Logo Thing main logo

Ostatnie wpisy

Nota

Lavoro intelligente – czyli praca po włosku w dobie pandemii

13.11.2020

Czy rozwiązania z zakresu tzw. inteligentnej pracy wymuszone pandemią to jedynie sezonowa moda, czy początek rewolucji? Możliwe, że Włosi, dotknięci recesją, przekonają się o tym jako jedni z pierwszych. To będzie dla Italii także ważne doświadczenie kulturowe – na ile narzucony styl pracy a’la smart & agile wytrzyma zderzenie z głęboko zakorzenionym stylem włoskiego życia w duchu la vita è bella.W czasie pandemii wśród ekspertów zarządzania zasobami ludzkimi oraz samych zatrudniających i zatrudnianych zaczęto odważniej przywoływać ideę smart work – koncept porządkujący rynek pracy według zasady równowagi sfery pracy i życia (tzw. work-life balance), ujmujący pracodawcę i pracownika bardziej w kategoriach personalistycznych i wzajemnego poszanowania, niż według czystej logiki transakcji i rynkowej wymiany płaca za pracę. Rok 2020 to czas, gdy firmy i instytucje muszą optymalizować zarówno koszty, jak i system zadaniowania pracowników, a także komunikacji z nimi, co w wielu przypadkach oznacza zamykanie swoich biur i delegowanie zatrudnionych do pracy w domu. Jednym z krajów, w których najsilniej rozwinął się ten trend są Włochy. Inteligentna praca, najczęściej oparta na tzw. home office, do niedawna odbierana jako fanaberia pracownika i zło konieczne dla pracodawcy, po kilku miesiącach wymuszonego zastosowania zyskuje zwolenników po obu stronach. Czy to jedynie sezonowa moda, czy początek rewolucji? Możliwe, że Włosi, dotknięci recesją, przekonają się o tym jako jedni z pierwszych.We Włoszech fundamentem prawnym rozwiązań w zakresie inteligentnej pracy jest ustawa z 22 maja 2017 r., N. 81 pt. Misure per la tutela del lavoro autonomo non imprenditoriale e misure volte a favorire l'articolazione flessibile nei tempi e nei luoghi del lavoro subordinato (tłum.: Ustawa o Środkach ochrony samozatrudnienia osób niebędących przedsiębiorcami oraz środkach uelastycznienia czasu i miejsca pracy pracowników)[1]. W myśl jej zapisów, przedsiębiorców i pracowników zachęca się do pracy zorientowanej na wyniki poprzez realizację celów, a nie wypełnianie czasu pracy. Lavoro intelligente jest modelem zarządzania kapitałem ludzkim zmierzającym zatem w pierwszej kolejności do efektywności, przy czym nie warunkuje się jej a priori. Pracownik ma możliwość ustalenia z pracodawcą miejsca i czasu wykonania powierzonych zadań, a rozliczany jest przede wszystkim z wyników swoich działań[2]. W myśl włoskich rozwiązań (podobnych też do tych z innych krajów) – funkcją tak rozumianej pracy z jednej strony jest zwiększenie wydajności oraz konkurencyjności firmy. Z drugiej zaś ma ona pomagać pracownikom w zachowaniu lepszej równowagi między życiem zawodowym, a prywatnym. Do niedawna praca w tym formacie była przez Włochów w zasadzie niestosowana. Paradoksalnie, wraz z pandemią model inteligentnej pracy został w praktyce narzucony wszystkim pracownikom i pracodawcom, którzy mogli go wdrożyć[3].Istotnym posunięciem regulacyjnym, poszerzającym wpływ Ustawy N. 81 jest Dekret nadzwyczajny Premiera Luigi di Mayo z 1 marca br., dotyczący Covid-19, który zniósł wiele ograniczeń wykonywania pracy zdalnej oraz zmniejszył biurokrację. Przede wszystkim pracodawcy i pracownicy nie musieli już wyrażać zgody na zmianę formuły pracy, bez względu na zakres świadczeń (co zazwyczaj opóźniało proces). W kwestiach bezpieczeństwa pracy zwolniono pracodawców i pracowników z realizacji części przepisów BHP, które krępowały np. przepływ informacji, lub skuteczne wykonywanie zadań. Uproszczono również formalności, dotyczące