidywaniami analityków izraelskich. Niestety to nie zapowiedź konsekwencji ze strony UE wstrzymało realizację planów rządu Netanyahu aneksji części Zachodniego Brzegu, lecz zachowawcza postawa administracji amerykańskiej. Wcześniej Biały Dom dał „zielone światło” planom aneksji, lecz wstrzymał poprawcie ze względu na zdecydowany sprzeciw państw arabskich, zwłaszcza tych, które miały realizować proces normalizacji stosunków z Izraelem; Jordanii, która „rozpatrywała nawet zawieszenie traktatu pokojowego. A przed startującą po wakacjach kampanią wyborczą w Stanach Zjednoczonych prezydent Trump nie chciał kryzysu na Bliskim Wschodzie, który zepsułby wizerunek sukcesu „procesu pokojowego” i „normalizacji w relacjach państw arabskich i Izraela”. Ponadto rozpatrywano ryzyko, że (1) państwa europejskie mogłyby poprzeć sankcje na Izrael na forum ONZ (RB i/lub ZO), (2) wycofać swoich ambasadorów z Izraela, a tym samym wywołać poważniejszy międzynarodowy kryzys dyplomatyczny, (3) poprzeć Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości przeciw władzom Izraela oraz (4) wzmocnić bojkot osadnictwa. Ponadto na wstrzymanie decyzji o aneksji wpłynęła sytuacja wewnątrz Izraela. Po pierwsze, 1 lipca miał być zaprzysiężony nowy gabinet, który powstawał w niezwykle trudnych okolicznościach i był rezultatem kompromisu ze strony Benjamina Netanjahu, czyli koalicji z Benny Gancem. Po drugie, już latem przewidywano duże prawdopodobieństwo zmiany gospodarza w Białym Domu. Zakładano więc, że aneksja mogłaby popsuć relacje z nową administracją w Waszyngtonie. Po trzecie, trwało właśnie uzgadnianie szczegółów normalizacji z państwami arabskimi, co miało być historycznym sukcesem Izraela, ponieważ pierwszy raz po porozumieniach pokojowych z Egiptem i Jordanią Izrael przełamywałby w tak daleko idący sposób izolację w regionie i zdobył uznanie swojej państwowości przez państwa Zatoki Perskiej, z perspektywą poszerzenia tego efektu nawet na Arabię Saudyjską. I wreszcie, premier Netanjahu od lat grał w polityce wewnętrznej hasłem aneksji, kilkukrotnie ją obiecywał, zwłaszcza w kampanii wyborczej (kwiecień, wrzesień 2019 r.). Musiał on skalkulować koszt zewnętrzny z wewnętrznym, czyli krytyką środowisk osadników żydowskich, które i tak w kwestiach politycznych w znacznym stopniu zależne są od wspierania bloku politycznego Netanjahu.

Wywiad

Demokracja, praworządność, pandemia. Czy Serbia Aleksandra Vučicia nadal jest państwem demokratycznym?  

30.05.2021

Serbia jest największym i najludniejszym państwem pojugosłowiańskim. Państwo to po burzliwych latach 90-tych i rozpadzie federacji jugosłowiańskiej oraz sankcjach międzynarodowych, po upadku reżimu Slobodana Miloševicia w 2000 roku, doświadczyła nieudanej transformacji, deindustrializacji spowodowanej kontrowersyjnym procesem prywatyzacji w wykonaniu kompradorskiej proeuropejskiej elity postmiloševiciowskiej. W opozycji do takiego stanu rzeczy w 2012 roku władzę objęła Serbska Partia Postępowa (SNS) Aleksandra Vučicia, która podczas ostatnich wyborów w 2020 roku odnotowała niezwykle wysokie poparcie polityczne właściwie niemalże eliminując opozycję z ław poselskich.O polityce w dzisiejszej Serbii, jej pozycji w regionie i europejskich perspektywach rozmawiamy z Savą Manojloviciem, prawnikiem, przewodniczącym Stowarzyszenia Ochrony Konstytucyjności i Legalności (UZUZ), członkiem Serbskiego Stowarzyszenia Prawa Konstytucyjnego, doradcą w Sądzie Konstytucyjnym Republiki Serbii (w latach 2009-2015) oraz aktywistą politycznym.Marko Babić: Pańska aktywność naukowa i społeczna od lat skupia się na kwestiach prawnych i na ukazywaniu problemów w sferze praworządności w Serbii. Ostatnio jednak skierował Pan swoją krytykę również w kierunku sfery politycznej, zostając bardzo aktywnym, lecz niezrzeszonym, działaczem opozycyjnym. Dlatego chciałbym abyśmy porozmawiali zarówno o praworządności, jak i o polityce w Serbii i wokół Serbii. Zacznijmy od faktu, że Serbia jest największym państwem pojugoslowiańskim i jako taka może znacząco wpływać na stabilizację polityczną w całym regionie. Jak ocenia Pan jej obecną pozycję i aktualną sytuację w tym kontekście?Savo Manojlović: Na obecną pozycję Serbii wpływa kilka czynników. Po pierwsze, uważam, że jest ona częścią pewnego rodzaju bałkańskiej konfederacji przestępczo-politycznej. To bałkańska mafijna ośmiornica, w której przeplatają się polityka, sprawy kryminalne i media. Elity polityczne kilku państw bałkańskich zaangażowane były, lub nadal są, w działalność przestępczą, taką jak handel bronią i narkotyki. Mam na myśli Czarnogórę za czasów rządów Milo Djukanovicia (w wyborach parlamentarnych z 31 sierpnia 2020 roku, Milo Djukanović stracił władzę, którą dzierżył nieprzerwanie od 1988 roku. [przyp. aut.]), Ediego Ramę w Albanii, Hashima Thaciego w Kosowie, Aleksandra Vučicia w Serbii i władzę w Macedonii Północnej za czasów Nikoli Gruevskiego (władzę stracił w 2016 roku. [przyp. aut.]). Tajemnicą poliszynela są ich powiązania z częścią elit w Bułgarii oraz Bośni i Hercegowinie. Ich wieloletnia działalność w dużej mierze powoduje to, że Bałkany Zachodnie pozostają wątpliwym partnerem dla Zachodu i regionem, któremu nie można ufać. Ich swoista technologia władzy polega na wywoływaniu kryzysów, które potem sami rozwiązują. W ten sposób pokazują społeczności międzynarodowej, że są skutecznymi politykami, którzy sami potrafią rozwiązywać problemy i kryzysy. Ciekawe jednak, że kryzysy wybuchają zawsze jak pojawia się krytyka tej władzy ze strony polityków czy instytucji zachodnich. W oczach zachodnich partnerów, owi "piromani" bałkańscy, mówiąc obrazowo, pozostają najlepszymi strażakami ponieważ wiedzą gdzie i jak gasić pożary. Z drugiej strony, nikt nie zmienia szefa straży pożarnej, jeśli pali się ogień. W ten sposób bałkańskie elity utrzymują się u władzy z poparciem świata zachodniego.Po drugie, nie mam wątpliwości, że w dzisiejszej Serbii nie instytucje państwa, a wola jednego człowieka decyduje o polityce zewnętrznej i wewnętrznej. Słowem, państwo to partia, a partia to jeden człowiek. Mam na myśli prezydenta państwa Aleksandra Vučicia. Wielu obserwatorów uważa Serbię za prywatne państwo prezydenta. Jednocześnie, monopol na proces decyzyjny pozwala mu na przedstawienie siebie jako "wszechmogącego", skutecznego polityka m.in. w przyciąganiu inwestycji zagranicznych. A jak to wygląda w rzeczywistości? Za zgodą władz, inwestycje zagraniczne mają uprzywilejowaną pozycję w stosunku do firm rodzimych. Na przykład, chińskie fabryki w Serbii nie przestrzegają norm środowiskowych i zatruwają kraj. Niemieckie firmy otrzymują tanią siłę roboczą do prostych prac i za to otrzymują duże subwencje państwowe, czyli za pieniądze serbskich podatników. "Drenaż mózgów", wyjazd najlepiej wykształconej kadry odbywa się bez żadnych ograniczeń i w szybkim tempie. Władze przyglądają się temu procederowi bez reakcji. Z kolei, kwestie bezpieczeństwa energetycznego państwa pozostawiono bez reszty Rosjanom (sprywatyzowany, strategicznie ważny serbski monopolista energetyczny NIS, jest pod kontrolą rosyjskiego Gazpromnieftu. [przyp. aut.]). Odnoszę wrażenie, że władze są w jednej spółce z partnerami zagranicznymi zamiast działać na korzyść państwa i społeczeństwa. Ale, władze mają problem: Serbowie widzą, jaka jest rzeczywistość i nie zgadzają się na nią. Dowodem są ciągłe protesty obywatelskie.Jak, w tym kontekście, wytłumaczyć fakt, że podczas tegorocznych wyborów parlamentarnych SNS i Aleksandar Vučić odnieśli niekwestionowane zwycięstwo i faktycznie wyeliminowali opozycję z parlamentu? Jakie potencjalne konsekwencje może mieć taka polityczna dominacja jednej partii i jednego człowieka dla życia politycznego Serbii?Należy zwrócić uwagę, że najbardziej istotna część opozycji, czyli partie zdolne do przekroczenia progu wyborczego (w Serbii to 3%. [przyp. aut.]) zbojkotowały wybory. Z pewnością faktem również jest to, że sama opozycja nie cieszy się obecnie dużym poparciem. Przyczyna jest oczywista: mamy nieprawdopodobną kontrolę mediów ze strony władzy. Wszystkie stacje o zasięgu krajowym, zarówno państwowe jak i prywatne, na celu mają nieustanną gloryfikację władzy i totalną krytykę opozycji. Na przykład, mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której państwowy operator telefonii komórkowej Telekom płacił bajeczne kwoty prywatnym firmom powiązanym z partią rządzącą, by wykupiły pozostałe prywatne firmy na rynku. W jakim celu? W celu kontroli rynku medialnego będącego de facto już tylko na pozór pluralistycznym. Sektor publiczny został przejęty przez SNS, pracownicy są szantażowani. Podam konkretny przykład kupowania głosów. Nasze stowarzyszenie UZUZ zdobyło nagranie, na którym widać, jak odbywa się grupowe głosowanie według instrukcji na kandydatów SNS w konkretnym lokalu wyborczym. Nagranie opublikowaliśmy, wybuchł skandal, podaliśmy nawet imiona i nazwiska sprawców. Niestety, do dzisiaj prokuratura milczy w tej sprawie. Konsekwencją takiej polityki władz jest niestabilność polityczna. Instytucje zostały opanowane przez rządzącą partię i dlatego większość grup społecznych i politycznych nie ma możliwości instytucjonalnego działania opartego na zasadzie równego i uczciwego dostępu. Należy również przyznać, że większość obywateli nie ma możliwości zinstytucjonalizowania swoich pozycji politycznych przez partie opozycyjne ze względu na fakt, że skutecznie są one blokowane albo przez skorumpowanych albo niedojrzałych politycznie działaczy partyjnych. Problemy nierozwiązywane instytucjonalnie będą więc rozwiązywane na ulicy. Nie jest to moje pragnienie, ani groźba. To po prostu realia polityczne dzisiejszej Serbii. Największą iluzją Vučića jest przekonanie, że mając tak dużą władzę, może kontrolować wszystko. Podam dwa przykłady: osobiście zapowiedział w telewizji, że studenci będą musieli opuszczać akademiki z powodu pandemii koronawirusa. Studenci w ramach protestu wyszli na ulice i po niecałej godzinie cofnął on swoją wcześniejszą decyzję. To samo stało się, gdy ogłosił 48-godzinną kwarantannę dla wszystkich. Wówczas ponad 10.000 osób wyszło spontanicznie na ulice i ponownie się wycofał. Dlatego jestem przekonany, że w przyszłości zarówno rozmowy polityczne z Vučićem, ale i egzekwowalność jego decyzji zależeć będą od stopnia zorganizowania społeczeństwa, jego determinacji i gotowości do protestu.Celem strategicznym Serbii od upadku Miloševicia w 2000 roku jest członkostwo w Unii Europejskiej. Istnieją jednak poważne wątpliwości dotyczące funkcjonowania państwa prawa. Czy wymiar sprawiedliwości dobrze funkcjonuje? Absolutnie nie. Wymiar sprawiedliwości jest jednym z podstawowych generatorów problemów dla społeczeństwa serbskiego. W 2009 roku w Serbii przeprowadzono reformy w celu usprawnienia funkcjonowania sądownictwa. Niestety, źle wykonane, reformy te doprowadziły do zaniku roli wymiaru sprawiedliwości, jaką powinien odgrywać w państwie prawa. Praworządność zniknęła, ponieważ zniknęło niezależne sądownictwo. A to przecież jest podstawą uzdrowienia społeczeństwa i stworzenia nowoczesnej demokracji ze społeczeństwem myślących obywateli ufających instytucjom państwa. Naszym wzorem jest Laura Kövesi, liderka rumuńskiego Biura Antykorupcyjnego, która wsadziła dużą część skorumpowanej elity za kratki, a obecnie jest prokuratorem UE. Uważam, że dzięki takim działaniom dzisiejsza Rumunia jest państwem, które wydostało się z "bałkańskiego bractwa" reżimów przestępczych i coraz lepiej sobie radzi gospodarczo. To należy stanowczo podkreślać dlatego, że dla przeciętnego Serba Rumunia nadal jest synonimem państwa biedy i korupcji. Działalności antykorupcyjnej rumuńskiego wymiaru sprawiedliwości i samej Laury Kövesi bronili ludzie na ulicy podczas masowych demonstracji. Zatem to obywatele muszą pomóc w (od)budowie instytucji. Jestem przekonany, że Serbowie są gotowi stanąć w obronie praworządności. Zasadnicze pytanie brzmi, czy mamy serbską Laurę Kövesi? Jeśli jej jeszcze nie mamy, to stwórzmy ją! W przyszłych procesach sądowych niezależne sądownictwo będzie musiało zidentyfikować wszystkie nadużycia i korupcję w ramach skutecznych i całkowicie uczciwych procedur. Będzie to jasny komunikat, że przestępstwo się nie opłaca! A wtedy Serbia będzie mogła ruszyć do przodu.W procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej poza problemami z praworządnością, Serbia równolegle musi rozwiązywać inne nie mniej fundamentalne kwestie. Pomówmy o relacjach między Belgradem a Prisztiną. Czy charakter tych relacji wpływa na system polityczny w Serbii? Czy elita polityczna jest gotowa do uznania niepodległości Kosowa w najbliższej przyszłości w zamian za konkretne korzyści polityczne lub gospodarcze?Znowu widzę błędne koło. Na serbskiej scenie politycznej jedynymi, którzy mogliby uznać Kosowo jako państwo niepodległe są ci, którzy nigdy nie będą mieli ani siły, ani sposobności, ani poparcia społecznego by to uczynić. Inaczej mówiąc, partie polityczne otwarcie deklarujące gotowość uznania niepodległości Kosowa od lat uzyskują nie więcej niż 2% poparcia w wyborach parlamentarnych. Z kolei ci, którzy mają odpowiednie poparcie, decydują się na kompromisy takie jak porozumienie brukselskie z 2013 roku zgodne z oczekiwaniami partnerów zachodnich (przede wszystkim Unii Europejskiej). W zamian zaś mogą swobodnie naruszać standardy ustanowione przez tę samą Unię Europejską w kontekście łamania praworządności, deptania wolności mediów, tolerowania korupcji, która niszczy potencjał gospodarczy państwa itd. Unia Europejska po prostu przymyka na to oczy. Czy dziwi zatem fakt, że idea Unii Europejskiej w społeczeństwie serbskim nie jest już tak atrakcyjna jak wcześniej? Zwracam uwagę na interesujący fakt: największy entuzjazm dla Unii Europejskiej społeczeństwo wyrażało po obaleniu rządów Miloševicia jesienią 2000 roku, a więc zaledwie półtora roku od wojny NATO z FR Jugosławią (Federacyjna Republika Jugosławii składała się wówczas z Serbii i Czarnogóry, a wojna trwała od 24 marca do 10 czerwca 1999 roku. [przyp. aut.]). Przypomnę, że w ataku na Serbię uczestniczyły państwa członkowskie Unii Europejskiej, a sama wojna do dzisiaj w serbskiej opinii publicznej uważana jest za wojnę o charakterze agresorskim i niesprawiedliwym. Należy też zauważyć, że przedstawiciele Unii Europejskiej odwiedzający Serbię zawsze podkreślają duży stopień zaangażowania finansowego Unii w Serbii w kontekście inwestycji rozwojowych. I jest to prawdą. Nikt tego nie kwestionuje. Niemniej, problem polega na tym, że zwykli obywatele nie odczuli takiej obecności Unii. Przynajmniej nie w takim zakresie, w jakim mogli i powinni byli odczuć. Tu jest problem. Z drugiej strony, obiektywnie patrząc, postęp jest zauważalny. Nie tylko w kontekście tego, że nie ma wojny, sankcji gospodarczych i konfliktu. Sytuacja gospodarcza jest znacznie lepsza, odbywa się swobodny przepływ ludzi, towarów, kapitału. Ludzie jednak odczuwają niesprawiedliwość i widzą, jak ta niesprawiedliwość jest tolerowana przez Unię Europejską jako organizację, która ma stać na straży praworządności. Serbii potrzebne są poważne i głębokie reformy wspierane przez Unię Europejską, takie reformy które będą widoczne na co dzień, a nie jakieś porozumienia na papierze, które elity przedstawiają jako sukces. Idea europejska powinna być ideą uczciwie funkcjonującego wymiaru sprawiedliwości zapewniającego poczucie bezpieczeństwa. Konkretnie, na przykład, w sytuacji, kiedy zatrudnienie jest uzależnione wyłącznie od kompetencji, a nie od posiadania legitymacji partyjnej czy znajomości lub pokrewieństwa.Wydaje się, że pandemia Covid-19 dotknęła Serbię silniej niż inne państwa regionu. Dlaczego? Czy państwo we właściwy sposób zareagowało na wyzwania związane z ochroną swoich obywateli w tym trudnym czasie?Nie jestem ekspertem medycznym i nie mogę wdawać się w dogłębną analizę tego zjawiska. Niemniej, rozmawiając z ekspertami, zrozumiałem, że w tym przypadku polityka zdominowała medycynę. Fałszowano liczby zakażonych i zmarłych zgodnie z bieżącymi potrzebami politycznymi. Miało to i nadal ma bardzo poważne konsekwencje w kontekście szerzenia się epidemii. Kiedy Naczelny Lekarz mówi ludziom na początku epidemii, że "korony nie ma, możecie spokojnie jechać do Włoch na zakupy", a po paru miesiącach stwierdza, że "wygraliśmy z koroną", oczywistym jest, że ludzie nie będą się stosować do zaleceń i restrykcji. Cała relacja polega przede wszystkim na zaufaniu. A z kolei nie ma zaufania bez uczciwości. Nieszczerość nie opłaca się na dłuższą metę, bez względu na to czy walczysz z Covid-19, czy mówisz o współpracy międzynarodowej. Najgorsze były aresztowania osób wracających do domu z zagranicy oskarżanych o nieprzestrzeganie zasad kwarantanny. Większość z nich uprzednio nawet nie została odpowiednio poinformowana o restrykcjach. Zostali aresztowani i mieli służyć jako kozły ofiarne i dowód na zdecydowane działania władz. Nasze Stowarzyszenie Ochrony Konstytucyjności i Legalności zorganizowało internetowe petycje i kampanię z zespołem „Rusz się i Zmień”. Chcieliśmy, aby ci ludzie zapamiętali, że w trudnych chwilach inni obywatele stanęli w ich obronie. Razem z prawnikami udało nam się uwolnić te osoby.Zaryzykuję jednak tezę, która teraz może wydaje się nierozsądna. Pandemia jest również wielką szansą dla Serbii. W sensie ekonomicznym będzie nam ciężko, w państwie słabym ekonomicznie ludzie z pewnością ucierpią. Ale jest też prawdą, że ​​kto ma niewiele, niewiele też straci. To, co wydaje mi się ważniejsze, to sytuacja, w której pandemia zastała społeczeństwo serbskie. Po ogromnych. aczkolwiek nieskutecznych protestach przeciwko władzy z lat 2018/2019 społeczeństwo zapadło w stan letargu i depresji. Świadomość zmarnowania ogromnej energii protestów była trudne do zniesienia. Pamiętajmy, że w pewnym momencie mieliśmy demonstracje w ponad 120 miastach Serbii, wielką demonstrację z udziałem około 50.000 osób w dniu 13 kwietnia 2019 roku w Belgradzie. Opozycji nie udało się wykorzystać tego niezadowolenia i zostało ono zaprzepaszczone. Ludzie stracili nadzieję na poprawę sytuacji, wielu ludzi zdecydowało się opuścić kraj, widząc w emigracji jedyną szansę na normalne życie. W latach poprzedzających pandemię rokrocznie Serbię opuszczało około 50 tysięcy przeważnie młodych i najlepiej wykształconych ludzi. Wyjeżdżali do pracy na Zachód. Dzisiaj ci, którzy przygotowywali się do wyjazdu nie mają dokąd pojechać. Świat wchodzi w recesję i dla większości zniknęła szansa na zatrudnienie za granicą. Wcześniej młody człowiek dochodził do przekonania, że zamiast niepewnej, żmudnej, może i niebezpiecznej walki o zmianę systemu, mógłby poświęcić rok na naukę języka obcego, pilnie studiować na uczelni i rozwiązać swoje problemy egzystencjalne opuszczając kraj. Pandemia spowodowała to, że aby zmienić swoje życie będą musieli zmienić system, w którym żyją. Zmienić Serbię. Od wiosny 2020 roku do dzisiaj, do 7-milionowej Serbii z Zachodu wróciło ponad 300.000 w większości młodych, zdolnych, wykształconych ludzi. To bezprecedensowy potencjał i ogromna szansa dla państwa. Zobaczyli bowiem jak funkcjonują państwa stabilne i uporządkowane i nie ulegną łatwo manipulacjom politycznym władz swojego kraju. Jasnym jest, że największym potencjałem państwa nie są zasoby naturalne, ale ludzie. Serbia ma taki potencjał, trzeba go tylko zorganizować.Dziękuję za rozmowę.Zdjęcie nagłówka:Bicanski via Pixnio

Wywiad

Wywiad z Clarą Jusidman: O transformacji społecznej i demokratyzacji w Meksyku 

21.05.2021

Rozmowa z Clarą Jusidman - przeprowadził dr Łukasz CzarenckiClara Jusidman: Mam 68 lat. Jestem ekonomistą. Pracowałam przez wiele lat w rządzie federalnym. Byłam dyrektorem technicznym płacy minimalnej, dyrektorem Narodowego Centrum Konsumenckiego, dyrektorem Centrum Badań Rozwoju Obszarów Wiejskich, a także podsekretarzem ds. Rybołówstwa, planowania rybołówstwa. W 1991 roku opuściłam rząd federalny i poświęciłem się pracy z organizacjami obywatelskimi w walce o demokrację. Zasadniczo moim celem było analiza tych systemów wyborczych, które nie pozwalają na rzeczywisty udział ludności w decyzjach politycznych, które mają związek z ich życiem. Dlatego uczestniczyłam w różnych organizacjach pozarządowych związanych z walką o demokrację.W 1996 roku, po reformie wyborczej, spędziłam rok jako dyrektor Federalnego Rejestru Wyborców, który tworzy listy do głosowania. W latach 1997-2000 byłam sekretarzem rozwoju społecznego rządu Miasta Meksyku, pierwszego demokratycznie wybranego rządu w stolicy.Od tego roku zajmuję się badaniami organizacji pozarządowych. Mamy organizację o nazwie „Incide Social”, która prowadzi badania, obserwacje i szkolenia w sprawach rozwoju społecznego, polityki społecznej i praw ekonomicznych, politycznych, kulturowych i społecznych. Mamy obserwatorium polityki społecznej i praw człowieka, w którym znajduje się bank informacji i literatury na temat praw ekonomicznych, politycznych, kulturalnych i społecznych oraz system informacji o prawach objętych paktem, z różnymi typami wskaźników. Rozpowszechniamy biuletyny zawierające informacje o tym, co się dzieje.Moje przekonanie polityczne jest na linii socjaldemokracji; a jeśli chodzi o religię, moje pochodzenie jest żydowskie, ale nie praktykuję.Dr Łukasz Czarnecki: Czy rola rządu federalnego i stanowego w walce z ubóstwem powinna być inna? Jaka jest różnica?Zawsze byłam zdania, że wielkie programy walki z ubóstwem muszą być federalne, ponieważ doświadczenie historyczne w Meksyku mówi nam, że kiedy je obsługują samorządy, nie docierają do biednych; pozostają na drodze, w prezydentach gmin, agentów miejskich, albo w końcu przyniosą korzyści bogatym. Siła lobbowania interesów gospodarczych na szczeblu lokalnym jest znacznie większa niż w rządzie federalnym. Istnieją programy, takie jak Program Dróg Wiejskich, które były realizowane wiele lat temu i których celem było zarówno otwarcie dróg dla społeczności bardzo odległych i odizolowanych, jak i włączenie ich mieszkańców poprzez zatrudnienie ich pracowników; Był to sposób na rozlewanie pieniędzy i dawanie im pracy w tych społecznościach. Program prowadzony przez rząd federalny działał dobrze. Kiedy pieniądze z tego programu trafiły do ​​gmin, firmy budowlane dzieci prezydentów gmin lub samych prezydentów rozpoczęły budowę tych dróg; program był całkowicie zniekształcony.Z mojego punktu widzenia programy rozwoju społecznego muszą mieć charakter federalny. Lokalne programy rozwoju muszą być gminne, ponieważ oznacza to mieszanie szeregu składników zgodnie ze specyficznymi potrzebami społeczności.Problem, z którym mamy do czynienia w Meksyku, polega na tym, że samorządy lokalne są słabo rozwinięte. Ich kadencja trwa zaledwie trzy lata, w wielu rządach nie ma profesjonalizmu, a tym bardziej na poziomie najbiedniejszych gmin.Z mojego punktu widzenia, aby gminy mogły uczestniczyć w programach ubóstwa, należy przeprowadzić reformę koncepcji gminy w Meksyku, w miejskiej architekturze instytucjonalnej.Reforma administracyjna?Oczywiście reforma administracyjna. Trzeba dać im więcej zasobów, ale także lepiej wyszkolonych urzędników, którzy mogą pracować dłużej niż trzy lata. W przeciwieństwie do Brazylii, która ma znacznie większy rozwój instytucji samorządowych, Meksyk ma ogromną słabość samorządów miejskich. Nie mają gwarancji zasobów. Następnie podejmują prace, które kończą się ich rządem; są to dzieła, które nie mogą wykraczać poza trzy lata. W programach ubóstwa potrzebujesz bardziej trwałych działań. W rządzie federalnym przynajmniej sześć lat.Istnieją przypadki decentralizacji. Bardzo dobrym programem był IMSS-Solidaridad, który jest bazą Oportunidades. Program ten polegał na stworzeniu klinik w najbiedniejszych rejonach, aby służyć najsłabszym. Został utworzony na poziomie federalnym. Trwałość programów dotyczących ubóstwa jest znacznie bardziej niepewna na poziomie stanowym oraz gminnym.W jaki sposób zmiana architektury instytucjonalnej wiąże się z przemianami demokratycznymi?Meksyk jest federacją stanów, nie jest republiką centralną. Na przykład Kolumbia jest republiką centralną, a prezydent mianuje gubernatorów. Wcześniej, w Meksyku, koordynacja następowała, ponieważ trzy poziomy rządów należały do ​​jednej partii. My, obywatele, nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Problem w tym, że teraz, wraz z przemianą polityczną, rządy pochodzą z różnych partii, ale nie było zmian w strukturze instytucjonalnej. W Meksyku nie było żadnej reformy państwa.Na przykład wcześniej federacja przydzielała środki różnym gminom. Teraz ta dystrybucja musi przejść przez ręce namiestników. Gdyby środki były dostarczane bezpośrednio z władzy ustawodawczej, wojewoda mógłby realizować własne programy społeczne, koordynując je z gminami; ale także gminy mogłyby tworzyć własne programy, korzystając z własnych środków. Tak więc samorządy miejskie nie są autonomiczne pod względem zasobów. Ponieważ są również bardzo apatyczni, jeśli chodzi o zdobywanie dochodów. Gminy mogłyby na przykład uzyskiwać środki z podatków od nieruchomości, ale ich nie pobierają. Czekają na pieniądze, które da im federacja. W architekturze instytucjonalnej występuje poważny problem. W tym kontekście gminy nie mogą zarządzać programami dotyczącymi ubóstwa.Czyli demokratyzacja w Meksyku nie jest zakończona?Ani trochę. We wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej w latach 90. XX wieku nastąpiły poważne zmiany w konstytucjach, w Boliwii, Peru, Ekwadorze. W Meksyku nie było. Nadal działamy w ramach instytucjonalnej struktury architektonicznej związanej z koncepcją jednej partii sprawującej władzę.W Meksyku politycy martwią się o władzę, aby zobaczyć, kto wygra, a kto kontroluje więcej stanowisk i więcej zasobów. W ogóle nie są zainteresowani żywotnością kraju, dobrobytem ludzi. Toczą nieustanną walkę o władzę. Wtedy się nie zgadzają. Nie ma rządów koalicyjnych. Nie ma żadnych umów. Żyjemy w kraju, w którym nie ma dialogu między partiami politycznymi. Nie ma zarządzania. Dla mnie demokratyzacja się nie skończyła.Czy jednak można powiedzieć, że po przemianach w 2000 roku dyskurs o demokracji się zakończył?Myśleliśmy, że zmieniając partię u władzy i przeprowadzając wiarygodne i rzetelne wybory, będzie dodatkowo reforma państwa. Organizacje zaangażowane w walkę o demokratyczne zmiany nie miały projektu reformy państwa: zdemokratyzowania mediów, zmiany liczebności legislatury, zmiany sposobu wybierania ustawodawców, reformy sądownictwa; największym zmartwieniem była zmiana ordynacji wyborczej.Myśleliśmy, że niektórzy ludzie, którzy debatują nad reformą państwa, dołączą do rządu Foxa, ale tak się nie stało. On szukał kierowników firm do sekretariatów i zatrudniał ludzi z różnych miejsc bez doświadczenia w administracji publicznej. Zniszczyło to, co było jeszcze pozostałością zarządzania. Kwestia reformy państwa jest wstrzymana.A kwestia pomiaru ubóstwa?To temat, nad którym debatuje się od wielu lat. Powiedziałbym, że nawet od 1985 czy 1986 roku. W tym czasie zmieniało się znaczenie polityki społecznej; Celem była polityka społeczna prowadząca do takiego państwa opiekuńczego jak Francja, Norwegia czy Urugwaj, z podstawowymi prawami socjalnymi, zabezpieczeniem społecznym dla wszystkich, edukacją dla wszystkich i zdrowiem dla wszystkich. Uważano wówczas, że rozwój społeczny to to samo, co walka z ubóstwem. Rozpoczęła się debata na temat sposobu mierzenia ubóstwa.Ponadto Meksyk zawierał pakty dotyczące praw człowieka. Istnieje komitet praw człowieka, który monitoruje wypełnianie zobowiązań. Podpisano pakt o prawach gospodarczych, politycznych i kulturalnych. Co pięć lat kraje musiały przedkładać raport na temat postępów w wypełnianiu swoich zobowiązań. Komitet systematycznie powtarzał Meksykowi, że musi opracować oficjalne miary ubóstwa, ponieważ ich nie ma i że konieczne jest ich ustanowienie. Następnie Meksyk miał międzynarodową presję, aby nie przeprowadzać tych pomiarów. W debacie na temat pomiaru ubóstwa stracono wiele lat. Do tej pory są problemy.Aby wdrożyć programy walki z ubóstwem, konieczne są pomiary i ustalenie granic ubóstwa. Od 1997 roku istnieją grupy, które oficjalnie zaczęły mierzyć ubóstwo. Postęp został osiągnięty dzięki ogólnej ustawie o rozwoju społecznym. Prawo to obejmuje dwa główne aspekty. Po pierwsze, wprowadza się wielowymiarowy pomiar ubóstwa, a pomiar dochodu pozostaje w tyle. Z drugiej strony mierzy się spójność społeczną, oprócz poziomu zdrowia, edukacji itp.To znaczy CONEVAL?Tak, CONEVAL ma historię pomiarów ubóstwa, w których omawiane są linie, ale zgodnie z wymogami prawa opracowywana jest obecnie wielowymiarowa metoda pomiaru. Co ciekawe, jest to robione z perspektywy praw.Jakie są wady tego wielowymiarowego modelu?Nie jest to łatwe do zrozumienia. Jest to bardzo niezrozumiałe z punktu widzenia porządku publicznego. Na przykład mówi się: czynnikiem, który ma duży wpływ na sytuację ubóstwa jest brak zabezpieczenia społecznego. Jeśli polityk to rozumiał, powinien walczyć o uniwersalizację zabezpieczenia społecznego, a nie przyznawać go tylko formalnym pracownikom. Myślę, że skoro jest to trudne do zrozumienia, musieliby zająć się rozpowszechnianiem tego, co to znaczy, co za tym stoi. Walka o kwestię pomiaru ubóstwa była tak silna, że ​​główny problem, jakim jest polityka społeczna, nierówności i brak dostępu do praw, został zatarty.Więc dyskusja na temat pomiaru ubóstwa jest jak zasłona dymna ...… Pomiary ubóstwa i marginalizacji są przewrotne. Indeksy i wskaźniki są fałszywe i sztuczne. Bieda jest znacznie bardziej złożona. To sytuacja deprywacji nie tylko materialnej, ale także psycho-emocjonalnej. Ludzie czują się biedni, pozbawieni mocy.Jakie było Pani doświadczenie jako szefowa Ministerstwa Rozwoju Społecznego w Dystrykcie Federalnym?Kiedy przybyłem do Sekretariatu, moim zadaniem nie było poświęcenie się programom ubóstwa, ale budowanie miejskiej polityki społecznej. Historycznie rzecz biorąc, programy dotyczące ubóstwa dotyczą obszarów wiejskich, środki - obszarów wiejskich, a wielkie przejście od ludności wiejskiej do miast nie było w pełni zakładane. Bieda w miastach pogarsza się. Najpierw próbowaliśmy sprawdzić, jakie instrumenty naprawdę posiadamy, ile zasobów i jak możemy je połączyć, aby rozwiązać problemy społeczne miasta. Dowiedziałem się, że wiele problemów to niepewność, nieufność, strach, przemoc. To znacznie bardziej złożone problemy niż tylko liczba szkół czy ośrodków zdrowia.Chciałam spróbować wypracować koncepcję polityki społecznej związanej z problemami miasta. Wiele instrumentów polityki społecznej jest w posiadaniu delegacji. Zostaliśmy tylko przez trzy lata. Najpierw musiałam zebrać w delegacjach dyrektorów biur rozwoju społecznego i powiedzieć im: panowie, co będziemy razem robić? Zgódźmy się. Mieli sport, ośrodki rozwoju społecznego, zarządzali środkami na modernizację szkół. Wspólne tworzenie programów zajmuje od sześciu do ośmiu miesięcy. Nie zostało nam dużo czasu. Opracowaliśmy koncepcję zwaną „Zintegrowanymi usługami społecznymi”, dzięki której w ośrodkach rozwoju społecznego oferowaliśmy różnorodne zajęcia dla różnych grup ludności. Pojawiła się koncepcja sportu, współzawodnictwa obywatelskiego: jeśli uprawiasz jeden sport, trzymasz się zasad, szanujesz drugiego. Zastanawialiśmy się również nad zdrowiem psychicznym społeczności i koncepcją kultury z bibliotekami zabawek, klubami książkowymi, warsztatami artystycznymi. Wszystko po to, by zbudować prawdziwe obywatelstwo. Ale mieliśmy półtora roku na skonfigurowanie systemu. Odzyskaliśmy przestrzenie, pomalowaliśmy je, naprawiliśmy i przeszkoliliśmy personel, aby zachęcać do takich działań.Jak wyglądała polityka rozwoju społecznego po okresie, gdy była Pani szefową resortu, czyli po 2000 roku?Wprowadzono zasady dotyczące praw. Na przykład osoby starsze miały prawo do emerytury powszechnej. Uważam, że nie można stworzyć wyspy praw w kraju, a reszty pozostawić bez nich.Jak można ocenić politykę rozwoju społecznego w latach 2000-2010 w Mieście Meksyku?Są tam ciekawe rzeczy, na przykład program dotyczący samotnych kobiet. Ale nie sądzę, żeby istniała też koncepcja polityki społecznej.Czego brakuje?Nie ma instytucjonalnego projektu polityki społecznej. Na przykład mój sekretariat nosił nazwę Ministerstwo Edukacji, Zdrowia i Rozwoju Społecznego. To był jeden sekretariat. W edukacji nie było nic. Naprawdę jedynym programem, jaki mieliśmy, była naprawa szkół. Szkolnictwem podstawowym i średnim w Okręgu Federalnym nadal zarządza rząd federalny.Było też zdrowie. Później utworzono sekretariat ds. Zdrowia. Następnie zrestrukturyzowaliśmy Ministerstwo Rozwoju Społecznego, aby uwzględnić kwestie równości, praw kobiet, dzieci i osób niepełnosprawnych.Czy pokonano ubóstwo?Nie, uważam, że programy walki z ubóstwem zostały zinstytucjonalizowane. Tak, nastąpiła transformacja w kierunku bardziej miejskiej koncepcji tego, co społeczne. Jest to więc kwestia zrobienia równania i zmiany w instytucjach, aby stworzyć miejską politykę społeczną. Problem w tym, że nie ma ciągłości, mimo że są to rządy tej samej partii.Do czego służył federalny SEDESOL?Jest to sekretariat do zarządzania programami ubóstwa. Aby zarządzać programami dla ONZ-Habitat. Innym programem był Oportunidades, obsługuje Liconsę (dystrybucję mleka), Diconsę (sklepy wiejskie); są to zasadniczo programy dotyczące ubóstwa.A jak ocenić program Oportunidades, który działał od 1997 do 2012?To absolutny regres. Maszyna decyduje czy daje się pieniądze, czy nie. Tak więc Oportunidades było niepowodzeniem.Jaki program ma największy wpływ na obywateli?Żaden. Obywatelstwo nie jest tworzone. I to jest wielka porażka demokratyzacji. Ponieważ demokratyzacja powinna pociągać za sobą udział ludności w programach, tak jak ma to miejsce w Brazylii, w komitetach zarządzania i zdrowia, ludność przybywa, uczestniczy i podejmuje decyzje. W Meksyku nie ma udziału społeczności. To okropne.Jak to jest w Brazylii?W Brazylii istnieje 300 tysięcy organizacji obywatelskich. A w Meksyku, jeśli osiągniemy 20 tys. to dużo. Rząd bardzo boi się organizacji obywatelskich.Czemu?Nie wiedzą, jak sobie z nimi radzić. Uważają ich z lewej strony. Uważają, że są krytyczni. Jest to więc bardzo skomplikowane. Tkanka społeczna jest niszczona. Ludzie boją się, są nieufni. Nie spotykają się, nie organizują, nie rozmawiają, a to daje możliwość totalitarnego reżimu.Jedyne, czego ludzie chcą, to bezpieczeństwo. To okropne. Jeśli zapytasz mnie: czy posunęliśmy się naprzód w demokratyzacji? Powiem, że jedyną rzeczą, która uległa demokratyzacji, były procesy wyborcze, a od 2007 roku nastąpiło niepowodzenie. Znowu są kontrolowani przez partie, a nie przez obywateli.Czy są jakieś optymistyczne perspektywy dla Meksyku? Jeśli nie na szczeblu federalnym, to w Mieście Meksyku?Nie. Nie ma wspólnej polityki.A w stanach?W stanach pojawia się wielu gubernatorów, którzy są bardzo atrakcyjni w mediach. Ale nie widzę żadnego z siłą ...… Aby zmienić kraj?Mam tylko nadzieję, że pojawi się heterodoksyjna myśl, która uznałaby, że w tak złożonym społeczeństwie potrzebne jest państwo, które może uporządkować i osiągnąć konsensus między tak odmiennymi stronami. Jedyną nadzieją jest to, że naprawdę odbudujemy państwo. O'Donnell, politolog, mówi, że musimy bronić naszego prawa do państwa; a Amartya Sen mówi, że musimy bronić naszego prawa do porządku publicznego.To, co wydarzyło się przez 30 lat neoliberalizmu, to zniszczenie państwa, rozpad bez alternatywnej konstrukcji. Przestępczość zorganizowana zastępuje struktury państwowe i zapewnia bezpieczeństwo ludziom, pracy i dochodom. Rzeczy, które państwo powinno zrobić. Na wielu terytoriach kraju państwo zostaje zastąpione przestępczością zorganizowaną.Bardzo dziękuję