obowiązkowych procedur komunikacji między pracodawcą, a organami administracji państwowej. Pracodawca ma możliwość dopełniania ich w sposób maksymalnie scyfryzowany w ramach jednego pliku dokumentów, bez względu na liczbę pracowników, i tylko do jednego urzędu[4].Druga fala zachorowań na Covid-19 we Włoszech już niedługo może spowodować ponowne wprowadzenie przez rząd lockdown’u. Wiosenne doświadczenia przekonały wielu sceptyków do uealastycznienia pracy, zwłaszcza świadczonej przez rodziców z dziećmi poniżej 14 roku życia, pracujących w sektorze prywatnym. Wprowadzone 19 maja 2020 roku przepisy pozwalają skorzystać im z tej formy pracy bez obowiązku podpisania osobnych umów z pracodawcą. Pracujący rodzice masowo korzystali z tego prawa, gdyż umożliwiło ono łączenie opieki nad uczącymi się zdalnie dziećmi z bezpiecznym wykonywaniem obowiązków służbowych[5].Test, jakim dla światowej gospodarki i rynku pracy jest pandemia Covid-19 pokazuje, że inteligentna praca sprawdza się nawet w stanie permanentnego kryzysu. Po wygaśnięciu choroby wiele włoskich firm będzie zapewne zachęcać swoich pracowników do kontynuowania tzw. zwinnych form pracy. Okazało się bowiem, że mogą one dać obu stronom – pracodawcy i pracownikowi – komfort utrzymania miejsca pracy z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych. Włosi pracujący zdalnie postrzegają siebie jako bardziej produktywnych, skuteczniejszych i wydajniejszych. Potwierdzają to badania opinii, z których wynika także, że 6 na 10 pracowników włoskich chciałoby kontynuować pracę w domu nawet po zakończeniu stanu pandemii[6]. Póki co, według włoskich badaczy, nowy format pracy we Włoszech sprawdził się – Włosi doceniają poczucie dobrostanu (well-being), który idzie w parze z poczuciem bezpieczeństwa, a te jest obecnie kluczowe z punktu widzenia potrzeb społecznych[7].Z punktu widzenia optymalizacji kosztów stałych, wysyłanie części zatrudnionych do „pracy z domu” ma dla przedsiębiorcy uzasadnienie. Jednakowoż, w dłuższym okresie dla Włochów praca zdalna może mieć też swoje minusy. Kultura włoska oparta na mocnej relacyjności lub familiaryzmie (zwłaszcza na południu Włoch) skłania do grupowego spędzania czasu i wspólnotowego przeżywania codzienności – a ten głęboko zinternalizowany wśród towarzyskich Włochów imperatyw może zwyciężyć nad komfortem telepracy. Entuzjazm nad nowym stylem zatrudnienia, w tak „gorących” kulturowo narodach, może więc słabnąć, gdy zacznie on zbyt mocno ograniczać styl życia. Czy la vita è bella da się pogodzić z etosem home office w wydaniu włoskim? Kolejne lata dadzą odpowiedź.[1] La Camera dei deputati (2017), LEGGE 22 maggio 2017, n. 81 Misure per la tutela del lavoro autonomo non imprenditoriale e misure volte a favorire l'articolazione flessibile nei tempi e nei luoghi del lavoro subordinato. (17G00096), https://www.normattiva.it/uri-res/N2Ls?urn:nir:stato:legge:2017-05-22;81 [dostęp 4.11.2020][2] Szymczyk J. (2020), Smart working, czyli elastyczny model pracy - na czym polega? PoradnikPrzedsiębiorcy.pl, https://poradnikprzedsiebiorcy.pl/-smart-working-na-czym-polega [dostęp 01.11.2020][3] Mayer C. (2020), Smart working in Italy: From the exception to the rule?, Littler.com, https://www.littler.com/publication-press/publication/smart-working-italy-exception-rule [dostęp 01.11.2020][4] Tamże.[5] Tamże.[6] Tamże.[7] Palmi P., Pichierri M., Prete M.I. (2020), From remote to smart working during the COVID-19 era, and after. First evidences from Italy, Open Review of Management, Banking and Finance, https://openreviewmbf.org/2020/08/21/from-remote-to-smart-working-during-the-covid- [dostęp: 3.11.20]