Wywiad

Wywiad z Salomónem Nahmad

26.04.2021

Łukasz Czarnecki: Proszę uprzejmie przedstawić swoją trajektorię akademicką.Salomón Nahmad: Jestem antropologiem. Ukończyłem studia doktorskie z antropologii w Meksyku. Właściwie wszystkie studia ukończyłem w Meksyku. Jestem pracownikiem naukowym w Centrum Badań i Wyższych Studiów Antropologii Społecznej (CIESAS). Jestem członkiem Narodowego Systemu Naukowego i członkiem Meksykańskiej Akademii Nauk. Pracowałem nad kwestiami ubóstwa, odkąd byłem bardzo młody; na tematy rdzennych mieszkańców Meksyku przez 50 lat.Niedawno dołączyłem do zarządu CONEVAL[1] – Rady Narodowej Oceny Polityki Rozwoju Społecznego, jako pracownik naukowy. Mam 75 lat. Nigdy nie należałem do partii politycznej. Nie mam żadnych preferencji politycznych. Wręcz przeciwnie, jestem bardzo krytyczny wobec partii politycznych. Moja myśl utożsamia się z socjalizmem humanistycznym. Myślę, że rozwiązania konfliktów ludzi mają związek ze sprawiedliwym podziałem bogactwa. Aby społeczeństwo ludzkie było sprawiedliwe, musi sprawiedliwie rozdzielać bogactwo.W przypadku Meksyku bogactwo nie jest rozdzielane sprawiedliwie. To prawdziwa katastrofa. Bogactwo skupia się w kilku rodzinach, zaś miliony ludzi żyją w skrajnej marginalizacji iubóstwie.Jakie programy mają największy wpływ?Istnieje wiele programów, np. Program Możliwości i Procampo. Są to dwa makroprogramy, które rząd federalny musi w celu ograniczenia ubóstwa. Koordynują je rządy stanowe i federalne.Jakie są osiągnięcia w walce z ubóstwem?Bieda jest gigantyczna. Nie sądzę, żeby były duże postępy. Jesteśmy na etapie, na którym bardzo trudno jest myśleć, że ubóstwo zostanie zmniejszone. Wręcz przeciwnie, wzrosła. Według spisów nie zmniejszamy się, tylko zwiększamy poziom ubóstwa; ponieważ wzrost populacji jest szybszy niż programy. Jednym z największych czynników jest brak zatrudnienia, zwłaszcza w Oaxaca. Większość mieszkańców Oaxaca wyjeżdża ze stanu do Stanów Zjednoczonych. Tam pracują nad tym, co potrafią robić. Pracują w rolnictwie, w usługach, w restauracjach, przy pracach domowych. Wiele kobiet emigruje. Wśród najbiedniejszych stanów Oaxaca jest pierwszym. Pomimo faktu, że Oaxaca jest stanem o dużej aktywności rolniczej. Konieczne byłyby większe inwestycje w rolnictwo, eksport owoców i warzyw itp.Jakie ma Pan ogólne uwagi o instytucji CONEVAL-u?Chciałbym, aby CONEVAL miał możliwość wpływania na zmiany niezbędne do wdrażania i przygotowania polityki publicznej, z uczciwością i jasnością. Problem w tym, że w Meksyku jest również dużo korupcji. Co więcej, to, co generuje ubóstwo, to konfrontacja społeczna, przemoc, ponieważ nie ma możliwości korzystania z przysługujących im praw. Rząd nie rozwiązuje problemów związanych z prawami socjalnymi.Kto jest odpowiedzialny za walkę z ubóstwem: rząd federalny czy stan?Za politykę krajową w sprawach porządku publicznego odpowiada rząd federalny. Istnieją programy stanowe, ale większość programów do zwalczania ubóstwa ma charakter federalny. Na przykład w przypadku Oaxaca rząd stanowy nie ma dużych własnych dochodów. W Meksyku rząd federalny zbiera wszystkie zasoby; podatki federalne są skoncentrowane w Okręgu Federalnym, a następnie rozprowadzane w stanach. Tak więc, chociaż stany otrzymują część, większość budżetu pozostaje w rękach rządu federalnego, który ma bardzo duże instytucje, takie jak na przykład IFE (obecnie INE) lub SEDESOL; ma gigantyczny budżet. Następnie ten sekretariat ma wiele programów zarządzanych centralnie przez Okręg Federalny i stosowanych we wszystkich stanach.Polityka walki z ubóstwem nie jest zdecentralizowaną kwestią. Rząd meksykański jest historycznie bardzo centralistyczny; Chociaż są stany z wielką władzą, jaką jest rząd federalny. Stan Oaxaca jest krajem z najmniejszą ilością pieniędzy wśród wszystkich 32 stanów.Dlaczego?Ponieważ budżet jest rozdzielany w Izbie Deputowanych. Stany, które nie płacą dużych podatków, otrzymują mniej zasobów. Jest to problem administracyjny, ale północ Meksyku jest bogatsza, a południe Meksyku biedniejsze. Największa koncentracja ubóstwa występuje w Chiapas, Oaxaca, Guerrero i części Jukatanu. Wskaźniki pokazują największe ubóstwo w tych stanach.Czy w Meksyku nastąpiła demokratyczna transformacja? Czy CONEVAL jest jej wynikiem?Demokratyzacja oznacza nie tylko udział w głosowaniach, ale także dystrybucję bogactwa. Co do CONEVALu – nie sądzę.Instytucja CONEVALu jest organizacją – mam wrażenie, małą instytucją, która stara się ocenić programy zajmujące się ubóstwem, ocenić, jak one działają. Jest organem akademickim, nie jest instytucją narodowego aparatu biurokratycznego.Nie sądzę, by zrodziło się to z demokratyzacji. Uważam, że Bank Światowy i Międzyamerykański Bank Rozwoju naciskają na wszystkie kraje świata, aby dokonywały oceny programów społecznych. To bardzo ważne. Bank Światowy odpowiada za stosowanie programów socjalnych w każdym kraju w sposób przejrzysty i przejrzysty. Ponieważ kraje mają dług w Banku Światowym, Bank ten promuje te instytucje oceny społecznej.To nie jest oryginalny program rządu meksykańskiego, to międzynarodowa odpowiedzialność, podobnie jak ONZ czy prawa człowieka.Teraz Narodowy Instytut Geografii i Statystyki (INEGI) oraz Narodowa Rada Ludnościowa (CONAPO) i inne instytucje zajmują się statystyką; te dwa są fundamentalne. CONEVAL to niedawno utworzona instytucja; z drugiej strony INEGI i CONAPO mają wiele lat. Mając wszystkie dane generowane przez te instytucje, urzędy wykorzystują te informacje do planowania polityk publicznych. Natomiast Rząd federalny i każdy rząd stanowy wykorzystują te informacje do planowania programów socjalnych.Czy uważa Pan, że rząd federalny ma taką samą koncepcję ubóstwa jak rząd stanowy?Trudno odpowiedzieć. Ale generalnie myślę, że z punktu widzenia ilościowego ubóstwa tak, jest to zbieg okoliczności. Ale z perspektywy jakościowego ubóstwa nie. Wizja stanu Sonora różni się od wizji stanu Oaxaca, stanu Chihuahua i stanu Guerrero. To są różne wizje. Na przykład stan Baja California Norte, który graniczy ze Stanami Zjednoczonymi, składa się z pięciu gmin; Ten duży stan ma tylko pięć gmin; a Oaxaca ma 570 gmin. Organizacja Baja California jest zupełnie inna niż organizacja Oaxaca.Tutaj, w Oaxaca, pracuję na stanowisku naukowym przeszło 20 lat. Niejednokrotnie uczestniczyłem w definiowaniu polityk publicznych we współpracy z rządem stanowym, zwłaszcza wobec rdzennej ludności. Dlatego przeprowadziłem badania nad ubóstwem w stanie Oaxaca, aby rozróżnić jakościowe aspekty ubóstwa i miejsca, w których jest ono skoncentrowane.Mam wrażenie, że większość biedy występuje w miastach, na obszarach miejskich; a na wsi niektóre regiony są bardzo biedne, nawet skrajnie, ale są inne, które nie są tak biedne. Jest to wizja rozbieżna, którą rodzi wizja ekonomiczna w stosunku do wizji antropologicznej. To dwie różne wizje; my, antropolodzy, mamy jakościową wizję ubóstwa, a ekonomiści bardzo ilościową: dochód, pieniądze, etc..Wkład antropologów jest komplementarny. Pracowałem dla Banku Światowego, szczególnie przy idei kapitału społecznego, czyli organizacji wspólnot. Program PROGRESA-Oportunidades przyznaje pieniądze każdej rodzinie. Ale suma pięciuset rodzin w danej społeczności mogłaby wygenerować kapitał społeczny; i można to odwrócić w kwestiach społecznych. Kluczowy jest kapitał społeczny.Jakie jest wyzwanie CONEVAL-u?Wyzwanie polega na tym, jak oceniać programy i dostosowywać je tak, aby rzeczywiście miały wpływ na rodziny i społeczności, w których inwestuje się pieniądze w celu ograniczenia ubóstwa. Ocena społeczna jest bardzo ważna, podobnie jak jej metodologia. Istnieje ponad tysiąc programów rządowych.Jak koordynowane są te programy?Wszystko wciąż jest rozproszone. CONEVAL nie może koordynować. Powinien to zrobić w przyszłości, ale nie sprawuje kontroli politycznej. Nie ma uprawnień prawnych do koordynowania wszystkich programów. Można zgłaszać sugestie, ale nie można nakazywać. Wcześniej istniał sekretariat prezydencji, który zajmował się planowaniem i oceną, ale teraz go nie ma. Musi to być byt o dużej mocy koordynacyjnej. CONEVAL współpracuje ze Skarbem Państwa i Ministerstwem Administracji Publicznej w celu uzyskania zaleceń do wykonania, ale nie ma uprawnień do wydawania poleceń. Sekretariaty są bardzo potężne, są w nich politycy wybrani przez prezydenta.[1] CONEVAL jest zdecentralizowanym organem publicznym Federalnej Administracji Publicznej, posiadającym autonomię i techniczną zdolność do generowania obiektywnych informacji na temat sytuacji w polityce społecznej i pomiaru ubóstwa w Meksyku.Źródło zdjęcia: Nahmad y Sittón, Salomón – Unidad Regional (ciesas.edu.mx)