Nota

Następca tronu Arabii Saudyjskiej – Mohammed bin Salman: reformator czy cyniczny i bezwzględny polityk?

13.11.2020

W marcu 2020 roku z polecenia następcy tronu Mohammeda bin Salmana (nazywanego również w skrócie MBS) zostali aresztowani dwaj wpływowi członkowie rodziny królewskiej – jego brat książę Ahmed bin Abdelaziz i minister spraw wewnętrznych Mohammed bin Najef. Wydarzenie to, jak podaje Al-Dżazira było krokiem w kierunku konsolidacji władzy przez Mohammeda bin Salmana i sprawnym wyeliminowaniem dwóch największych rywali. Wprawdzie w kuluarach polityki saudyjskiej mówiło się, że zdecydowane działania Mohammeda bin Salmana przeciwko dwóm wpływowym osobom z rodziny królewskiej wynikały ze spisku, którego celem było odsunięcie Mohammeda od władzy. Wersja ta nie została jednak potwierdzona. Nie zmienia to faktu, ze cała akcja była skuteczną demonstracją siły ze strony następcy tronu.Arabia Saudyjska jest monarchią dziedziczną, w której władzę królewską sprawuje od początku istnienia państwa dynastia Saudów. Obecny król Salman bin Abdelaziz as-Saud jest synem króla założyciela państwa Abdelaziza bin Rahmana as-Sauda. Z uwagi na wiek Salmana (85 lat) faktyczną władzę sprawuje następca tronu – 35 letni Mohammed bin Salman as-Saud.W ostatnich latach pojawiło się wiele informacji na temat „pro-liberalnych” zamierzeń, prezentowanych przez następcę tronu, który także pełni urząd wicepremiera oraz ministra obrony Arabii Saudyjskiej. Z tego powodu szybko przylgnęła do niego etykieta „reformatora”. Czy jednak faktycznie można go określać takim mianem?Pierwotnie tak mogło się wydawać. Zwłaszcza kiedy Mohammed bin Salman zapowiadał liczne reformy ustrojowe i nawet widział Arabię Saudyjską, jako państwo otwarte na turystów z rozbudowaną siecią kurortów nad Morzem Czerwonym. Mówił o liberalizacji praw kobiet, w tym o przyznaniu im prawa do prowadzenia samochodów oraz wskazywał na realną potrzebę dywersyfikacji ekonomii Arabii Saudyjskiej. Przede wszystkim ogłosił ambitny projekt transformacji państwa pt. Wizja 2030, zakładający odejście od uzależnienia od sprzedaży ropy naftowej czy znacznie większy udział kobiet na rynku pracy.Wszystkie te hasła zyskały mu poklask międzynarodowej opinii publicznej i tchnęły odrobinę wiary w możliwą przemianę Arabii Saudyjskiej z jednego z najbardziej konserwatywnych państw na świecie w państwo o wizerunku progresywnym.Faktem jest, że obecnie kobiety w Arabii Saudyjskiej mogą już prowadzić samodzielnie samochody aczkolwiek warto przy tej okazji wspomnieć, że tuż przed wprowadzeniem tego prawa do aresztu trafili najwięksi inicjatorzy protestów na rzecz praw kobiet. Mohammed bin Salman wyjaśniał wówczas, że aresztowanie głównych inicjatorów protestów nie miało związku z prawami kobiet, a odnosiło się do uzasadnionych podejrzeń wobec nich o współpracę z wywiadami obcych państw. W takich okolicznościach przyznanie kobietom prawa do prowadzenia pojazdów trudno było uznać za przejaw hojnego liberalizmu przyszłego monarchy.Co więcej, polityka Mohammeda bin Salmana jest mocno obciążona krwawymi działaniami. Na pierwszym miejscu pojawia się tu zabójstwo antyrządowego dziennikarza saudyjskiego Dżamala Chaszukdżiego w 2018 roku. Okoliczności i miejsce zabójstwa dziennikarza wywołały wstrząs wśród opinii publicznej na całym świecie, co bezpośrednio uderzyło w wizerunek medialny Mohammeda bin Salmana. Chaszukdżi został zamordowany w konsulacie Arabii Saudyjskiej w Stambule przez agentów tego państwa. Początkowo władze Arabii Saudyjskiej milczały i odrzucały oskarżenia o kierowanie działaniami swoich agentów. Jednak wszystkie drogi prowadziły do następcy tronu Mohammada bin Salmana, zwłaszcza po tym jak dziennikarze weszli w posiadanie nagrania, w którym następca tronu kazał wyeliminować Chaszukdżiego.Kolejna kwestia mocno obciążająca wizerunkowo Mohammeda bin Salmana to wojna w Jemenie i polityczno-militarne zaangażowanie Arabii Saudyjskiej w ten konflikt. Nie od dziś wiadomo, że wieloletni konflikt zbrojny w Jemenie stanowi „poligon” w rywalizacji saudyjsko-irańskiej. Jednak to Saudyjczycy, jako bezpośredni sąsiad wkroczyli zbrojnie swoją armią do Jemenu. Podczas interwencji saudyjskiej siły powietrzne tego państwa wielokrotnie przeprowadzały zmasowane ataki na cele szyickich rebeliantów al-Husi. W rezultacie tego śmierć poniosły tysiące cywilów, za co organizacje międzynarodowe oskarżały rząd Arabii Saudyjskiej. Ujawnił się wtedy skrajny cynizm saudyjskiego następcy tronu, który jak podawała „al-Dżazira” w uzasadnieniu saudyjskich działań militarnych w Jemenie wskazywał, że „w każdej operacji wojskowej pomyłki się zdarzają i oczywiście wszelkie pomyłki wynikające z działań Arabii Saudyjskiej i jej koalicjantów były niezamierzone”.Innym, ale ważnym z punktu widzenia praktyki działań przyszłego władcy Arabii Saudyjskiej wydarzeniem, obciążającym jego wizerunek było zatrzymanie w 2017 roku ówczesnego premiera Libanu Saada Harieriego przybywającego z wizytą do Rijadu i zmuszenie go do ogłoszenia dymisji ze stanowiska premiera tego państwa. Kuriozalna i zarazem wstrząsająca sytuacja odbiła się wielkim echem na świecie i w samym Libanie, gdzie przeciwnicy rządu saudyjskiego, cytując stację „al-Dżazira”, uznali to za zwykłe uprowadzenie. Hariri po dwóch tygodniach powrócił do Libanu w wyniku mediacji prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Za głównego inspiratora przetrzymywania premiera Libanu w Rijadzie uznawano następcę tronu Arabii Saudyjskiej.Wracając do aresztowań dwóch wysoko postawionych przedstawicieli rodu królewskiego w marcu 2020 roku, należy pamiętać, że prawdziwa czystka wśród elit saudyjskich została przeprowadzona jeszcze w 2017 roku, kiedy to na polecenie Mohammada bin Salmana służby państwowe dokonały aresztowań kilkuset wpływowych osób spośród bogatych rodzin saudyjskich, m.in. miliardera księcia Alwalida bin Talala. Pretekstem była walka z korupcją, aczkolwiek oczywistym jest, iż zamysłem następcy tronu było ograniczenie wpływów potencjalnych przeciwników i umocnienie swojej pozycji w państwie.

Nota

Chile: referendum w sprawie zmiany konstytucji

10.11.2020

W niedzielę 25 września w Chile miało miejsce referendum w sprawie zmiany obowiązującej w państwie ustawy zasadniczej Przytłaczająca większość78% głosujących opowiedziała się za opracowaniem nowej konstytucji.Przyczynkiem do podjęcia dyskusji nad zmianą konstytucji były masowe protesty społeczne, które przetoczyły się przez państwo w 2019 r. Chilijczycy protestowali przeciwko rażącym nierównościom, domagając się jednocześnie radykalnego odcięcia od spuścizny dyktatury Augusta Pinocheta (1973-1990). Obowiązująca obecnie w Chile konstytucja pochodzi właśnie z tego okresu.Zapowiedziane 15 listopada 2019 r. referendum pierwotnie zaplanowane było na kwiecień 2020 r., jednak ze względu na pandemię COVID-19 wydarzenie przełożono na październik tego roku. W trakcie jednodniowego głosowania Chilijczycy odpowiadali na dwa pytania: „Czy chce Pan/Pani uchwalenia nowej konstytucji?” oraz „Jaki organ powinien przygotować tekst nowej konstytucji?”. W przypadku drugiego pytania głosujący mogli zdecydować się na jedną z dwóch możliwości: Konwencję Mieszaną, złożoną w połowie z członków zasiadających obecnie w Kongresie Narodowym (chilijskim parlamencie) i obywateli wybranych w głosowaniu powszechnym, bądź Konwencję Konstytucyjną w całości pochodzącą z wyborów zaplanowanych na 11 kwietnia 2021 r.Zgodnie z przedstawionymi wynikami, za zmianą obowiązującej konstytucji opowiedziało się aż 78% głosujących przy niecałych 22% głosów przeciwko. W przypadku drugiego pytania, prawie 79% poparło pomysł opracowania nowej ustawy zasadniczej przez pochodzącą z wyborów Konwencję Konstytucyjną. Frekwencja wynosiła 51% uprawnionych do głosowania.Zgodnie z przyjętymi ramami czasowymi, wybrana w 2021 r. Konwencja Konstytucyjna będzie mieć dziewięć miesięcy na przygotowanie tekstu nowej konstytucji (z możliwością jednorazowego przedłużenia o kolejne trzy miesiące). Następnie tekst konstytucji poddany będzie głosowaniu w kolejnym narodowym referendum, zaplanowanym na połowę roku 2022.Komentarz:Wyniki referendum spotkały się z wielką radością społeczeństwa chilijskiego. Pomimo utrzymującego się zagrożenia epidemicznego, dziesiątki tysięcy Chilijczyków wyszło na ulice świętować. Świadczy to, obok wyników samego referendum, o zdecydowanym braku społecznej akceptacji dla szeregu zapisanych w pinochetowskiej konstytucji rozwiązań, jak chociażby prywatne szkolnictwo, stanowiące niejako symbol pogłębiających się nierówności.Wyniki referendum zostały z zadowoleniem przyjęte przez prezydenta Chile, pochodzącego z konserwatywnej partii Odnowy Narodowej Sebastiana Piñerę. Warto podkreślić, że sama decyzja o organizacji referendum podjęta została przez rząd pod wpływem zeszłorocznych protestów, jako sposób kanalizacji społecznego niezadowolenia. Mimo to, poparcie dla Piñery w dalszym ciągu utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie.