Wywiad

Kierunek zmian ustrojowych w Izraelu – wyzwania i zagrożenia

19.04.2021

Kierunek zmian ustrojowych w Izraelu – wyzwania i zagrożeniaDirections of legislation changes in Israel – challenges and threatsWywiad z profesorem Danem Kornem[1]Prof. Marcin Szydzisz: In 2018, the basic law:Israel as the Nation-State of the Jewish Peoplewas adopted.Does the thesis seem justified that in Israel, which tried to reconcile two elements: democracy with the Jewish character of the state, the latter component becomes more important?Prof. Dan Korn: The question is about 2018 basic law called The Nation State of the Jewish Nation. This is a problematic issue. To begin with – Israel doesn’t have full written constitution as some other countries like Britain. We don’t have a constitution, even though we have basic law. We wanted to have a constitution, but there wasn’t an agreement. Some people in Israeli politics said: “We don’t need a constitution, because we have already a constitution. And that’s the Bible”. This is so, because the religion founded Israel. You don’t have a separation between state and religion and we don’t have a constitution. There was a big political debate and the compromise was that we’ll have a series of basic law.So far there are fourteen basic laws and the last one is actually the nation state. This is basically problematic because now it created a tension between two elements - the Israeli democratic state and Jewish state. The nation state is problematic because it stresses Israel as Jewish state. And the truth is there is no need to emphasize it. Israel is a Jewish state because the majority are Jewish. That’s clear.Everything before 2018 was based on the Proclamation of Independence. That was not fully constitution, but it was good for everybody. This document was not an integral part of the law but it was respected by the people written more as a declaration, not as paragraph in the law. Now, suddenly everybody saw it is wonderful. This can[ serve as an umbrella that all the different groups in Israeli society can live within. The people said: we had a proclamation of independence from 1948 and different groups in Israel: Jews and non-Jews (Arabs, Christians and Druzes) were happy and content and there was no need to have a specific basic law about Israel the nation state of the Jewish people. The introduction in 2018 of the Nation State Basic law created tensions between Jews and non-Jews in Israel and thus became very problematic.You know, in Israel you have more than 20% of non-Jewish people – I’m talking about Israeli citizens, not about Palestinians in the West Bank. There are different groups of non-Jewish people. For example there are the Druzes – there are about 28 villages mostly in the north of Israel. It’s a small group and their philosophy is to support the government where they live. For example Druzes who live in Syria supported and even to some extent support Assad.Druzes, who live in Israel are very loyal, moreover they have been serving the Israeli army for years. And they suddenly said that because of Basic Law they became the second class citizens. Even when it wasn’t clear that Israel will win the war for independence and become a state , they showed their loyalty. What I’m saying to you – really loyal citizens suddenly feel that they are not any more equal citizens.On top of which, I feel, in 1980, Hebrew and Arabic were top two languages, they were on the same level – two official languages. But it’s not like that any more. Although the Arabic language hasthe preference in the Arab areas, there are also notes in the Arabic, but it doesn’t have the same status. It’s a kind of nationalism in Israel.Why do you have to create internal division provocations – that’s the debate. And the most people that felt hurt mostly are Druzes. They say: “We took your side before there was Israel, and suddenly we are not equal”.Today, unfortunately, for the last 10 years, there is a shift to the right in Israeli politics – more nationalism, more authoritarian regime, etc. It’s not only in Israel. Netanyahu is a man in power continuously since 2009, but he was also 3 years before.Suddenly we try to create new definitions of liberal democracy. By the way – I was in Israeli policy in the centre, centre-left a little bit. In the past I was a member of parliament from the Labour Party, it was the biggest party, about 20 years ago. Later on we can talk about the problem with Netanyahu. People like him don’t look how to maintain the balance between three branches of government: the executive (the head of which is the prime minister), parliament (legislation) and the judiciary. Actually he wants the government to dominate parliament, and actually not to be bothered too much by the judiciary review.How was Trump's Middle East peace plan received by the Israelis?Trump’s plan is based on two major elements: one is to create normalization between Israel and some Arab countries. This agreements, hopefully, will include economic, social cooperation, etc..The other element is to annex or expand Israel into the West Bank in the way which will pressure the Palestinians to come to some agreement with Israel.Palestinians will lose more and more, time is not on their side. Even Trump never abandoned two-state solution. He says: “According to my plan there will be a two-state solution.” What will be the nature of the State of Palestinians is also problematic from the Palestinians point of view. They won’t have army, they will not have Jerusalem, which serves the role of capital. But still we’re talking about the state or the state “minus”.The two elements are in Trump’s plan – we realized only later that in order to make the progress – that is to say the normalization like we now have with the United Arab Emirates, Bahrain, Sudan. They don’t have a common border with Israel but they are the members of Arab League.Basically the one thing, which in the background is, and it, maybe an achievement for Israel: we are not dependent all the time on solving the conflict with the Palestinians. It’s still the most important problem – the relations between the Israelis and the Palestinians, but even if we are stuck with it or even if it’s very slow, we can still develop relations or normalization with Arab countries. In other words, the Palestinians don’t have a veto, a veto to peace process – that’s the key.But our major problem is still to come to terms with the Palestinians, because the Palestinians are our mates, they live among us – the West Bank, the Gaza Strip, etc.Pushing forward the normalization with other Arab countries is included in Trump’s plan. By the way, if Biden wins the election, they will not go forward with the annexation. If you ask me about the right wing element within the government, mostly Yamina – which now is becoming very popular in Israel, they know that nobody will actually will be able to secure and ensure Israel with annexation. Even in Jerusalem, when Trump moved the American Embassy there, most activities it was more a declaration than an actual action. What I want to tell you – even talking about Trump’s plan, even if Trump is reelected, the annexation doesn’t exist, it will not be carried on. Moreover, at the moment, Netanjahu, who is the right winger, but who wants to put himself in the centre says: “Look how wonderfully is with the United Arab Emirates – no compromises, no peace for peace. But in fact there was a compromise – they got a divine plane, which in fact is the best weapon.Because there are always prices – even Trump, who is regarded as a good friend of Israel, in the long run, even if he is reelected, in my opinion there might be problems . And actually we have to pay a price for it. Let’s put it in this way – in general – yes – most Israelis are happy with Trump’s attitude, certainly in the short time. And right wingers and the settlers in the West Bank are happy. But first at all we don’t know what will happen with Trump. Even if Trump continues his policy, I don’t think there will be any annexation.I don’t have a problem with it. It can maybe bring the Palestinians to the table. I am for solution with Palestinians, for same kind of coexistence, same kind of confederation, some kind of the way that people will be able to live. It’s no way that millions will be pushed. Some right people in Israel say: No problem there won’t be a country, let’s everything on the east side of Jordan river will be Palestine. It won’t work. Some Israelis think: it is not possible to think about such things in the 21st century. What I want to tell you – basically some Israelis are happy with Trump, but I don’t think it will be like that any further. You know that the world, even the US formally, consider Palestinian issue is a major issue. Remember that we were a minority, in 1948 after the war of independence suddenly we became a majority of Jews in a bigger Israel.On the 29th November 1947 General Assembly United Nations adopted resolution 181 – the Partition Resolution, which divided Palestine into Jewish state, Arab state and Jerusalem as an international city. The Jews accepted it, the Arabs didn’t. Our prime minister, the best I think, David Ben Gurion, said: “For us it’s important to have Jewish sovereignty”. The biggest mistake for the Arabs was not to accept the Partition Resolution. There would be smaller Israel, but there would be a state of Palestine. It was a major mistake but the life goes on.If we were to have the second element in Trump’s plan, just like the extreme right wing in Israel wanted, it might collapse the peace with Jordan.Some believe that the annexation of the West Bank will reduce Israel's security. How true is this thesis?If you ask me about the security issue, Jordan is doing a lot of good to us. Without Jordan we would have major problem with enemies from the eastern border of Israel. In the west we have to deal with the Palestinian issue without upsetting king Abdullah. King Abdullah said: “If you are going to any annexation now, because of Trump’s plan, I will abolish the peace agreement”. In my opinion Israel should pay King Abdullah of Jordan, because of service he does for strengthening the security of our country.Will the UE (or European countries) decide to impose diplomatic (economic) sanctions against Israel after its possible decision to annex? What would be the results?Some Israeli think that Netanyahu is friendly with Hungary and to some extent with Poland, because he is not so happy with the countries that control or at least with the strongest countries in the UE, because they don’t follow his policy that we can do anything in territory. European Union should boycott certain products from Israel, even if they are from West Bank, but they do if it’s from there.How will the Palestinians react to the annexation of the West Bank?The Palestinians may want to dismantle the Palestinian Authority (PA). In such a case Israel will have to take care not only about security in territories occupied in the 1967 war, but it will have to create an administration which provides civil services like infrastructure, education, welfare and so on to millions of Palestinians who live in West Bank. This is a major financial burden and creates many problems.We cannot think about annexing the West Bank and come to some kind of a solution with the Palestinians. Now, with Jo Bidden as President-Elect of the U.S. Jewish annexation of the West Bank is not really a viable option. Probably we come back to deal with “the two state” solution: a Jewish state and a Palestinians state. For security reasons the Palestinian state will be limitation.In my opinion, if we sit at the negotiation table, it will create more tensions and I’m afraid – it’s not a definite possibility – there will be another Intifada – terroristic activities, etc., etc. So I’m not so happy with it.We have in my opinion as much as I believe that moderate Israeli and moderate Palestinians should give the country at the moment of annexation. And other thing – at the moment of the possible annexation, extremists on both sides may call the shots. You may tell the Palestinians that time is not necessarily on their side and I told you that the major mistake was made many years ago.Israel is a problematic state in terms of a democratic system.After the 6-day-war when we controlled the territories, right wing said: “Palestinians can live in Nablus and Ramallah, but they can vote for Jordanian parliament. They can live in Gaza Strip, and the Egyptians will take them to vote in Egypt”. I don’t accept it, but this is how some think in Israel.This makes me upset. I want to add something about ultra-orthodox Jews who also live n Israel, that feel the certain autonomy. They don’t serve in the army, they don’t pay taxes, etc. But they support the prime minister. By the way, this is the major support for him. Otherwise he would be kicked out and go before the court.If you want to be a democratic state you cannot think of fifty three years of occupation.Next problem is related with settlement movement. In international low all Jewish settlements are illegal, but mayor settlements are legal in Israeli law.The Jewish youth, who live in illegal settlements in the West bank try to frustrate the live and the livelihood of the Palestinians. Moreover, they tell the Palestinians that they are the masters of the land because it was given to the Jews by God. From their viewpoint there is no place for any territorial compromise because the entire land of Israel (Palestine) was given in biblical times to the Jewish people.In the 90’s there were 50% centre left and 50% centre-right in Israeli political scene. The centre-left were willing to continue peace process. Even if you have differences, the very fact that you talk, the very fact you have a cooperation – economic, social, security cooperation with the Palestinians is important. What’s the problem – if you don’t have a security cooperation with the Palestinian authorities, it’s not good for Israel. It won’t be good if they don’t want to follow the Oslo agreement any more, we don’t want to have Palestinian Authorities, which is actually a state “minus” – I’m very worried about it. We’ll have to take care of all the civilian activity in the West Bank – it won’t be good for Israel. It will cost us billions. It’s like what happened in 1967 – suddenly we had territories. Israelis had to deal with social things – agriculture, transportation, social issues, welfare, etc. among the Palestinians. It was crazy.Wywiad z prof. Joanną Dyduch[2]Prof. Marcin Szydzisz: W 2018 r. przyjęto ustawę o Izraelu jako państwie żydowskim. Jakie ma to znaczenie dla funkcjonowania współczesnego Izraela?Prof. Joanna Dyduch: W roku 1948 Izrael przyjmując deklaracje niepodległości określił ramowe warunki dla funkcjonowania systemu państwowego na poziomie systemowym. W deklaracji mowa jest o kilku kluczowych sprawach. Wydaje się, że jedną z najważniejszych, wyprowadzonych z Deklaracji zasad ustrojowych jest to, że Izrael ma być państwem demokratycznym i ma być siedzibą dla narodu żydowskiego. Deklaracja jest rozbudowana, odwołuje się do różnych kwestii, nawet takich z pogranicza filozofii polityki, a nawet, można powiedzieć, że metafizycznych. Twórcy Deklaracji Niepodległości (najważniejszego systemotwórczego dokumentu) odnoszą się w niej np. do faktu, że Ziemia Izraela jest kolebką cywilizacji żydowskiej i Żydzi po wiekach wygnania do niej wracają.Jednak, trzeba powiedzieć, że cała Deklaracja, mimo wszystko utrzymana jest w duchu konsensualnym. Dodajmy, że zapowiadając powstanie Państwa twórcy tego aktu nie chcieli Państwa wyznaniowego. Chcieli oni państwa świeckiego z podkreśleniem wagi i roli religii, jako raczej czynnika kulturotwórczego niż metafizycznego.Sama Deklaracja, wraz powstającymi, w późniejszych dekadach, Prawami Generalnymi (Basic Law) brała pod uwagę, a może nawet stawiała w centrum, dwa najważniejsze filary państwa: po pierwsze, że Izrael ma być siedzibą narodową dla Żydów i po drugie, że powinien być państwem demokratycznym, w którym jest miejsce dla wszystkich innych, czyli również dla nieżydowskich obywateli państwa.Izrael w swoim ustawodawstwie starał się równoważyć te dwa podstawowe ustrojowe elementy. Przez długi czas ten balans udawało się zachować. Przejawiało się to, na przykład w tym, że sam Ben Gurion i partia Mapai starali się arabską ludność zamieszkującą terytorium Izraela uczynić elementem systemu (dobrze ilustruje to historia partii Mapam oraz Popular Arab Blok). Arabowie otrzymali obywatelstwo. Co oznaczało także, to że musieli oni respektować zasady tego systemu. Ograniczyło to możliwość kontestowania samego istnienia Izraela, jako państwa demokratycznego i żydowskiego, w którym mieliby oni swoje miejsce.Potwierdzeniem zasady demokratycznej były decyzje najważniejszych instytucji izraelskich, w tym Sądu Najwyższego. Wykluczył on np. z wyścigu wyborczego w latach 90-tych żydowskie partie eksternistyczne, które nawoływały do przymusowego transferu Arabów. Takim ugrupowaniem była partia Kach. Została onapozbawiona możliwości udziału w wyborach ze względu na to, że jej hasła zostały uznane za antydemokratyczne i godzące w zasady państwa prawa.Cały ten mechanizm systemowy, który powstał w Izraelu reagował na różne bodźce z zewnątrz i interakcje elementów wewnątrz systemu. Przez to jest on dynamiczny i się zmienia. Przechodził on też różne przeobrażenia ale nigdy nie było tak, że jakaś relewantna siła polityczna, czy to na poziomie rządowym, czy nawet na poziomie parlamentarnym wyraźnie kwestionowała jego ustrojowe zasady chcąc je redefiniować.Stało się to dopiero w momencie przyjęcia Prawa Generalnego mówiącego o żydowskim charakterze państwa. Ustrojowy sens tej ustawy, moim zdaniem, zmienia to państwo. Żydzi stają się tą częścią, która w jakimś sensie jest uprzywilejowana Nie można się zgodzić z tezą, że ta ustawa ma charakter rasistowski, czy fundamentalistyczny, ale jest jakąś formą dyskryminacji ludności nieżydowskiej.To co zaczęło się dziać z izraelską demokracją w sensie ustrojowym, wcześniej działo się w sensie kultury politycznej. Przez przyjęcie tej ustawy przybrało ono jednak wymiar prawny. Demokracja w tym państwie zaczęła dryfować w kierunku demokracji większościowej. Demokracji, która staje się alternatywą dla demokracji liberalnej.Takie propozycje pojawiły się już w latach 80-tych. Jednak to, co się wydarzyło w wyniku przyjęcia tej ustawy, to jest rodzaj ustrojowej zmiany, która zakłada, że większość ma prawa, które nie powinny być ograniczane prawami mniejszości. Ograniczanie prawa większości poprzez nienaruszalne prawa mniejszości jest charakterystyczne dla demokracji liberalnej.W demokracji liberalnej najważniejsze są prawa jednostki i te prawa nie mogą być naruszane tylko dlatego, że większość sobie tego życzy. To co się wydarzyło w Izraelu jest, na poziomie wewnątrz państwowym, przypieczętowaniem pewnych zmian politycznych, które dokonywały się od jakiegoś czasu w izraelskim społeczeństwie. Tą ustawą w jakimś sensie zakończono się dryfowanie demokracji liberalnej – kosmopolitycznej w kierunku demokracji większościowej. A, w moim przekonaniu, demokracja większościowa stoi dzisiaj wyraźnie w opozycji do demokracji liberalnej, gdzie prawa jednostki są postrzegane jako imperatyw. We współczesnym Izraelu i myślę, że podobnie jest w państwach środkowo-wschodniej Europy, prawa jednostki, które są stawiane ponad dobro wspólnoty i ograniczają realizację celów kolektywnych uważane są wręcz za zagrożenie dla funkcjonowania i homeostazy systemu.Ta zmiana, która dzieje się wewnątrz państwa, gdy spotyka się z reakcjami społeczności międzynarodowej i graczy z otoczenia międzynarodowego niesie całe mnóstwo konsekwencji dla Izraela. Po pierwsze, część Izraelczyków (i to nie tylko Arabowie) mówi, że swobody demokratyczne są ograniczane. Niektórzy rozumieją, że jeśli wychodzimy od koncepcji, że to Żydzi mają większość to naturalnie przyjmowane jest też założenie, że ci którzy mają większość w obrębie Żydów też mają prawo decydowania wobec tych, którzy są w mniejszości (np. liberalnie myślących). Z tego powodu dochodzi dziś w Izraelu do licznych napięć społecznych.Trzeba powiedzieć, że te zjawiska, która mają miejsce wewnątrz państwa są w określony sposób postrzegane przez społeczność międzynarodową. W niektórych państwach, czy wśród niektórych przedstawicieli klasy politycznej ze zrozumieniem (np. na Węgrzech, USA Donalda Trumpa, Brazylii, a także do pewnego momentu Polsce).To są te kraje, w których uważa się, ze rządy silnej ręki, które reprezentują większość, są sposobem na radzenie sobie z kryzysem. Natomiast te państwa, które tak nie uważają (zachodnia Europa, i w znacznej mierze brukselskie elity) stają się bardzo krytyczne wobec Izraela. Trzeba też dodać, że izraelski establishment i brukselskie centrum w ogóle nie mówią tym samym językiem. Opisując te same rzeczy posługują się kategoriami zupełnie inaczej definiowanymi. Mówiąc o demokracji rozumieją to pojęcie zupełnie inne rzeczy.W moim przekonaniu ta ustawa spychała ludność arabską w Izraelu na margines. Takim czytelnym, symbolicznym dowodem było pozbawienie języka arabskiego statutu języka urzędowego. Czy może Pani Profesor podać inne formalne rozwiązania, które powodują, że Arabowie mogą czuć się obywatelami drugiej kategorii. Wydaje mi się, że duże znaczenie ma dostęp do armii. Armia w Izraelu pełni nie tylko ważne funkcje jeśli chodzi o obronę kraju, ale jest ona także formacją socjalizującą i stratyfikującą. Pełni ona istotną rolę w konstruowaniu i rekonstruowaniu struktury społecznej w Izraelu.Część ludności arabskiej służy w wojsku, ale są to tylko Druzowie, Beduini i zdarza się, że chrześcijanie Arabowie. Wszyscy oni muszą być ochotnikami. To też oznacza, że musi być klimat we własnych społecznościach, żeby się do armii rekrutować. W przypadku Beduinów i Druzów tak jest, a w przypadku chrześcijan bywało, ale teraz wydaje się, że jest już trochę inaczej. Też trzeba pamiętać, że służba w wojsku oznacza dla nich narażenie się na ostracyzm w szerszej perspektywie, a czasami nawet w węższej, lokalnej.Służba wojskowa daje pewne doświadczenie społeczne i intensywny proces socjalizacji. Daje też możliwości szkolenia. Kursy w izraelskim wojsku mają charakter bardzo profesjonalny. Poza tym armia może wysyłać żołnierzy na studia i nawet za te studia płacić. To wszystko procentuje w późniejszym życiu zawodowym. Poza tym dzięki armii tworzy się cały system sieci, powiązań, znajomości, które później są kluczowym elementem umożliwiającym efektywność działania w różnych obszarach: np. w gospodarce.Ale na ile jest to wykluczenie systemowe, prawne, a na ile tylko faktyczne.Pewno jest to wykluczenie o charakterze raczej praktycznym, ale nie zmienia to faktu, że możliwości rozwoju ludności nieżydowskiej są jednak mniejsze.Są też jednak rozwiązania prawne, które wywołują nierówność np. kwestia własności ziemi. W 1960 r. uchwalono Prawo Generalne, które określa kto jest właścicielem ziemi w Izraelu. Faktycznie właścicielem ponad 90% ziemi w Izraelu jest Żydowski Fundusz Narodowy (Jewish National Fund) i to jest uprzywilejowanie makro grupy społecznej: Żydów, ale nie indywidualnych Żydów, bo oni nie są właścicielami – oni uzyskują prawo do wieczystej dzierżawy. Wiemy z praktyki, że znacznie łatwiej uzyskać to prawo Żydowi, który właśnie zrobił aliję niż Palestyńczykowi, który mieszka w Izraelu od urodzenia, w domu, co do którego ma wątpliwość czy podlega on dziedziczeniu.Ale na ile jest to ustrojowe, prawne upośledzenie określonej kategorii ludności?To jest raczej pytanie do prawnika. To o czym ja mówię wynika z refleksji o charakterze polityczno-społecznym.Nie powiedzieliśmy jeszcze o Prawie do powrotu, czy szerzej o kwestiach regulujących migracje czy też mobilność ludzi. Są ono niesłychanie istotne (np. sprawa małżeństw). Izraelskie prawo np. nie daje możliwości uzyskania obywatelstwa Palestyńczykowi, który zawiera związek małżeński z obywatelką Izraela.Jak przyjęty przez Izraelczyków został plan Trumpa, który m. in. zakładał aneksję Zachodniego Brzegu przez Izrael?Oczywiście były różne opinie, ale duża część obywateli popierała ten projekt. Argumentowano to w różny sposób. Poboczny ale bardzo ważny argument związany jest z przekonaniem, że Izrael jest pełny (Israel is full) – nie ma się gdzie osiedlać. Prognozy demograficzne prowadzone przez The Central Bureau of Statistics wskazują, że liczba mieszkańców Izraela będzie szybko rosnąć. Już teraz patrząc na zestawienia demograficzne widać, że przyrost naturalny wśród ludności żydowskiej posiadającej obywatelstwo Izraela jest wyższy niż społeczności muzułmańskiej. Tendencje demograficzne, których bali się Izraelczycy zostały odwrócone. Ta zmiana wynika w dużej części z bardzo dużej dzietności ludności ultra ortodoksyjnej, która nie w pełni uczestniczy w życiu Izraela (np. nie służy w wojsku).Izraelskie władze chcą ją mocniej zintegrować z resztą społeczeństwa.Niemniej zwolennicy koncepcji Israel is full uważają, że Izrael jest koszem, w którym niewiele się już zmieści. Autor (Allon Tal) książki ((The Land is Full), który ją stworzył patrzy na Państwo Żydowskie z perspektywy geostrategicznej. Zauważa on, że największe źródła wody podziemnej znajdują się na Zachodnim Brzegu i to właśnie Zachodni Brzeg jest bardzo ważny ze względów strategicznych. To jest najbardziej cenny i najłatwiejszy kierunek ekspansji terytorialnej. Izrael uważa, że kwestia palestyńska jest jego wewnętrzną sprawą. Taka narracja pojawiła się już w 2010 r. Od tego czasu władze konsekwentnie prezentują problem palestyński jako wewnętrzną sprawę Izraela. W kuluarach coraz śmielej pojawiają się koncepcje zakładające odejście od koncepcji rozwiązania dwupaństwowego na rzecz koncepcji jednego państwa z dwoma niezależnymi systemami politycznymi, ale jedną władzą zwierzchnią.Ma to być federacja, która zarządza centralnie zasobami strategicznymi takimi np. jak terytorium, czy woda, a innymi jak np. system edukacji - arabski i żydowski komponent zarządzają samodzielnie. W zasadzie to się Izraelowi udało. Sprawa palestyńska przestała funkcjonować jako kwestia międzynarodowa i nie jest tak traktowana przez znaczną część izraelskiego społeczeństwa i, co więcej, tak postrzegają ją nawet izraelskie środowiska lewicowe.Potwierdzają to także aktualne wydarzenia. Część państw regionu zmienia swoje podejście do kwestii palestyńskiej. Świadczą o tym porozumienia z Bahrajnem czy Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, które należy rozumieć jako pokój z Arabią Saudyjską pokazują. Zadeklarowany sojusznik Palestyńczyków – Iran ma swoje problemy wewnętrzne, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Dodatkowo zamieszanie na rynkach energetycznych powoduje, że i on ma powody do obawy.Jak to czytać w kontekście sprawy palestyńskiej – świat powoli przywykł, że to nie jest kwestia międzynarodowa, a już na pewno, że nie jest ona kluczowa na Bliskim Wschodzie. Podoba się to Izraelowi i jego żydowskim obywatelom. Co to może oznaczać w rozumieniu propozycji Trumpa?.Niektórzy Izraelczycy uważają, że aneksja Zachodniego Brzegu nie jest możliwa, inni, że Netanjahu nie zdecyduje się na zajęcie całego tego obszaru tylko jego części (co dla Palestyńczyków byłoby jeszcze gorsze). Z perspektywy humanitarno-gospodarczej byłaby to dla nich katastrofa.Premier Izraela się jeszcze nie zdecydował na ten krok, chociaż moim zdaniem podejmie taką decyzję – bez względu, kto wygra wybory w Stanach Zjednoczonych. Tym bardziej, że dla Izraela właśnie jest to właściwy moment cyklu koniunkturalnego. Od listopada do stycznia mamy w USA „bezkrólewie” i zawsze wtedy, najczęściej, gdy w Stanach Zjednoczonych były rządy prawicowe u władzy, Izrael przesuwał swoje granice. Granice nie w rozumieniu materialnym czy terytorialnym, ale granice dozwolonych zachowań. Wydaje mi się, że i tym razem może być podobnie . Zwłaszcza, że my nie wiemy w jakiej kondycji jest Palestyńska Władza Narodowa. Izrael w tym czasie może dokonać punktowej aneksji – to znaczy przejęcia kontroli nad kluczowymi fragmentami Zachodniego Brzegu - czyli nad najważniejszymi osadami żydowskimi uznawanymi przez państwo za legalne. To bardzo niedobry scenariusz dla Palestyńczyków.Takie działanie Izraela sparaliżowałoby komunikacje pomiędzy osadami palestyńskimi na Zachodnim Brzegu, a w zasadzie szerzej uniemożliwiłoby to Palestyńczykom dostęp do szeroko rozumianych usług publicznych.Pewne dawniej przyjmowane za oczywiste rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego stają się już niemożliwe do realizacji. Unia Europejska wciąż upiera się przy koncepcji dwupaństwowej. Chociaż, niektórzy podkreślają, że ta koncepcja jest już „martwa” i wiara, że można ją jeszcze „reanimować” jest szkodliwa dla samych Palestyńczyków. Pojawiają się głosy, że w tej sytuacji najkorzystniejsze byłoby powołanie jednego państwa – takiej federacji, ale nie federacji terytorialnej ale funkcjonalnej. Wydaje się, że część Izraelczyków byłaby w stanie zaakceptować takie rozwiązanie.Na czym miała by polegać taka federacja?Byłoby to jedno państwo i dwie oddzielne władze wyposażone w uzgodnione, wynegocjowane kompetencje. Rozwiązania federacyjne w różnych krajach wyglądają różnie. Zakres autonomii części federacji względem rządu centralnego jest uzgadniany. W federalnym państwie, które nie nazywałoby się Izraelo-palestyna, tylko oczywiście wciąż Izrael należałoby uzgodnić, jaki zakres autonomii zostałby Palestyńczykom przekazany. Jeśli popatrzymy na to na chłodno, to tak funkcjonuje Autonomia Palestyńska od lat. Palestyńska Władza Narodowa można powiedzieć, że jest emanacją funkcjonalnej autonomii, a i nie ma ona władzy nad terytorium.Zastanawiam się również, czy jest możliwy taki scenariusz, że kiedy dojdzie do aneksji części terytorium Zachodniego Brzegu władze Autonomii ogłoszą samorozwiązanie. To dla władz izraelskich wcale nie byłoby dobre rozwiązanie. Mimo, że Izrael traktował problem palestyński jako wewnętrzną sprawę państwa to w świetle prawa międzynarodowego władze palestyńskie miały jakiś rodzaj podmiotowości i zagospodarowywały pewne obszary aktywności państwa i izraelskie władze nie musiały się tym zajmować. Gdyby palestyński rząd się rozwiązał kwestie np. organizacji oświaty czy służby zdrowia spadłyby na Izrael.Uważam, że nie masz racji. To jest błąd, który popełnia Unia Europejska. To jest takie myślenie pozytywistyczne, konstruktywne, normatywne, i nawet powiedziałabym w sposób publicystyczny, takie wishfull thinking. Myślenie, że Izrael będzie brał odpowiedzialność za sprawy nie swoich obywateli jest niewłaściwe. Czy Izrael – jako realistyczni konstruowana potęga martwi się tym, że Syria jest państwem upadłym? Czy dla Izraela jest problemem to, że Irak się rozpada i jest wylęgarnią wielu nieszczęść społecznych ,w tym terroryzmu, a Liban jest na granicy upadku?Izrael nigdy nie był bezpieczniejszy. W latach 90-tych izraelscy politycy jak Szymon Perez albo Icchak Rabin myśleli, że wielki, nowy Bliski Wschód będzie bezpieczny, jeśli dojdzie do takiego multilateralnego porozumienia na rzecz rozwoju, ale okazało się, że tak nie jest.Wśród izraelskich decydentów nie ma takiego myślenia, że im gorzej w izraelskim sąsiedztwie tym gorzej dla państwa. Raczej jest odwrotnie: im gorzej w izraelskim sąsiedztwie tym dla Izraela lepiej. Podam przykład: po raz pierwszy Izrael zaczął eksportować ropę naftową z Bliskiego Wschodu, z irackiej części Kurdystanu. Poza tym Izrael sprzedaje. lub jest donatorem, odsolonej wody dla Jordańczyków. Jordańczycy nie radzą sobie z zapewnieniem podstawowych potrzeb syryjskim uchodźcom i Izrael wspiera rząd w Ammanie niosąc tego rodzaju pomoc humanitarną.Dlaczego w umowie koalicyjnej przyjęto uregulowanie mówiące o aneksji część Zachodniego Brzegu. Czy to nie jest to gwóźdź do politycznej trumny Benniego Ganca?Nie, nie ma dla Bennego Ganca znaczenie fakt, czy stracił pośrednie poparcie ugrupowań arabskich.A dla lewicowych partii izraelskich?Ale one mają marginalne znaczenie na izraelskie scenie politycznej. Nawet lewicowe partie w Europie już nie zajmują się sprawami politycznymi i polityczno-międzynarodowymi tylko obyczajowymi.Czy Unia Europejska albo poszczególne państwa europejskie zdecydują się na sankcje dyplomatyczne (ekonomiczne) wobec Izraela po jego ewentualnej decyzji o aneksji? Jakie przyniosłoby to efekty?Unia Europejska i jej instytucje nie będą mogły wypracować pełnego konsensusu. W zakresie Polityki zagranicznej i bezpieczeństwa kompetencje ma Rada Unii Europejskiej musi ona jednak działać w pełnej zgodzie wszystkich państw. W kwestii potępienia aneksji Zachodniego Brzegu nie będzie można wypracować wspólnego stanowiska.Byłyby państwa, które chciałyby je stworzyć. Do tych państw zaliczyłabym Szwecję, Irlandię, Belgię, Francję i być może jeszcze kilka innych. Natomiast są takie kraje, które nie zgodzą się na takie działania. Do tych państwa zaliczyłabym Czechy. Można się również spodziewać, że Polska nie poparłaby żadnych sankcji. Nie dlatego jednak, że jest ona zwolennikiem aneksji Zachodniego Brzegu przez Izrael. O tym zdecydowałaby całkowite powiązanie polityki bezpieczeństwa Polski ze Stanami Zjednoczonymi.Przez europarlamentarzystów niektórych państwa (np. Francja, Irlandia) mogą być podjęte inicjatywy, które będą polegać na próbach przyjęcia np. rezolucji potępiających Izrael. Trzeba jednak pamiętać, że te rezolucje mają jedynie charakter opiniodawczy. Nie są one źródłem prawa, bo są nim tylko decyzje Parlamentu Europejskiego podejmowane wspólnie z Radą Unii Europejskiej. Parlament Europejski nie ma kompetencji w zakresie Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Te należą do Rady Unii Europejskiej, a w tym gremium, jak już mówiłam, potrzebny jest konsensus. Wszelki działa na forum Unii będą miały charakter symboliczny i tworzyć będą pewną narrację niż realnie oddziaływać na Izrael.Czy są w stanie coś zrobić państwa narodowe?Myślę, że Izrael mógłby się obawiać reakcji Unii Europejskiej jako całości. Izrael nie jest zależny w zasadniczy sposób od jakiegokolwiek państwa członkowskiego z wyjątkiem Niemiec. Myślę jednak, że Niemcy nie posunęłyby się do ograniczenia, czy też zamrożenia relacji dyplomatycznych czy też polityczno-gospodarczych z Izraelem.Czy może być próba bojkotu produktów izraelskich podjęta przez społeczeństwa europejskie, która mogłaby mieć wpływ na działania rządów?Nie przewiduję czegoś takiego. Trzeba spojrzeć na strukturę relacji gospodarczych. Potencjalny bojkot miałby znaczenie ale tylko w zakresie sprzedaży żywności, ale i tutaj rząd Izraela mógłby sobie poradzić. Inne towary eksportowane przez Izrael są wysoko przetworzone i najczęściej są one komponentami do produkcji produktów końcowych.Myślę też, że reorientacja eksportu Izraela, który ograniczyłaby polityzację wymiany handlowej byłaby możliwa. Tym bardziej, że polityka premiera Netanjahu polegała na dywersyfikacji wymiany handlowej. Chodziło o to by nie polegać na jednym partnerze, czyli ograniczyć konsekwencje współzależności gospodarczej.Trzeba też powiedzieć, że inwestycje izraelskie mają charakter pośredni. Inwestują nie tyle izraelskie firmy, co przedsiębiorstwa związane izraelskim kapitałem. Wielu izraelskich inwestorów ma też obywatelstwo, któregoś z krajów europejskich.Niektórzy uważają (np. Maj.-Gen. Kamil Abu-Rukun), że aneksja Zachodniego Brzegu zmniejszy bezpieczeństwo Izraela. Na ile prawdziwa jest taka teza?Trudno jest nawet jednoznacznie stwierdzić w jaki sposób mierzyć bezpieczeństwo.Np. zaangażowaniem służb czy wojska w obronę jego granic, czy ochronę obywateli?Nie wiem, ale Netanjahu mówił, że po budowie muru bezpieczeństwo Izraela się w zasadzie zwiększyło. Można to stwierdzić w sposób mierzalny np. biorąc pod uwagę liczbę zamachów. Czy zatem aneksja Zachodniego Brzegu obniżyłaby czy zwiększyła poziom bezpieczeństwa? Jestem pewna, że wielu Izraelczyków uważa, że takie działania podniosą jego poziom. Aneksja mogłaby być dla Izraela niebezpieczna, jeśli takie działanie spotkałoby się z wysokim poziomem wrogości innych państw regionu (np. gdyby inne państwa regionu zaatakowałyby Izrael z jej powodu). A ja uważam, że to jest bardzo mało prawdopodobneMożliwe jest za to, że się pojawią problemy w stosunkach Izraela z Egiptem lub Jordanią? Tym bardziej, że król Jordanii mówił, że ten projekt nie może być zrealizowany.Ale wtedy Stany Zjednoczone i Kanada prawdopodobnie wycofają się z finansowania Jordanii. Może się okazać, że Jordanii groziłoby bankructwo.Jakie będę reakcje strony palestyńskiej, jeśli dojdzie do aneksji części Zachodniego Brzegu?Palestyńczycy są zmęczeni poziomem korupcji i niewydolnością władzy prezydenta Autonomii Abu Mazina. Jednocześnie boją się oni, przejęcia władzy przez Hamas. Mogłoby to powtórzyć scenariusz innych państw regionu (np. rozruchy, rewolucje). Społeczeństwo palestyńskie jest bardzo podzielone i nie ma tam takiego Prometeusza, któremu Palestyńczycy by zaufali i to też działa na rzecz Izraela.Czyli potencjalna, kolejna Intifada palestyńska byłaby prawdopodobna. Jest prawdopodobna, ale w Palestynie nie ma, jak już mówiłam, przywódcy, który by ją mógł koordynować. Na pewno nie byłby to aktualny prezydent Autonomii.[1] Dan Koren, profesor, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie w Tel Awiwie, autor i redaktor publikacji dotyczących izraelskiej sceny politycznej (m. in. The Demise of Parties (ed) Publisher: Hakibbutz Hameuchad 1988; Public Policy in Israel: Perspectives and Practices (ed), Lexington Books, New York, Oxford 2002; Israeli Cabinets: Wise decisions, Stupid Decisions (with Y. Gutman) Publisher Yediot Books 2017), polityk, członek izraelskiego parlamentu 2008.[2] Profesor w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez wiele lat związana z Wydziałem Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie uzyskała tytuł doktora i doktora habilitowanego. Jej zainteresowania badawcze lokują się w obszarze studiów izraelskich i europejskich. Autorka wielu publikacji na temat polityki zagranicznej i stosunków międzynarodowych w perspektywie teoretycznej i praktycznej w tym monografii pt.: Europeizacja polskiej polityki zagranicznej w perspektywie realizmu strukturalnego, Wrocław 2016, za którą otrzymała nagrodę Polskiego Towarzystwa Studiów Europejskich za najlepszą monografię w roku 2017 oraz książki Stosunki polsko-izraelskie w latach 1990-2009. Od normalizacji do strategicznego partnerstwa, Warszawa 2010 (https://www.researchgate.net/profile/Joanna_Dyduch). W 2018 roku ukazał się drukiem specjalny numer czasopisma Polish Political Science Yearbook (47/2) w całości poświęcony studiom izraelskim (http://www.czasopisma.marszalek.com.pl/10-15804/ppsy/358-vol-47/issue-2/2053-contents-47-2), którego była ona współredaktorem. Od lat związana z Europejskim Stowarzyszeniem Studiów Izraelskich z siedzibą w Londynie (European Association of Israel Studies/SOAS - University of London), od 2017 roku wiceprzewodnicząca organizacji. Członek Polskiego Towarzystwa Studiów Europejskich. Wykładowca wizytujący m.in. na Uniwersytecie Wiedeńskim, Uniwersytecie Karola w Pradze, Uniwersytecie Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy. W ostatnim czasie odbyła pobyt badawczy w Stiftung Wissenschaftund Politik w Berlinie.