Nota

Białoruś: manifestacje wciąż trwają. Zaostrzenie kar dla protestujących

05.11.2020

Protesty na Białorusi trwają od wyborów prezydenckich, które odbyły się 9 sierpnia, po dzień dzisiejszy. Biało-czerwono-biała „rewolucja” zrzesza w swoich szeregach młodzież uczącą się i studiującą, nauczycieli, naukowców, lekarzy, przedsiębiorców, sportowców, artystów, robotników, emerytów, dziennikarzy oraz przedstawicieli innych zawodów. Zasięg demonstracji, w porównaniu z wcześniejszymi próbami np. z 2010 roku, obejmuje całą Białoruś, gromadzi protestujących w dużych miastach, a także miasteczkach. Najliczniejsze akcje protestacyjne odbywają się w dni wolne od pracy, zrzeszając, szczególnie w Mińsku, wiele tysięcy zwolenników Swiatłany Cichanouskiej. Warto podkreślić, że najbardziej masowe manifestacje odbyły się 16 sierpnia, wówczas w centrum Mińska zgromadziło się, według różnych źródeł, od 400 tys. do 500 tys. osób (natomiast według statystyki MSW RB ok. 40 tys.). Kolejna masowa akcja protestu odbyła się 23 sierpnia, podczas której, według doniesień prasowych, wzięło udział od 300 tys. do 500 tys. osób w samej stolicy, nie licząc pozostałych miast (według wersji MSW RB ok. 20 tys.). Pomimo licznych represji, aresztowań, brutalnych pobić, zastraszania, zaginięcia osób, ograniczania internetu akcje protestu, strajki odbywają się codziennie.Postulaty protestujących pozostają bez zmian: Łukaszenko ma ogłosić swoją dymisję, doprowadzić do całkowitego zaprzestania przemocy na ulicach i do zwolnienia wszystkich więźniów politycznych. Wobec braku spełnienia przez Łukaszenkę powyższych żądań, braku dialogu oraz brutalności służb mundurowych, S. Cichanouska 13 października ogłosiła „Narodowe Ultimatum”. Wyznaczyła władzom termin wywiązania się z postulatów do 25 października, w innym wypadku miało dojść do strajku generalnego oraz blokady dróg. W niedzielę 25 października na ulice miast wyszło wiele tysięcy uczestników. Wystąpienie Cichanouskiej przyczyniło się do udziału w demonstracji większej liczby osób w porównaniu do poprzednich akcji protestacyjnych (od września można było zauważyć tendencję spadkową w liczbie uczestników). W stolicy zgromadziło się ponad 100 tys. w innych miastach do kilku tysięcy (w Grodnie i Brześciu ok. 2 tys.). Szczególnie brutalne zatrzymania odnotowano w Lidzie (wobec protestujących użyto gazu łzawiącego), Grodnie, Borysowie, Brześciu i Nowopołocku. Według danych Centrum Praw Człowieka „Wiasna” w całym kraju zatrzymano 314 osób, natomiast według danych MSW RB – 523, w tym w Mińsku 160 osób. Siły porządkowe użyły wobec protestujących granaty hukowe i kule gumowe.Ze względu na brak odpowiedzi na ultimatum, w dniu 26 października doszło do ogólnopaństwowego strajku, który jednak, nie przyniósł spodziewanego rezultatu. Do strajku przyłączyło się kilka zakładów m.in. mińskie zakłady traktorowe MTZ, MAZ (samochodowy), MZKT (zbrojeniowy), grodzieński kombinat azotowy Grodno Azot, zakłady elektrotechniczne, miński zakład „Atlant”, przedsiębiorstwo „Bielaruskalij” w Soligorsku. Pomimo, iż udział w strajku wzięło ponad 1000 przedsiębiorstw (według opinii opozycji), jednak nie doszło do całkowitego paraliżu ich funkcjonowania. Także niektórzy przedstawiciele sektora prywatnego z branży IT, telekomunikacyjnej, sektora usług oraz gastronomicznej dołączyli do grona protestujących. Na ulice miast wyszli studenci oraz emeryci (najliczniej w Mińsku), lekarze z Republikańskiego Naukowo-Technicznego Centrum utworzyli łańcuch solidarności. Nie doszło do całkowitego paraliżu dróg przez kierowców i pieszych – milicja drogowa