Wywiad

„Japonia jest dla mnie jakby drugą ojczyzną”. Z kroniki polsko-japońskiej czasu przemian

02.03.2021

O tym, co łączy Polskę i Japonię, i dlaczego o wiele więcej niż dawny dług zagraniczny i zamiłowanie do Chopina – opowiada Prof. Stanisław Filipek w wywiadzie z Mateuszem Kryckim.Często bywa Pan w Japonii?Po raz pierwszy odwiedziłem Japonię w roku 1975 na zaproszenie znakomitej uczelni – Tokyo Institute of Technology – w ramach rocznego Post Graduate University Course in Chemistry. W Kursie uczestniczyło 14 osób, głównie z krajów azjatyckich ale także z Ameryki Południowej (Ekwador) i Europy Wschodniej (oprócz mnie była też jedna Bułgarka). Uczelnia stworzyła idealne warunki do pracy naukowej. Każdy z uczestników kursu pracował w konkretnym laboratorium (ja prowadziłem pionierskie prace eksperymentalne nad własnościami wodorków metali w warunkach wysokich ciśnień w ramach Research Laboratory of Engineering Materials) lecz niezależnie od tego mieliśmy wspólne zajęcia, głównie z zaawansowanych technik instrumentalnych. Oprócz tego Uczelnia zorganizowała kilka wyjazdów o charakterze naukowym (Hydroelektrownia Kurobe, Zakłady Petrochemiczne w Niihama i in.), ale przy okazji pozwalały one na poznanie wielu japońskich zwyczajów, zabytków i krajobrazów. Wspominam tamten okres jako bardzo wartościowy i twórczy, w którym zrealizowałem szereg ciekawych badań naukowych uwieńczonych publikacjami w dobrych czasopismach naukowych. Równocześnie poznałem bardzo wielu wspaniałych Japończyków i nawiązałem szereg przyjaźni trwających po dziś dzień.Od tamtej pory odwiedzałem Japonię wielokrotnie w ramach współpracy naukowej, realizacji wspólnych grantów badawczych, a także uczestnicząc w konferencjach naukowych. Często wyjeżdżałem do Japonii nawet kilka razy w ciągu roku.Szczególny charakter miał mój ponad czteroletni pobyt w Japonii (w latach 1991-1995), kiedy Ministerstwo Współpracy Gospodarczej z Zagranicą zaproponowało mi stanowisko Radcy Handlowego w Tokio, odpowiedzialnego za współpracę gospodarczą pomiędzy naszymi krajami. W tym czasie bardzo sobie ceniłem dobre relacje z Ambasadorem Henrykiem Lipszycem, który znakomicie wypełniał swoją trudną misję w Japonii. Z Henrykiem przyjaźniłem się jeszcze podczas studiów na japonistyce. Jestem też bardzo wdzięczny moim współpracownikom w kierowanym przeze mnie Biurze Radcy Handlowego za zaangażowanie i rzetelną pracę. Po zakończeniu tego mojego „dyplomatycznego epizodu” powróciłem do pracy naukowej w Instytucie Chemii Fizycznej PAN, gdzie pełniłem obowiązki Kierownika Zakładu a przez kilka lat Vice Dyrektora d/s naukowych. W tym czasie kontynuowałem współpracę naukową z Japonią, Niemcami, Francją, Taiwanem i innymi krajami.Czym jest dla pana Japonia i jaki jest początek pańskich więzi z krajem „kwitnącej wiśni”?W mojej rodzinie Japonia pojawiała się jako daleki, piękny i egzotyczny kraj o starej, bogatej kulturze, ciekawych zwyczajach i pojmowaniu honoru (samuraje) w sposób podobny do polskich rycerzy. Mając kilkanaście lat zacząłem ćwiczyć judo i karate. Pamiętam wrażenie jakie wywarło na mnie brzmienie komend podawanych w języku japońskim. Wcześniej znajdowałem upodobanie w nauce języków obcych; łacina i rosyjski były obowiązkowe w moim liceum a jako samouk nauczyłem się także włoskiego. Kiedy ukończyłem studia i podjąłem pracę na Politechnice Warszawskiej jako asystent, wpadłem na pomysł, aby dowiedzieć się czegoś więcej o Japonii. Spotkałem się więc z Profesorem Wiesławem Kotańskim, Kierownikiem Zakładu Japonistyki i zapytałem, czy są w Warszawie jakieś kursy języka japońskiego. Profesor spojrzał na mnie i rzekł; „Jedynym miejscem, gdzie można się czegoś nauczyć jest Zakład Japonistyki UW. Proszę zdać egzamin wstępny i do zobaczenia!”.W tej sytuacji nie miałem wyjścia i egzamin wstępny zdałem. Pracując nadal na Politechnice podjąłem więc jednocześnie studia japonistyczne. Początkowo myślałem, że to przekroczy moje możliwości ale jakoś dałem radę. Pracę magisterską na temat wytwarzania japońskich mieczy z punktu widzenia metalurgii obroniłem w tym samym roku co doktorat z chemii fizycznej. Japonistyce zawdzięczam też to, co się w życiu najbardziej liczy – szczęśliwą i wspierającą się rodzinę.Japonia jest dla mnie jakby drugą ojczyzną. Mam tam wielu prawdziwych Przyjaciół i kolegów, na których się nigdy nie zawiodłem. Wędrowałem po Japonii od góry Taisetsuzan na Hokkaido po Kagoshimę na Kyushu i od Wysp Ogasawara (Bonin) po Okinawę. Wszedłem na wiele wysokich gór, w tym na najwyższe szczyty każdej z czterech największych wysp. Odbyłem trening Yamabushi w rejonie Dewa Sanzan i trzykrotnie przepłynąłem 2 km dystans przez morze do czerwonej bramy Torii unoszącej się na wodzie przed słynną Świątynią Itsukushima Jinja na wyspie Miyajima. To pływanie w intencji światowego pokoju i ochrony środowiska odbywało się w dniu 6 sierpnia bezpośrednio po rocznicowych uroczystościach w Hiroshimie. Towarzyszyli mi w tej akcji moi japońscy Przyjaciele oraz mój syn – japonista. Po przypłynięciu do Miyajimy gościł nas naczelny kapłan Itsukushima Jinja – Nozaki Guji. Przy okazji dowiedziałem się, że urodził się tak jak i ja w Roku Smoka. Podążając szlakiem Kukai (Kobo Daishi) odwiedziłem też wszystkie 88 świątyń na wyspie Shikoku, kończąc tę wędrówkę na Górze Koya, gdzie spoczywa Kukai – założyciel nurtu Shingon w japońskim buddyzmie.Pracując długie lata w Instytucie Chemii Fizycznej PAN współpracowałem z kilkoma japońskimi uczelniami (TIT, Tokyo University, Tokai University, Tokyo Rika Daigaku, Hiroshima University, Yokohama Shiritsu Daigaku i in.) oraz instytutami badawczymi (AIST). W ramach grantów JSPS prowadziłem badania w Japonii oraz przyjmowałem japońskich naukowców w moim Instytucie. Wśród wypromowanych przeze mnie doktorów oprócz Polaka, Ukrainki i Rosjanki jest też jeden Japończyk (jedyny Japończyk, jaki do tamtego czasu obronił doktorat w IChF PAN).Rok 1996 - Spotkanie "dzieci z Kobe" z "Dziećmi Syberyjskimi" w Celestynowie.Źródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatneMówi Pan o Japonii jako o „drugiej ojczyźnie”. Z tej perspektywy - jakie jest wg Pana postrzeganie Japonii w Polsce i jak Japończycy postrzegają nas?To wzajemne postrzeganie bardzo szybko zmienia się w czasie. Kiedyś wyjazd do Japonii nie był taki prosty jak dzisiaj. Teraz mamy bezpośrednie połączenie lotnicze Warszawy z Tokio co za umiarkowaną cenę pozwala Polakom podróżować do Japonii. Z drugiej strony do Polski przybywa wielu japońskich turystów.Żałuję, że wciąż zbyt mało Polaków wie o uratowaniu przez Japonię blisko 800 polskich dzieci ginących z głodu i chorób na Syberii po rewolucji bolszewickiej. Uważam, że ta niezwykła akcja humanitarna jest fundamentem naszej przyjaźni z Krajem Wschodzącego Słońca. Za sprawą władz japońskich polskie dzieci zostały przywiezione do Japonii i lądując w porcie w Tsuruga miały wrażenie, że trafiły z piekła prosto do raju. W sierocińcu Fukudenkai w Tokio w roku 1921 odwiedziła je nawet Cesarzowa Japonii co w tym czasie było rzeczą niezwykłą. Wyleczone, odżywione i otoczone troskliwą opieką dzieci zostały odwiezione do kraju japońskimi statkami. Po raz drugi Japonia pośpieszyła z pomocą Polakom (głównie polskim Żydom), którzy na początku II Wojny Światowej schronili się na Litwie uciekając przed dwoma totalitarnymi reżimami. Rezydujący w Kownie japoński konsul Sugihara Chiune wystawił im kilka tysięcy wiz japońskich (zwano je „wizami życia”), które pozwoliły wyrwać się z matni.Obydwie fale uchodźców lądowały w porcie w Tsuruga, gdzie założono dedykowane im Muzeum „Port of Humanity Tsuruga”, które 3 listopada 2020 r. przeniosło się do nowej siedziby. Dyrektor Muzeum Akinori Nishikawa, mój dobry Przyjaciel, kilkakrotnie odwiedzał Polskę, a w ubiegłym roku gościł u siebie Karola Nawrockiego, Dyrektora Muzeum II Wojny Światowej. W nowej siedzibie, położonej na nabrzeżu portowym przygotował wspaniałą ekspozycję. Nadmienię, że w tegorocznej listopadowej uroczystości w Tsuruga uczestniczyło trzech ambasadorów (polski, litewski i izraelski) a Ambasador Polski wręczył Prezydentowi Tsurugi specjalny upominek. Był to dyplom Yad Vashem przyznany Antoninie Liro Dziecku Syberyjskiemu za ocalenie żydowskiego chłopca podczas niemieckiej okupacji. Anna Liro, córka Pani Antoniny, którą poprosiłem o podarowanie kopii postanowiła ofiarować Muzeum w Tsuruga cenny oryginał. Dyplom ten znalazł tam poczesne miejsce. Bardzo cieszy pamięć Japończyków o tamtych wydarzeniach ale uważam, że tym bardziej my Polacy powinniśmy o nich nie zapominać. Dlatego na bardzo wysokie uznanie zasługuje Konferencja poświęcona Dzieciom Syberyjskim zorganizowana w ubiegłym roku w naszym Sejmie przez panią poseł Dorotę Arciszewską-Mielewczyk.Rok 2020 - Otwarcie nowej siedziby Muzeum w TsurugaŹródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatneBędąc Radcą Handlowym w Tokio poszukiwałem wydawanych w Japonii albumów o Polsce, które nadawałyby się na upominki dla moich rozmówców w japońskich ministerstwach, urzędach i firmach. Niestety w japońskich księgarniach nie znajdowałem nic odpowiedniego (w przeciwieństwie do dostępnych albumów poświęconych np. Węgrom, Czechom lub Słowacji). W końcu zachęciłem japońską firmę, którą wcześniej przekonałem do zainstalowania polskich witraży w projektowanych przez nią budynkach, aby wydała album poświęcony Polsce. Moi przyjaciele zgodzili się i wysłali do Polski artystę – fotografa. W ten sposób powstał piękny album p.t. „Polska widziana oczami pewnego Japończyka”. W albumie tym znajduje się też jedno zdjęcie wykonane przeze mnie; jest to widok z mostu na Wiśle na teren budowy Centrum Manggha w Krakowie. Umieszczenie mojego zdjęcia w tym Albumie poczytuję sobie za wielki zaszczyt. Firma podarowała 200 egzemplarzy Albumu kierowanej przeze mnie placówce (tj. BRH) i od tej pory miałem znakomity prezent dla moich japońskich rozmówców. A piękne polskie witraże zaistniały w zabytkowym kościele katolickim, dwóch placówkach szkolnych oraz na komendzie policji.Myślę, że są to dobre przykłady kształtowania sposobu naszego wzajemnego postrzegania.Rok 2020 - Wręczenie dyplomu Yad Vashem Antoniny LiroŹródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatneZ perspektywy tych wielu lat bogatych doświadczeń - jak Pan ocenia współczesne stosunki polsko-japońskie? Polacy od dawna niezmiennie fascynują się Japonią, jej starą kulturą, literaturą, sztuką oraz tradycyjnymi technikami walki (judo, karate, aikido). Przeciętny Japończyk przez wiele lat powojennych postrzegał Polskę jako sowieckiego satelitę. Pomimo to wielu Japończyków znało i ceniło muzykę Chopina, uczestnicząc często w konkursach Chopinowskich. Zmiany w postrzeganiu Polski zaczęły zachodzić po wyborze Jana Pawła II (zwłaszcza po jego wizycie w Japonii) i przełomie polityczno-gospodarczym zapoczątkowanym przez Solidarność. Obecnie nasz kraj wzbudza u Japończyków coraz większą ciekawość i sympatię.Co w takim razie wpływało na ewolucję relacji Polski i Japonii do stanu obecnego? Mamy jakieś kluczowe obszary dialogu lub sporów, tzw. kluczowe momenty w tych relacjach? Jest wiele czynników, które kształtowały nasze relacje. Należałoby to jakoś uporządkować…To pomogę i pozwolę sobie zacząć od przemian ustroju politycznego i gospodarczego w obu krajach – jakie miały znaczenie? Przemiany polityczne, ekonomiczne i społeczne w Polsce w latach 80. ubiegłego wieku stworzyły wiele szans na dobrą współpracę. Niestety, nie mogły być one w pełni wykorzystane z powodu redukcji polskiego zadłużenia (z czasów rządów Gierka i Jaruzelskiego) - gwarantowanego przecież przez państwo polskie. Japonia zaakceptowała - bardzo niechętnie -to rozwiązanie ale zamroziła realną współpracę gospodarczą m.in. przez wstrzymanie kredytów i gwarancji kredytowych dla firm zamierzających inwestować w Polsce. Skutecznie to zniechęcało potencjalnych inwestorów. Pierwszym symptomem zmian tego podejścia było przyznanie kredytu Exim Banku na budowę fabryki baterii elektrycznych w Gnieźnie przez firmę Matsushita (wspólnie z Philipsem). Była to pierwsza inwestycja japońska w dziedzinie produkcji w Polsce. Miałem wielką radość i satysfakcję uczestniczyć w tym ważnym wydarzeniu, jakim było podpisanie umowy kredytowej. Ostateczne „odmrożenie” stanowiska Japonii nastąpiło w roku 1995 w wyniku wizyty w Japonii naszego Ministra Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, a ja miałem przyjemność zainicjować i koordynować tę wizytę.Czyli miał Pan swój wkład w odbudowywanie relacji z Japonią w wymierny sposób…Można tak to ująć – jako jeden z wielu Polaków i Japończyków, którzy pracowali na rzecz normalizacji. Wkrótce po tym pojawiło się w Polsce blisko 300 nowych firm japońskich. Należy jednak podkreślić, że nawet w okresie „zamrożenia” miały miejsce pozytywne działania szeregu organizacji rządowych (np. JAICA, JETRO, JSPS) i gospodarczych (Keidanren, Izby Handlowo-Przemysłowe i in.) stymulujące naszą współpracę w wielu dziedzinach.Rozwijając ten wątek - w jakim stopniu aspekty współpracy technologicznej mogły mieć znaczenie przy negocjowaniu i lokowaniu tych inwestycji zagranicznych? I – co też istotne z punktu wymiany gospodarczej - czy inwestycje te były głównie w jedną stronę – tj. z Japonii do Polski?Inwestycje były głównie kierowane z Japonii do Polski. W tym kontekście szczególne znaczenie miało wstąpienie Polski do Unii Europejskiej co stworzyło dla Japonii wiele nowych możliwości współpracy przynoszących korzyści także dla Polski. Można do nich zaliczyć podnoszenie kwalifikacji polskich osób zatrudnionych w produkcji lub administracji oraz kształtowanie japońskiego etosu pracy u polskich pracowników. Oprócz współpracy technologicznej ważną rolę spełnia współpraca naukowa.W Instytucie Chemii Fizycznej PAN, w którym pracowałem ponad 40 lat, wiele Koleżanek i Kolegów współpracowało z japońskimi naukowcami przez szereg lat. Wspomnę tu choćby o prof. Januszu Lipkowskim - długoletnim Dyrektorze Instytutu, prof. Jerzym Góreckim oraz prof. Marii Janik-Czachor. Znaczącym efektem współpracy było wdrożenie nowatorskiej metody oczyszczania gazów odlotowych z elektrociepłowni dokonane we współpracy z naukowcami japońskimi przez prof. Andrzeja Chmielewskiego - wieloletniego dyrektora Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej.Jako jeden ze szczególnie ważnych przykładów chciałbym podać współpracę pomiędzy Instytutem Wysokich Ciśnień PAN, a japońskimi ośrodkami naukowymi kierowanymi przez japońskich laureatów Nagrody Nobla (Amano, Akasaki i Nakamura) z roku 2014. Jest to zasługa osiągnięć prof. Sylwestra Porowskiego, prof. Izabeli Grzegory i ich współpracowników, których badania koncentrowały się na opracowaniu niebieskiego lasera na osnowie monokryształów azotku galu.Współpraca z japońskimi noblistami z pewnością była pewną okazją do – nazwijmy to - wymiany kulturowej i wspólnego bliższego poznania współczesności obu krajów. W tym kontekście i niejako nawiązując do jednego z pierwszych pytań o postrzeganiu- czy wzajemna opinia publiczna miała i ma wpływ na relacje polsko-japońskie? Oczywiście tak. Dlatego jest rzeczą ważną, aby wydarzenia istotne z punktu naszych wzajemnych relacji – na przykład wystawy, koncerty i inne wydarzenia kulturalne, konferencje, inwestycje, akcje charytatywne itd. - były podawane do wiadomości przez media. Dużą rolę odgrywają też wydawnictwa książkowe (np. „Mosty Przyjaźni. Polska dusza i japońskie serce” – książka napisana przez Nagao Hyodo, ambasadora Japonii w Polsce w latach 1993-1997 i przetłumaczona na język polski; wspomnę też o książkach Shunji Ozaki o Historii Warszawy, Powstaniu Warszawskim i Powstaniu w Getcie).Ostatnio przybywa coraz więcej dobrych książek o Polsce wydawanych w Japonii oraz książek o Japonii ukazujących się w Polsce. Oprócz wielu tłumaczeń literatury japońskiej warto wymienić dzieło prof. Ewy Pałasz-Rutkowskiej p.t. „Historia stosunków polsko-japońskich”. Wspomnieć należy także o studiach japonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Duża liczba kształcących się japonistów sprzyja prawidłowemu postrzeganiu Japonii w Polsce. Z drugiej strony organizowane przez Uniwersytet Muzyczny w Warszawie studia i inne szkolenia przyciągają corocznie wielu młodych, utalentowanych muzycznie Japończyków. Do lepszego poznania naszego kraju zasłużyło się wielu Japończyków. Nie sposób tutaj wyliczyć wszystkich, ale powinniśmy pamiętać o zasługach takich osób, jak Umeda Ryochu, Shozo Yoshigami, Shimao Toshio, Sato Masahiko i Yukio Kudo, czy Shinroku Saito oraz Sekiguchi Tokimasa; muszę wymienić też Yoshimi Fukami, Akinori Nishikawa i Hirohisa Uchida, Akira i Yasuko Sawaoka, Yusuke Tejima, Masatake Wada, ale też Koichi Akatsu, Masahiro Taguchi, Kunio Miyauchi, Tsuneo Okazaki, Yoshihiro Taniguchi. Są też…Z pewnością jest ich wielu…Muszę też wspomnieć o Kiyokatsu Matsumiya, Bunji Matsushita, Teruji Suzuki i Junji Kudo, Yoshiaki Ishizuka i Shoji Asada, ale też o Teruo Matsumoto, Yamamoto Michio, czy wreszcie Masakazu Miyanaga, Akiko Miwa.Tak, lista przekracza ramy tego wywiadu, ale - kończąc już - nie można też zapominać o zasługach kolejnych Ambasadorów Japonii, Dyrektorów Centrum Informacji i Kultury Japonii, Dyrektorów Biura JETRO, Japońskiej izby Gospodarczej w Polsce i wielu innych Japończyków działających w Polsce.Z drugiej strony duże uznanie należy się również Ambasadorom i Pracownikom Ambasady Polskiej oraz Instytutu Polskiego w Tokio, którzy systematycznie podejmowali i podejmują wiele ważnych inicjatyw na rzecz zacieśniania naszych dobrych relacji z Japonią.Na szczycie Asahidake 2290 m - najwyższej górze na Hokkaido w pasmie Taisetsuzan.Źródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatneMamy więc wielu konstruktorów „mostu” między Polską i Japonią. A może istnieje pewien kulturowy wspólny mianownik między nami? Może Japończyków i Polaków łączyć – na przykład - pewna religijność ?W większości religii poza transcendencją można odnaleźć wspólne elementy (wskazania/nakazy) kształtujące ludzkie postawy i stosunki społeczne. W Japonii dominuje buddyzm i shinto – katolicy stanowią około 1 % ogółu. Mówiąc o religii nie sposób nie wspomnieć o Świętym Maksymilianie Kolbe, który wiele wysiłku i pracy poświęcił miastu Nagasaki gdzie m.in. zbudował klasztor, w którym schronili się mieszkańcy po ataku atomowym w roku 1945. Jego współpracownicy, którzy pozostali w Japonii, zasłużyli sobie na wdzięczną pamięć u Japończyków. Ojciec Mirochna zbudował w pobliżu Nagasaki szpital dla dzieci upośledzonych fizycznie lub umysłowo. Szpital ten działa do tej pory. Ojciec Żebrowski (znany w Japonii jako Ojciec Zeno) organizował sierocińce, w których zapewniał bezpieczne schronienie dla japońskich dzieci osieroconych w wyniku działań wojennych. Ojciec Zeno spoczywa w pięknym widokowym miejscu niedaleko Góry Fuji. Działalność polskich misjonarzy została opisana w wielu japońskich publikacjach (także w formie komiksu). Sztuka poświęcona Ojcu Zeno została nawet wystawiona przez Japończyków w bazylice w Niepokalanowie.Czy miały miejsce jakieś istotne wydarzenia, które pomogły rozwijać wzajemne stosunki? Oczywiście. Było ich bardzo wiele. Przede wszystkim to pierwsza w historii wizyta Ich Cesarskich Wysokości w Polsce w roku 2002 oraz wizyty członków rodziny cesarskiej. Cesarz i Cesarzowa zwiedzili Kraków i Warszawę spotykając wiele wybitnych osobistości. Na przyjęciu w rezydencji Ambasadora Japonii spotkali też trójkę Dzieci Syberyjskich, z którymi długo rozmawiali. A więc po upływie 81 lat Cesarzowa Japonii ponownie spotkała się z polskimi Dziećmi Syberyjskimi. O tym wydarzeniu, a przy okazji także i o Polsce pisała wtedy cała japońska prasa.Duże znaczenie miała też oficjalna wizyta Prezydenta Wałęsy w Japonii w 1994, podczas której spotkał się z przedstawicielami japońskiego biznesu i miał wystąpienie w Keidanrenie. Na jego cześć wydane zostało przyjęcie z udziałem Cesarza i wysokich japońskich osobistości. Wizyta ta przyczyniłą się do przyspieszenia tempa normalizacji naszej współpracy gospodarczej.Bardzo ważne było także otwarcie Centrum Manggha w Krakowie z inicjatywy Andrzeja Wajdy i według projektu Arata Isozaki. W Centrum znalazła swoje miejsce kolekcja dzieł sztuki japońskiej utworzona przez Feliksa Jasieńskiego (jego pseudonim to właśnie Manggha) i zawierająca wiele bezcennych drzeworytów japońskich. Obecnie Centrum Manggha, pod kierunkiem Dyrektor Bogny Dziechciaruk-Maj, nie ogranicza się do działalności wystawowej ale prowadzi niezwykle ożywioną, wielostronną działalność na rzecz zbliżenia naszych krajów.Innym ważnym wydarzeniem była też – wspomniana już - pierwsza japońska inwestycja produkcyjna firmy Matsushita w Gnieźnie.Duże znaczenie dla rozwijania wzajemnych relacji miało także utworzenie Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych. Kierowana przez Rektora Jerzego Pawła Nowackiego uczelnia kształci znakomitych specjalistów w dziedzinie informatyki, którzy mają też szansę lepiej poznać japońską kulturę i japońskie realia.W swoim czasie ważną rolę spełniało Towarzystwo Polsko-Japońskie, którego działalność kontynuuje obecnie Salon Przyjaciół Japonii pod kierunkiem Prezesa – prof. Ryszarda Jabłońskiego. Salon organizuje wiele prelekcji, wystaw i innych ciekawych imprez.Założone w 2004 r. Centrum Kultury Japońskiej w Przemyślu kierowane przez Panie Igę Dżochowską i Atsuko Ogawa, także podejmuje szereg inicjatyw, organizując m.in. Festiwale Kultury Japońskiej w Rzeszowie, Jarosławiu, Krasiczynie i innych miejscowościach. Cieszę się też bardzo, że mogłem współuczestniczyć w akcji nadania Szkole w Starej Wsi w Gminie Celestynów imienia „Dzieci Syberyjskich”. Geneza tego pomysłu wynika stąd, że w roku 1996 w tej szkole mieszkały przez 4 dni dzieci z Kobe w ramach naszego projektu „Trzytygodniowe Wakacje Szlakiem Polskich Stolic”. Na terenie malowniczego kampusu pobliskiego Instytutu Wysokich Ciśnień PAN zaaranżowaliśmy ich spotkanie z czwórką Dzieci Syberyjskich. Wierzę głęboko, że wychowankowie tej Szkoły – jedynej o takim imieniu – będą promować Japonię w Polsce i Polskę w Japonii umacniając nasze przyjacielskie więzi zadzierżgnięte ponad 100 lat temu. Wspaniała działalność Pani Dyrektor Elżbiety Osuch znajduje uznanie i wsparcie ze strony Pana Wójta Witolda Kwiatkowskiego a także mieszkańców gminy i wielu innych osób. Bliskość instytutu Wysokich Ciśnień PAN stwarzać będzie celestynowskiej młodzieży szanse kształcenia w nowoczesnych dziedzinach nauki. Może z tego grona wyjdą nowi polscy laureaci Nagrody Nobla? Życzę im tego z całego serca.Możnaby wymienić jeszcze wiele innych ale nie sposób wymienić wszystkich. Rok 2005 drugie spotkanie dzieci z Kobe z Antoniną Liro - Dzieckiem SyberyjskimŹródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatneA z wydarzeń lub historii szczególnie Panu bliskich – chciałby Pan jakieś wymienić?Z tych, które zainicjowałem i w które byłem bardzo zaangażowany, mogę wspomnieć choćby współpracy pomiędzy miastem Niepołomice i jego japońskim partnerem Shihoro oraz Myślenicami i Natasho. Ta współpraca przyniosła wiele dobrych rezultatów. Tutaj wspomnę o kilku z nich. W roku 1995 wstrząśnięty skutkami trzęsienia ziemi w rejonie Kobe zwróciłem się do Burmistrza Niepołomic z prośbą o przyjęcie grupy dzieci z rodzin najbardziej poszkodowanych w tym katakliźmie. Władze Niepołomic bez wahania podjęły pozytywną decyzje. Podejmując tę akcję mieliśmy w pamięci dobro okazane 75 lat wcześniej polskim dzieciom ginącym na dalekiej Syberii. Za sprawą Burmistrza Stanisława Kracika i Wiceburmistrz Danuty Wieczorek 30. osobowa grupa Japończyków (28. dzieci, pielęgniarka i tłumaczka) spędziła piękne, relaksujące wakacje w Polsce. To niezwykle wspaniałe i serdeczne przyjęcie w Niepołomicach zapoczątkowało wiele kolejnych wzruszających i ważnych wydarzeń. Panu Stanisławowi Kracikowi i Pani Danucie Wieczorek jestem za to bezgranicznie wdzięczny. „Wakacje w Polsce” powtórzyliśmy w roku 1996 dla drugiej grupy 30. japońskich dzieci. Uczestniczyły w nich przede wszystkim niezawodne Niepołomice, a oprócz tej miejscowości także Myślenice, Kraków, Gniezno, Płock i Celestynów.Wspominałem wcześniej o uwieńczonej sukcesem promocji polskich witraży w Japonii. Te wielkie dzieła sztuki witrażowej zdobią nie tylko zabytkowy kościół pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego, Szkołę Handlowo-Przemysłową i Szkołę Rolniczą w Tokio, ale także Komendę Policji w miejscowości Kumagaya oraz domy prywatne. Takie niezwykłe możliwości mogłem stworzyć polskim witrażystom dzięki wspaniałej japońskiej śpiewaczce – Yoshimi F., koncertującej w Japonii i wielu krajach Europy, w tym w Polsce. Imię „Yoshimi” pisze się dwoma znakami淑美, z których pierwszy wyraża subtelność a drugi – piękno. To imię nadane jej przez ojca – profesora architektury na Uniwersytecie Nihon Daigaku - znakomicie charakteryzuje jej osobowość. Yoshimi ma wszelkie cechy „Yamato Nadeshiko” 大和 撫子 . Było dla mnie wielkim wyzwaniem i radością podejmować i realizować wspólnie z Yoshimi rozliczne – czasem wydawać się mogło szalone - pomysły w wielkiej i małej skali. Oprócz wypromowania w Japonii polskich witraży wymienię kilka najważniejszych:Rok 2009 Yoshimi przy witrażu w kościele im. Franciszka Xawerego w Kanda (Tokio)Źródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatne- „Polish Festa” w Tokyo Dai-ichi Hotel w Sakai (właścicielem hotelu był znajomy Yoshimi) w pobliżu międzynarodowego lotniska Kansai. Podczas tej wielodniowej imprezy występował Zespół Regionalny z Myślenic a dania szykowali polscy kucharze. Dochód z Bankietu został przekazany na rzecz Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Myślenicki Zespół wystąpił później w Shihoro (partner Niepołomic) i w Tokio - w pierwszej części Koncertu Przyjaźni; w drugiej części tego koncertu wystąpił Zespół Yoshimi.- W roku 1998 Koncerty Wdzięczności Zespołu Yoshimi na trasie Celestynów-Płock-Gniezno-Kraków-Niepołomice-Myślenice w podziękowaniu za udział tych miast w wakacjach dla dzieci – ofiar trzęsienia ziemi w Kobe w r. 1995. Na koncercie w Celestynowie Zespół był oklaskiwany m.in. przez polskie Dzieci Syberyjskie.- W roku 1999 Turnee Zespołu „Dzieci Płocka” po Japonii na trasie Tokio-Koshigaya-Takaoka-Kyoto-Hiroshima - Miyajima – Kobe (blisko 2000 km). Przy tej okazji zawieźliśmy Przesłanie Wdzięczności od polskich Dzieci Syberyjskich skierowane do wszystkich Japończyków. Oryginał uroczyście wręczyłem Przesowi Japońskiego Czerwonego Krzyża.- W roku 2002 zaaranżowaliśmy występ Zespołu „Dzieci Płocka” dla Ich Wysokości Cesarza i Cesarzowej Japonii. Po uroczystym lunchu z udziałem m.in. polskiego Premiera Zespół zaprezentował przed Pałacem na Wodzie wspaniałe tańce i pieśni nagradzane oklaskami przez Parę Cesarską, .- W roku 2005, dziesięć lat po katastrofie w Kobe zaprosiliśmy ponownie „nasze” dzieci z obydwu grup, które spędziły w Polsce wakacje w roku 1995 i 1996. Teraz, będąc już dorosłymi ludźmi oglądały nasz Kraj z nieco innej perspektywy, wzruszały się spotykając po latach opiekujących się nimi Polaków, odwiedzając ponownie dawne znane miejsca, poznając też nowych przyjaciół i nowe miejscowości. Oprócz Niepołomic, Skawicy, Krakowa, Myślenic, Płocka i Celestynowa odwiedziły tym razem Toruń, Warszawę, Jarosław, Rzeszów i Przemyśl. Podczas tej wizyty w Ambasadzie Japonii miało miejsce ponowne (i niestety ostatnie) spotkanie „dzieci z Kobe” z Dzieckiem Syberyjskim.Trzeba podkreślić, że zrealizowanie tych wszystkich pomysłów nie byłoby możliwe bez bezinteresownej pomocy wielu naszych wspaniałych polskich i japońskich Przyjaciół.Rok 2005 dzieci z Kobe ponownie w NiepołomicachŹródło: Stanisław Filipek - archiwum prywatne Szlachetna inicjatywa – gratuluję. Dziękuję, także w imieniu Yoshimi i wszystkich, którzy przyczynili się do wymienionych akcji..Na koniec - łącząc przeszłość z teraźniejszością - niegdyś Japonię stawiano za wzór rozwoju gospodarczego, Polska miała podążać za nim. Obecnie mówi się, że Japonię czeka trudny scenariusz rozwojowy. Covid przyspieszył w zasadzie jego realizację, otwarcie wskazuje się na kryzys w Japonii. Co się zatem stało z tym japońskim „cudem gospodarczym”, gdzie jego owoce?Epidemia Covid-19 ogarniająca cały świat nie ominęła także Japonii i Polski, osłabiając, niestety, nasze wzajemne relacje. Liczymy jednak na to, że opracowanie skutecznej szczepionki zahamuje rozwój epidemii i sytuacja wróci do normy.W takim razie w którą stronę zmierzają relacje polsko-japońskie? Nasze wzajemne stosunki mają duże szanse nadal intensywnie się rozwijać. Istnieją ku temu bardzo sprzyjające warunki. Ograniczenia moga wynikać z silniejszego ukierunkowania Polski na współpracę w ramach Unii Europejskiej. W dziedzinie technologii nie do pominięcia jest tez duża konkurencja wobec Japonii ze strony Chin, Korei Południowej, Taiwanu i innych krajów Azji. W każdym razie jestem przekonany, że współpraca polsko-japońska otwiera dla obu Krajów wiele obiecujących perspektyw. Dotyczy to w szczególności współpracy w dziedzinie nauki, kultury i nowych technologii.Dziękuję za rozmowę Panie Profesorze.Dziękuję Panu.BIOGRAM:prof. dr hab. inż. Stanisław FilipekRocznik 1940, urodzony w Warszawie; specjalizuje się w naukach chemicznych ( syntezy gaz-ciało stałe w warunkach wysokich ciśnień, własności układów metal-wodór, konstrukcja aparatury wysokociśnieniowej) i językoznawstwie (japonistyka). Profesor emeritus, obecnie współpracuje z Instytutem Wysokich Ciśnień PAN. Odkrywca szeregu wodorków i deuterków; autor nowatorskich projektów aparatury wysokociśnieniowej. Promotor współpracy polsko-japońskiej w dziedzinie nauki, inwestycji, wymiany handlowej i kultury, a także międzynarodowych wymian edukacyjnych.Ukończył studia na AGH w Krakowie (1962) i UW (1969). Tytuł dr. uzyskał w Instytucie Chemii Fizycznej PAN w Warszawie (1978); dr hab. i profesora (tyt.) - tamże (1990 i 2006). Autor wielu publikacji, patentów. Piastował m.in. stanowisko: radcy handlowego RP w Tokio 1991-1995; pracownik Instytut Chemii Fizycznej PAN (m.in kierownik Zakładu 1998-1999 oraz 2003-2010, z-ca dyrektora ds. naukowych 1996-2003); visiting professor w Taiwan National University 2011. Realizator grantów NEDO i JSPS.Wyróżnienia: Medal im. Tadeusza Sendzimira - 2003; Złoty Krzyż Zasługi - 2005; Order Wschodzącego Słońca ze Złotymi Promieniami i Wstęgą - 2006; Medal 100-lecia Odzyskania Niepodległości - 2018.Członek Polskiego Towarzystwa Chemicznego - od 1970; EHPRG (European High Pressure Research Group) - Member of the Steering Committe 1987-1989; AIRAPT (International Association for the Advancement of High Pressure Science and Technology) - Member of the Steering Committee od 2003.