skutecznie temu zapobiegła. Zatrzymano pracowników strajkujących w przedsiębiorstwach (w zakładzie Grodno Azot zatrzymano ok. 100 osób), poza tym brutalne zatrzymania odnotowano w całej Białorusi. CPC „Wiasna” podała, że zatrzymano 380, natomiast MSW RB – 581 osób, w tym 486 w Mińsku. W różnych miastach udział w manifestacjach wzięło ok. 3,6 tys. osób.27 i 28 października protesty i strajki wciąż trwały, natomiast ich zasięg był o wiele mniejszy niż w poniedziałek – w kraju nadal ludzie tworzyli łańcuchy solidarności, w tym także lekarze w Mińsku, którzy podkreślali swoją solidarność z więźniami politycznymi, studentami, emerytami oraz robotnikami przedsiębiorstw. Do strajku dołączyło kilkadziesiąt wykładowców i pracowników Uniwersytetu Lingwistycznego w Mińsku, a także protestowali studenci różnych uczelni. Za udział w protestach wiele studentów utraciło możliwość dalszej nauki, a robotnicy zostali zwolnieni z pracy. Widząc skalę problemu, Swiatłana Cichanuska doszła do porozumienia z władzami Polski, Danii, Estonii, Słowacji i Słowenii w sprawie udzielenia ponad 1000 stypendium dla białoruskich studentów oraz wykładowców.Dnia 28 października Minister Spraw Wewnętrznych Białorusi Jurij Karajew złożył oświadczenie w sprawie użycia broni przez służby porządkowe, zaznaczając, że tylko w przypadku przemocy skierowanej na funkcjonariusza może on użyć siły fizycznej lub broni. Protesty nazwał „ukrytą wojną hybrydową”, w której obywatele są traktowani jako „moneta przetargowa”. Biorąc pod uwagę skalę przemocy ze strony służb porządkowych, słowa Karajewa można odczytać jako przyzwolenie na większą bezkarność oraz nieuzasadnione użycie broni wobec protestujących. Z kolei generalny prokurator Białorusi Andrej Szwed zaznaczył, że niektóre działania protestujących zostaną zakwalifikowane jako terroryzm ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami (według art. 289 KK RB za akt terrorystyczny grozi pozbawienie wolności od 8 do 15 lat). Szwed, podobnie jak Karajew, uważa, że na Białorusi trwa wojna, która przybiera „skrajnie radykalne formy”. W celu „poskromienia” protestujących również w tym przypadku mogą nastąpić nadużycia obowiązującego prawa (większość wykroczeń może być uznana za akt terrorystyczny).W dniu 29 października A. Łukaszenka podjął decyzję o wzmocnieniu bezpieczeństwa w regionach (zwłaszcza w Mińsku, Grodnie i Brześciu, gdzie w protestach uczestniczyło 10% mieszkańców). Urzędników w województwach grodzieńskim, brzeskim oraz w Mińsku mają wspierać i kontrolować ich działania wyznaczeni przez Łukaszenkę inspektorzy: w Mińsku generał Aleksandr Barsukow, na grodzieńszczyźnie generał Jurij Karajew, w województwie brzeskim generał Walery Wakulczyk. W rzeczywistości Łukaszenko nie do końca ufa urzędnikom i chce wzmocnić kontrolę nad nimi dzięki lojalnym generałom. Po godzinie 15:00 czasu białoruskiego strona białoruska czasowo ograniczyła wjazd do kraju osób z Polski, Litwy, Łotwy i Ukrainy w celu, jak podają państwowe źródła, zapobieżenia rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Przy czym można korzystać z lotów. Nie było informacji na temat ograniczeń w przekroczeniu granicy z Rosji. Jest to duże zaskoczenie dla osób podróżujących, ponieważ nie było żadnego wcześniejszego komunikatu. Biorąc pod uwagę wypowiedź Łukaszenki o tym, że „powinniśmy zamknąć granicę”, ponieważ nam „rzucili wyzwanie” można przypuszczać, że nie było to powiedziane w kontekście koronowirusa. Warto zaznaczyć, że Aleksander Łukaszenko odwielu tygodni atakuje Polskę iLitwę, oskarżając władze tych państw opodsycanie konfliktu