Wywiad

Przemiany w sercu Afryki - Burundi. Wywiad z dr. Gratianem R. Bamwenda

05.01.2021

Dr Gratian R. BamwendaObecnie Deputy Director – GatsbyafricaPoprzednio Consultant Textile Development Unit – Ministry of Industry and TradeDeputy General Director – Tropical Pesticides Research InstituteBurundi mimo swojego małego terytorium ma bardzo barwną historię społeczno-polityczną. Czy może Pan ją w skrócie nakreślić?Zgadza się Burundi to mały kraj położony w regionie Wielkich Jezior w Afryce Środkowo-Wschodniej, o powierzchni 27 834 km². Według danych ONZ w grudniu 2020 r. liczy około 12 milionów mieszkańców, z bardzo niską medianą wieku na poziomie 17,3. W Burundi dwoma największymi grupami etniczno-społecznymi są Tutsi i Hutu gdzie Hutu stanowią znaczną większość społeczeństwa. Od zarania dziejów między tymi dwoma grupami dochodziło do konfliktów. Jednak napięcia przybrały na sile podczas gdy niemieccy i belgijscy administratorzy kolonialni faworyzowali Tutsi nad Hutu. Oczywiście obwinianie mocarstw europejskich o wszystkie postkolonialne problemy byłoby zbytnim uproszczeniem, natomiast na pewno eskalowały wiele z nich. Od momentu uzyskania niepodległości w 1961 r. krajobraz polityczny został spolaryzowany z wieloma aktami przemocy, spowodowanych różnicami etnicznymi. Ustrój państwa przyjął rozwiązanie monarchii konstytucyjnej, której przewodziły elity Tutsi. Hutu próbując odsunąć mniejszość Tutsi od władzy, starali się zorganizować zamach stanu, które finalnie się nie powiódł i zwiększył wpływy Tutsi. Po obaleniu monarchii przez wojsko utworzono w 1966 r. Pierwszą Republikę. Spory na tle etnicznym w 1982 r. stały się źródłem napięć i obalenia istniejącego rządu i rozpoczęcia kolejnej II Republiki z prezydenturą Jean Baptiste Bagaza. Za jego rządów doprowadzono do kontroli kościoła rzymskokatolickiego przez Tutsi, którzy uważali, że kościół faworyzuje Hutu. Kryzys w stosunku państwo-kościół stał się motywem do obalenia II Republiki poprzez zamach stanu i proklamowaniu III w 1987 r. Kolejnym prezydentem został również reprezentant Tutsi Pierre Buyoya, który przewodniczył zamachowi stanu. Podczas jego rządów utworzono nową konstytucję w 1992 r., która głownie wskazywała na konieczność posiadania w składzie partii politycznych przedstawicieli Hutu oraz Tutsi. Kolejnym etapem była organizacja pierwszych wolnych i demokratycznych wyborów w 1993 r. Przeciwko Pierre Buyoyi wystąpił Melchior Ndadaye który został pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem Burundi. Jego początkowe decyzje dotyczyły ogłoszenia amnestii dla więźniów politycznych i ustanowienie rządu z proporcjonalnym udziałem Tutsi i Hutu. Ndadaye został zamordowany w październiku 1993 roku, po zaledwie stu dniach urzędowania. Fala przemocy która nastąpiła po tych wydarzenia zapoczątkowała wojnę domową. Wówczas przywódcy organizujący zamach stanu i członkowie rządu Ndadaye rywalizowali o władze. W 1994 r. urząd prezydenta objął przedstawiciel Hutu Cypeiren Ntaryamira, który dwa miesiące później zginął wraz z prezydentem Rwandy Juvenal Habyarimana w katastrofie lotniczej niedaleko lotniska w Kigali. Od tego momentu około 200 000 Burundyjczyków zginęło w wyniku przemocy etnicznej między frakcjami Hutu i Tutsi. Setki tysięcy osób zostało wewnętrznie przesiedlonych lub zostało uchodźcami migrując do krajów sąsiednich. Znaczna część uchodźców stacjonowała w obozach na terytorium Tanzanii, co również wymagało od władz pełnej mobilizacji. Co ciekawe do Burundi również napływali uchodźcy z Rwandy, szukający schronienia przez ludobójstwem i późniejszymi konfliktami politycznymi w kraju. Morderstwo Ndadaye wywołało ponownie represje etniczne, które ostatecznie rozwinęły się w wojnę domową. Był to poważny kryzys, który był nie mniej przytłaczający od wydarzeń w Rwandzie. Niestety najprawdopodobniej w związku z jeszcze mniejszym terytorium i liczbą mieszkańców masowe czystki etniczne w Burundi nie były tak nagłośnione jak kryzys Rwandyjski. Po interwencji ONZ dotyczącej zaprzestania pomocy i wprowadzenia godziny policyjnej utworzono rząd koalicyjny, który nie zahamował trwającego konfliktu. Ponieważ na czele rządu stanął Sylvestre Ntibantunganya z Hutu, armia dowodzona przez Tutsi przeprowadziła zamach stanu i przywróciła Buyoyę na stanowisko prezydenta. Musiał zmierzyć się wówczas nie tylko z niezadowoleniem społeczeństwa i konfliktami etnicznymi wewnątrz kraju , ale również z protestami opinii międzynarodowej i sankcji gospodarczych wystosowanych przeciwko Burundi. Dodatkowo wiele państw nie uznało jego prezydentury za legalną. Wojska Burundi, chcąc zabezpieczyć swoje granice, na krótko interweniowały w konflikcie w Demokratycznej Republice Konga w 1998 roku. Natomiast nowy rząd przejściowy, zainaugurowany 1 listopada 2001 r., podpisał porozumienie o podziale władzy z największą frakcją rebeliantów w grudniu 2003 r. i wprowadził tymczasową konstytucję w październiku 2004 r. Wdrażanie porozumienia było problematyczne, z powtarzającymi się opóźnieniami i niejasnymi perspektywami dla trwałego pokoju. Wybory w sierpniu 2005 r. Radykalnie zmieniły krajobraz polityczny Burundi. Sukces byłych rebeliantów CNDD-FDD, w tym wybór Pierre'a Nkurunziza na prezydenta 19 sierpnia, dał partii szeroką kontrole nad państwem i społeczeństwem. Jednocześnie sektor bezpieczeństwa został gruntownie zrestrukturyzowany, a bojownicy CNDD-FDD stanowią obecnie 40 procent armii. Mają one być fundamentem zabezpieczenia przed próbami zamachów stanu, które mogłyby zakłócić proces pokojowy, a tym samym gwarantują realizację dalszych reform wymaganych na mocy porozumienia z Aruszy dla pokoju i pojednania.Obecnie system polityczny Burundi to republika demokratyczna reprezentująca prezydenta, oparta na państwie wielopartyjnym. Prezydent Burundi jest głową państwa, szefem rządu i głównodowodzącym sił zbrojnych. Gabinet składa się z Rady Ministrów powoływanej przez prezydenta. Wbrew konstytucji były prezydent Burundi Pierre Nkurunziza został ponownie wybrany na trzecią kadencję w wyborach prezydenckich w lipcu 2015 roku. Doprowadziło to do ponownej krwawej eskalacji konfliktu wewnątrz państwowego. Władza ustawodawcza to dwuizbowy parlament z Senatem i Zgromadzeniem Narodowym, oba z pięcioletnim cyklem wyborczym. Partie polityczne są prawnie uznawane tylko gdy wykazują przynależność narodową, a nie regionalną lub etniczną. 9 czerwca 2020 roku zmarł Pierre Nkurunziza.18 czerwca 2020 r. nowym zaprzysiężonym Prezydentem został generał Evariste Ndayishimiye.Czy powołana w październiku 1988 r. Krajowa Komisja Zbadania Jedności Narodowej poprawiła stosunki między Tutsi i Hutu?Do pewnego stopnia tak, ale pozostaje pewien brak zaufania i nieufności, który eskalował w latach 90-tych. Nie zdołała jednak zapobiec dalszym podziałom i napięciom między różnymi grupami jak i wewnątrz nich. Natomiast powinna wciąż intensywnie pracować nad zjednoczeniem narodu.Czy ponad 20 aktywnych partii politycznych zakłóca czy może poprawia demokratyzację kraju?Doświadczenia z Burundi i krajów sąsiednich pokazują, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Jednak w środowisku wieloetnicznym wiele partii politycznych daje większości obywateli możliwość uczestniczenia w procesach politycznych i demokratyzacyjnych.Poza parlamentem istnieje wiele partii, które są tylko słabo zakorzenione w społeczeństwie, ale często reprezentują lokalne i regionalne interesy. Ich istnienie więc można lokalnie uznać za pozytywne.Jak porozumienie z Aruszy wpłynęło na demokratyzację kraju?Porozumienie pokojowe z Aruszy było wynikiem intensywnych negocjacji między 20 partiami politycznymi i stowarzyszeniami. Na mediatora został wybrany (przez przywódców Afryki centralnej i wschodniej) Julius K. Nyerere, co powodowało że oczy społeczeństwa Tanzanii również był zwrócone ku Burundi. Tanzania mimo skupienia na swoim terytorium wielu grup etnicznych, nie miała problemów dotyczących braku jedności narodowej czy konfliktów wewnętrznych. Mogła to być jedna z przyczyn, dlaczego to właśnie w Tanzanii mieście Arusza na czele z Juliusem K. Nyere (uważanego za spoiwo narodu tanzańskiego) dokonano prób zakończenia konfliktu wewnętrznego w Burundi. Jego kluczowy wkład w porozumienie był oceniany zarówno pozytywnie jak i negatywnie.Za cel porozumienia obrano stworzenie systemu demokratycznych rządów zapewniających bezpieczeństwo mniejszościom etnicznym. Miało dodatkowo zapewnić podział władzy na szczeblu politycznym poprzez podział władzy wykonawczej między prezydentem i reprezentantów z różnych partii politycznych będących przedstawicielami różnych grup etnicznych. Prace trwały również nad zmianami w ustawodawstwie i poprawkami konstytucji. W kwestii bezpieczeństwa zależało negocjatorom na porozumieniu przewidującemu iż różne grupy zbrojne zostaną włączone do istniejącej armii w której ilość osób z jednej grupy etnicznej nie będzie mogła przekroczyć 50 procent. Działania te miały za zadanie równowagę etniczną w siłach zbrojnych, która zapobiegła by przemocy etnicznej i zminimalizowała ewentualność zamachu stanu. Ważną częścią porozumienia dotyczyła wybór nowego prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe po okresie przejściowym. Zaowocowało to wybraniem w 2005 r. Pierre Nkurunziza. Jedna części porozumienia dotyczy właśnie kwestii demokratyzacji kraju, w której ustalono zapisy dotyczące dobrego zarządzania, organizacji partii politycznych i innych instytucji wpływających na politykę. Te zasady zostały później wpisane w nową konstytucję. Można więc powiedzieć, że porozumienie z Aruszy przyśpieszyło formalną demokratyzację kraju z ustanowieniem odpowiednich i zabezpieczających zapisów prawnych przed ewentualnymi próbami odwrócenia tego procesu. Samo porozumienie bardzo poprawiło i uchroniło funkcjonowanie kraju przed długotrwałym chaosem. Ale funkcjonowanie rządu jest nadal słabe. Wewnętrzna spójność partii rządzącej jest nadal nieodwracalna.Pana zdaniem - gdyby nie presja społeczności międzynarodowej, czy demokratyzacja kraju przebiegałaby tak jak obecnie, czy też byłaby bardziej pokojowa?Udział społeczności międzynarodowej i wywieranie wpływu przez państwa partnerskie EAC jest bardzo ważne dla utrzymania pokoju i stabilności w Burundi. Jednak niektóre sankcje nakładane na Burundi, spowodowały głownie nieodwracalne skutki dla zwykłych obywateli pogłębiających ich ubóstwo. Natomiast najprawdopodobniej gdyby nie takie ostre środki, wiele działań uspakajających sytuację w Burundi mogło by obrać bardziej radykalny kierunek bądź znacznie wydłużyć się w czasie. Ponadto przedstawiciele UE i ONZ mieli swój znaczących wkład podczas prac nad Porozumieniem z Aruszy.Czy zapisy dotyczące proporcji przedstawicieli Tutsi i Hutu w parlamencie nie pogłębiają podziałów i nie wpływają negatywnie na sytuację w kraju?To wymaga dokładnej analizy. Zarówno wewnątrz Tutsi jak i Hutu również dochodzi do rozłamów i walki o władzę. Na pewno interdyscyplinarne badania z udziałem naukowców specjalizujących się w dziedzinie politologii, historii, antropologii i socjologii mogłoby dać interesujące odpowiedzi na to pytanie i inne pytania zadane w tym wywiadzie. Natomiast podżeganie członków partii przeciwko pozostałym członkom lub opozycji nie pomaga. Będąc w Burundi i znając wielu Burundyjczyków nie widzi się jakiejś niechęci do innych obywateli, a wręcz wydaje się, że konflikty te przyczyniły się do skłonności zatarcia różnic braku podziału. Wielu z nich uważa, że to „władza nie umie ze sobą rozmawiać, a nie społeczeństwo”.Jak podział władzy zapisany w porozumieniu i konstytucji zmienił system polityczny w kraju.Burundi eksperymentowało z podziałem władzy jako instrumentem politycznej demokratyzacji i rozwiązywania konfliktów. Niedawna i niezwykle gwałtowna transformacja polityczna, w szczególności podczas długotrwałego procesu pokojowego, pokazuje, w jaki sposób podmioty krajowe i międzynarodowe znalazły inspirację do negocjowania i projektowania Porozumienia Pokojowego i Pojednania z Aruszy podpisanego w sierpniu 2000 r. oraz konstytucji po transformacji. Podział władzy odegrał zasadniczą rolę w osiągnięciu krótkoterminowego celu zakończenia wojny. Pozwoliło to również na zmniejszenie etnicznej rywalizacji politycznej i potencjalnych destabilizujących wpływów elit. Podział władzy, mierzony w odniesieniu do bardziej ambitnych celów w zakresie budowania państwowości, tj. demokracji, praworządności, odpowiedzialnego i skutecznego zarządzania, jak dotąd odegrał znaczącą rolę dzięki równej reprezentacji każdej z zainteresowanych stron. Jest to dobra droga do zakończenia na dobre konfliktu wewnątrz państwa. Natomiast różnorodność etniczna i polityczna we władzy wykonawczej i ustawodawczej nie została jeszcze w pełni wdrożona.Czy udział Juliusa K. Nyerere'a w negocjacjach w sprawie rozstrzygnięcia sporu doprowadził do większej polaryzacji Burundi, czy do lepszej sceny politycznej?Jak wspomniałem wcześniej udział Juliusa K. Nyerere w negocjacjach był odczytywany pozytywnie jak i negatywnie. Zespół prowadzony przez Njyerere po początkowej chęci przywrócenia obalonych instytucji demokratycznych w Burundi, zdał sobie sprawę, że w pierwszej kolejności do zakończeniu konfliktu potrzebna jest określenie przyczyny powstałego konfliktu. Następnie ich celem było opracowanie narzędzi restrukturyzacji państwa w takim sposób by zapobiec wszystkim sytuacjom, które wywołały poprzednie konflikty wewnątrz państwowe. Zauważono wówczas iż zabójstwo prezydenta podkopało zaufanie do sił zbrojnych zdominowanych wtedy przez Tutsi. Nyerere wiedział, że konieczne jest przekonanie społeczeństwa i grup etnicznych do stanowiska iż zakończenia napięć może się udać poprzez rozmowy, negocjacje i kompromisy, będące alternatywą do działań związanych z przemocą. Niezbędnym było wprowadzenie pluralizmu i odsunięcie kontroli wojska przez Tutsi. Początkowo Nyere chciał, żeby wszystkie zainteresowany strony miały możliwość udziału w negocjacjach. W późniejszym czasie od stołu został odsunięty Pierre Nkurunziza z CNDD-FDD za brak chęci w pojednaniu. Spowodowało to zaostrzenie relacji między ruchem Nkurunziza a zespołem mediacyjnym. Finalnie CNDD-FDD nie podpisał porozumień. Spowodowało to ,że wiele krajów sąsiednich wdrożyło ograniczenia dla CNDD-FDD - np. ograniczenie ruchu członków CNDD-FDD przez swoje terytoria. Istnieją głosy twierdzące, że tego typu ruch Nyerere przyczynił się do jeszcze głębszego kryzysu na scenie politycznej Burundi. Coraz większa niechęć CNDD-FDD i ich radykalizacja w stosunku do porozumienia, była upatrywana w złej strategii prowadzenia mediacji przez Juliusa K. Nyerere. Nieugiętość Nyerere miała moim zdaniem znaczne plusy, które przyśpieszały negocjacje i ustalenia z pozostałymi członkami porozumienia. Patrząc na zarządzanie projketem sądzę, że Nyerere odegrał znaczącą rolę przyczyniającą się iż pozostali członkowie podpisali porozumienie. Julius Nyerere zmarł w 1999 tuż przed ostatecznym podpisaniem dokumentu. Zastąpił Nelson Mandela. Jakie były główne postanowienia porozumienia z Aruszy? Czy były odpowiednie?Bardzo się cieszę, że padło to pytanie bo rozszerza ono moją myśli z poprzedniej wypowiedzi dotyczącej roli Juliusa K. Nyerere. Konsultacje prowadzące do porozumienia toczyły się w pięciu komisjach. Pierwsza dotyczyła zdefiniowania charakteru konfliktu, druga demokracji i good governance, trzecia pokoju i bezpieczeństwa, czwarta odbudowy i rozwoju i ostatnia gwarancji dotyczących stosowania porozumienia. Sam tekst dokumentu składał się z pięciu protokołów, pięciu załączników i dwóch dodatków. Nie wdając się w szczegóły prawne, które są dostępna na stronach internetowych, porozumienie przewidywało w pierwszej kolejności zobowiązani stron do doprowadzenia Burundi do pojednania poprzez ustalenie faktów dotyczących pochodzenia i natury konfliktu. Następnie zaproponowano ramy instytucjonalne dla okresu przejściowego, aby stworzyć warunki dla demokratyczniej odnowy poprzez sprawiedliwy podział władz. Kolejna część dotyczyła zakończenia działań wojennych i ustanowienia gwarancji bezpieczeństwa dla wszystkich obywateli głownie poprzez reformę armii. Samo porozumienie opierało się na trzech zasadach: włączeniu wszystkich stron konfliktu (co jednak nie było przestrzegane, gdy parta CNDD-FDD wówczas zbrojna grupa rebeliantów, nie była ani stroną w negocjacjach ani sygnatariuszem porozumienia), śledzenia tempa zmian negocjacji i wskazania korzyścią płynących z rozmów i kompromisu, oraz przywróceniu praw obywatelom i uwzględnienia unikalnego modelu podziału władzy.Zgodnie z warunkami porozumienia nowy rząd miał być kierowany przez Pierre Buoyoye (reprezentanta Tutsi) przez 18 miesięcy i Domitiena Ndayizeye (przedstawiciela Hutu) przez następne 18 miesięcy. W 2003 Ndayizeye zastąpił Buyoyę, podpisując finalnie porozumienie pokojowe doprowadzające do zakończenia wojny domowej.W odpowiedzi czy zasady te były odpowiednie – sądzę, że tak. Dobrym rozwiązaniem było uczestnictwo innych krajów Afryski Subsaharyjskiej w negocjacjach. Często międzynarodowi obserwatorzy nie znając bardzo różnorodnej sytuacji w Afryce Subsaharyjskiej starają się przeforsować rozwiązania, które z powodzeniem zostały wdrożone w ich regionie w ich krajach. Jednak zarówno narzędzia, instrumenty jak i same rozwiązania, nie zdają egzaminu w bardzo skomplikowanych sytuacjach na kontynencie afrykańskim. Sądzę więc, że dzięki tak zróżnicowanemu zespołowi negocjacyjnemu, udało się stworzyć dokument, który zawierał spójne i skuteczne strategie ochrony, pokoju i rozwiązania instytucjonalne oparte na demokracji. Potwierdzeniem sukcesu porozumienia jest fakt, że większość z postanowień została wpisana w nową konstytucję . Jednak spokój został zaburzony ponownie w 2015 roku, kiedy Pieree Nkurunziza łamiąc zapisy konstytucyjne, kontynuował prezydencję na trzecią kadencję.Dlaczego prezydent Nkurunziza nie oddał władzy, wiedząc, że łamie konstytucję i prawo Burundi, co doprowadziło do pogłębienia się kryzysu politycznego?W 2015 roku Nkurunziza wywołał poważny kryzys polityczny, kiedy ogłosił zamiar ubiegania się o trzecią kadencję prezydencką, którą zapowiadał jako ostatnią. Kontrowersje wokół postanowienia konstytucji, że prezydent może sprawować tylko dwie kadencje wyborcze rozpoczęły się kiedy Nkurunziza próbował legislacyjnie dokonać zmiany limitów kadencji. Jego starania nie powiodły się, więc zaczął argumentować, że po zakończeniu wojny domowej został wybrany przez parlament a nie w wolnych wyborach przez społeczeństwo, stąd ta kadencja nie powinna wpisywać się w limity. Natomiast po zakończeniu dwunastoletniej wojny domowej w Burundi, po raz pierwszy został „wybrany” przez ludność w 2010 r., a zatem kwalifikował się do kandydowania w 2015 r. Burundi znajdowała się wstanie kryzysu politycznego, głównie przez manipulowanie porozumieniem z Aruszy kończącym konflikt wewnątrz państwowy. Sprawa została skierowana do Krajowego Trybunału Konstytucyjnego, który finalnie orzekł, że trzecia kadencja nie narusza konstytucji w związku z tym iż jego pierwsza kadencja nie wlicza się do limitu dwóch kadencji, gdyż tak jak argumentował Nkurunziza został wówczas wybrany przez parlament a nie przez obywateli. W prasie pojawiały się artykułu, że sędziowie zasiadający w trybunale byli zmuszeni do ogłoszenie takiego wyroku, a sędzia, który się pod nim nie podpisał, musiał uciekać z kraju. Przemoc, która nastąpiła po ogłoszeniu przez Nkurunzizę w 2015 roku i późniejszej wygranej w trzeciej kadencji, skłoniła ponad tysiąc ludzi do ponownej ucieczki do sąsiednich krajów. Masowe ucieczki i migracje przyczyniły się do powstania na terenie Tanzanii jednego z największych obozów dla uchodźców w na kontynencie Afrykańskim. W 2020 r. Nkurunziza ubiegał się o kolejną kadencję prezydenta. Sama jego chęć kandydowania na czwartą kadencję potwierdza jego brak poszanowania dla porozumienia z Aruszy jak i nowej konstytucji. Natomiast ciekawym tematem do już niejednokrotnie podjętej analizy jest pytanie czy każde państwo powinno kurczowo trzymać się postanowień dotyczących pogłębiania demokratyzacji?Czy powiedziałby Pan, że Burundi jest, a jeśli nie, to czy kiedykolwiek było w pełni demokratyczne?Burundi nie jest jeszcze w pełni demokratyczne. Przed społeczeństwie i państwem jest jeszcze długa droga do wypracowania rozwiązań, które na dobre wyeliminowałyby eskalacje napięć społecznych. Każdy kryzys w Burundi opierał się na chęci przejęcia władzy, a nie oddolnie przez obywateli. Ciężko jest powiedzieć dlaczego Burndi nie udało się zakończyć konfliktu między elitami jak i między grupami społecznymi jak w przypadku chociażby Rwandy. Mam nadzieję natomiast, że nowe rządy zmienią trajektorie polityczną kraju.Jak prognozuje Pan dalszą demokratyzację Burundi?Jak wskazałem wcześniej, jest jeszcze wiele pracy przed całym państwem i jego obywatelami. Obecnie Burundi dali nie może uporać się z kryzysem politycznym. W ciągu ostatnich dwóch dekach reformy instytucjonalne doprowadziły do znacznej rekonfiguracji władzy. Byli rebelianci stali się kluczowymi graczami politycznymi. Scena polityczna jest nadal podzielona, ale tarcie głownie występując wewnątrz partii. Reformy instytucjonalne dotyczące praw człowieka i zapobiegania ich łamaniu zostały wdrożone „papierowo”, natomiast wciąż nie ma skutecznych mechanizmów do rzeczywistej ochrony ofiar i instrumentów do zniechęcania do politycznego użycia przemocy. Utrzymywane jest w mocy konstytucyjne poszanowanie podziały władzy, ale bez zachowania zasad praworządności. Elity rządzące na pewno powinny odejść od używania przemocy przeciwko opozycji i społeczeństwu nie przychylnemu władzy. Ważną kwestią jest scalenie społeczeństwa w jeden naród ponad podziałami. Natomiast zakończenie konfliktów powinno rozpocząć się właśnie na poziomie elity rządzącej.