naBiałorusi.W dniach 30 października - 4 listopada protesty wciąż trwały. Szczególnie aktywni byli i nadal są studenci, którzy wyrażają swój sprzeciw m.in. wobec skreślenia z listy studentów aktywnych uczestników demonstracji oraz zwolnień wykładowców, którzy popierają protest i są przeciwni usunięciu studentów z uczelni. Do protestów dołączyli m. in. emeryci, osoby niepełnosprawne, lekarze, prywatni przedsiębiorcy oraz robotnicy z poszczególnych państwowych zakładów. Kobiety tradycyjnie organizowały swój marsz.Podsumowując, należy stwierdzić, że na Białorusi widoczna jest tendencja spadkowa co do liczby uczestników kolejnych protestów i braku zdecydowanych działań (masowych strajków) w środowiskach robotniczych. Liczba protestujących wzrasta przy aktywizacji narodu przez lidera opozycji Swiatłany Cichanouskiej. Brak natomiast liderów na miejscu, którzy mogliby podjąć się trudnego zadania organizowania masowych protestów i strajków. Białorusini zatem przyjmują strategię „partyzancką” – w grupach organizują różne akcje, rozpraszając się po miastach. Z jednej strony nie przynosi to pożądanych rezultatów, lecz z drugiej podtrzymuje ducha i motywuje do dalszych działań. Ważne także pod tym względem są komunikaty i nawoływania pojawiające się codziennie w internetowym komunikatorze „Telegram” (dotyczące organizacji protestów, strajków, także możliwości uzyskania pomocy i in.).Postać Swiatłany Cichanouskiej jest odzwierciedleniem nadziei i pragnienia zmian białoruskiego społeczeństwa oraz świadczy o kryzysie istniejącego modelu władzy. Wzbudza u Białorusinów zaufanie swoją postawą, szczerością, wyważonymi wypowiedziami na temat przyszłości państwa, ponadto nie udaje, że jest politykiem. Pomimo braku doświadczenia w polityce, Cichaniuska zjednoczyła wokół siebie osoby niezadowolone z obecnej władzy, stagnacją autorytarnego reżimu, o czym świadczyły wielotysięczne mityngi przedwyborcze (ponad 63 tys. osób uczestniczyło w mitingu poparcia Cichanouskiej jako kandydata na prezydenta Białorusi, najwięcej w historii kraju). Należy zaznaczyć, że niewątpliwie mobilizującym czynnikiem udziału w powyborczych protestach była obecność Cichanouskiej w kraju. Po opuszczeniu Białorusi nadal jest symbolem upragnionych zmian, przy czym jej wpływ na protesty nie jest znaczny, działa jedynie mobilizująco. Można stwierdzić, iż na dzień dzisiejszy nie jest zdecydowanym liderem Białorusinów.Warto podkreślić, że reżim zaczyna zaostrzać swoje działania wobec protestujących, dając siłom porządkowym przyzwolenie na bezkarne i nieuzasadnione w wielu przypadkach stosowanie przemocy wobec demonstrantów, w tym możliwość użycia broni palnej. W przypadku jej użycia może dojść do eskalacji konfliktu z winy struktur siłowych, a nie, jak uważa reżim, protestujących. Wówczas obawy Łukaszenki o wybuch rewolucji na miarę ukraińskiego majdanu mogą się ziścić.Wobec protestujących studentów stosuje się kary w postaci skreślenia z listy studentów, co będzie się przyczyniało do masowych wyjazdów poza granice kraju. Jeśli studenci zdecydują się na wyjazd w celu dalszego kształcenia się, może ich spotkać w przyszłości przykra niespodzianka w postaci nieuznania dyplomu zagranicznej uczelni, co już zapowiedział Łukaszenka. Można przypuszczać, że jego działania są skierowane na poskromienie niepokornych studentów, lecz może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego, czyli doprowadzi do ucieczki zasobów intelektualnych kraju.Zamiast dialogu z opozycją władze wybrały drogę zaostrzenia kar, wzmocnienia kontroli i oddania większych kompetencji strukturom siłowym.

Nota

Czeska opinia publiczna wobec działań rządu w ramach walki z epidemią Covid-19

04.11.2020

Wyniki badań opinii publicznej pokazują, że Czesi byli bardziej zadowoleni z działań rządu i więcej osób było przekonanych o ich skuteczności w trakcie pierwszego stanu alarmowego (12 marca–17 maja 2020) niż przed ogłoszeniem drugiego (5 października – w trakcie). W maju zdecydowana większość Czechów (70 proc.) osób uznawała zaangażowanie państwa w przeciwdziałanie epidemii jako odpowiednie, prawie jedna piąta za zbyt duże, a niecałe 10 proc. oceniało je jako niedostateczne (Tabela 1.). Zmiany na niekorzyść rządu zaczęły się pojawiać w lipcu 2020 r. We wrześniu obserwujemy spadek o 10 p.p. odsetka osób, którym odpowiadają działania rządu. O jedną trzecią mniej jest też osób, które twierdziły wiosną, że zaangażowanie rządu w walkę z epidemią jest zbyt duże. Ponad dwukrotnie rośnie odsetek tych, którzy twierdzą, że działanie władz jest niewystarczające.Tabela 1. Zaangażowanie państwa w przeciwdziałanie epidemii w 2020 r. (w %)maj czerwieclipiec wrzesieńzmianaZbyt duże18161412-6Odpowiednie70736660-10Zbyt małe88172315Nie wie43351Źródło: CVVM, Naše společnost, září 2020, 5. 9. – 20. 9. 2020Większy spadek zaobserwowano w przypadku ocen skuteczności rządowych obostrzeń (Tabela 2.). Jeszcze w maju za skuteczne uznawało je 86 proc., podczas gdy już we wrześniu mniej niż połowa osób (48 proc.). Nieznacznie mniej, bo 44 proc. uznawało w samym przededniu drugiego stanu alarmowego działania rządu za nieskuteczne, o ponad jedną trzecią więcej niż wiosną.Tabela 2. Ocena skuteczności obostrzeń w 2020 r.maj czerwieclipiec wrzesieńzmianaZdecydowanie skuteczne3121139-22Raczej skuteczne55574839-16Raczej nieskuteczne815253527Zdecydowanie nieskuteczne23797Nie wie44784Źródło: CVVM, Naše společnost, září 2020, 5. 9. – 20. 9. 2020Komentarz:Przyczyną zmian w podejściu do restrykcji i ocenie rządu Andreja Babiša jest prawdopodobnie spadek wiarygodności i zaufania wobec niego. Doprowadziły do nich stworzenie przez szefa egzekutywy fałszywego poczucia bezpieczeństwa na skutek kampanii czeskiego sukcesu w walce z epidemią po pierwszej odsłonie oraz niespójna komunikacja rządu ze społeczeństwem. Premier w czerwcu zapewniał, że kraj jest przygotowany na tzw. drugą falę i jednocześnie obiecał, że masowe obostrzenia już więcej nie zostaną wprowadzone. Co więcej, pełnomocnik rządu do spraw badań w ochronie zdrowia i późniejszy minister tego resortu informował w telewizji publicznej, że najprawdopodobniej druga fala epidemii nie nadejdzie. Wyniki badania opinii publicznej w październiku pokazały, że zaufanie do premiera Andreja Babiša jako źródła informacji o epidemii ma jedynie 36 proc. Czechów, najmniej wśród pozostałych instytucji (prowadzą eksperci i epidemiologowie, potem media publiczne).Do podważenia wiarygodności rządu przyczynił się również wyrok sądu miejskiego w Pradze z 23 kwietnia 2020 r. Kwestionował on prawomocność czterech rozporządzeń ograniczających handel detaliczny i usługowy (zamknięcie sklepów, zakładów kosmetycznych etc.) i swobodę przemieszczania się podczas pierwszego stanu alarmowego. Zostały one wydane przez ministra zdrowia, a więc niezgodnie z przepisami ustawy o zarządzaniu kryzysowym, która kompetencje te przyznaje rządowi, a nie pojedynczym członkom rządu. Z przyczyn formalnych unieważniono więc kluczowe restrykcje, co mogło osłabić wizerunek rządu mającego niedostateczne rozeznanie w prawie w obliczu epidemii.W Republice Czeskiej doszło do polityzacji postaw wobec obostrzeń. Część Czechów obowiązek przestrzegania obostrzeń łączyła z podporządkowaniem się władzy politykowi, którego nie popierają. Innymi słowy wyborcy partii opozycyjnych na znak niechęci do premiera, przeciwko któremu od dwóch lat protestują, mogą mniej chętnie stosować się do nadzwyczajnych przepisów wydawanych przez jego rząd. Przykładem może być noszenie maseczek. Czesi deklarujący zaufanie rządowi, w większej mierze uznają je za skuteczne narzędzie profilaktyki przeciwko zakażeniu koronawirusem. Potwierdza to badanie opinii z września 2020 r., z którego wynika, że skuteczność maseczki uznaje 86 proc. ufających rządowi i tylko 14 proc. tych, którzy mu nie ufają. Przeciwko próbie wprowadzenia maseczek we wszystkich miejscach publicznych od 1 września była też część opozycji (Obywatelska Partia Demokratyczna). Wspomniane badanie zaufania do źródeł informacji wykazało, że zaufanie do premiera jest najniższe wśród wyborców opozycyjnych partii centroprawicowych (8-14 proc.).Sprzeciw wobec niektórych obostrzeń przybrał formę publicznych protestów w stolicy Republiki Czeskiej. Jednym z głośniejszych była demonstracja w dniu 18 października, kiedy w centrum miasta zgromadziło się blisko 2 tys. osób. Została zwołana przez nowo powstały Ruch Obywatelskiego Niezadowolenia (Hnutí občanské nespokojenosti, HON). Rzecznicy z grona organizatorów twierdzili, że protestują przeciwko „bezsensownym zarządzeniom rzucanymi na taśmę”.

Nota

Brazylijska reforma polityczna

02.11.2020

15 listopada 2020r. Brazylijczycy wybierać będą prefektów miast i radnych. Tegoroczne elekcje będą nietypowe pod kilkoma względami. Zostaną przeprowadzone w dobie pandemii koronawirusa, która w Brazylii wyjątkowo dotkliwie odcisnęła swoje piętno i przesądziła o przesunięciu terminu wyborów z 4 października na połowę listopada. Będzie to również pierwsza okazja do weryfikacji efektów reformy politycznej i wyborczej z 2017r.Choć wielu ekspertów wyraziło rozczarowanie niewystarczającą skalą zmian zawartych w Poprawce Konstytucyjnej 97/2017 bądź krytykuje nowe rozwiązania dotyczące finansowania kampanii wyborczych partii, należy podkreślić, że brazylijskiemu Kongresowi udało się po raz pierwszy od uchwalenia konstytucji w 1988r. wypracować kompromis. Nad koniecznością wprowadzenia korekt do zapisów ustawy zasadniczej regulujących działalność brazylijskich partii politycznych dyskutowano od początku lat 90. i w szczególności po 2005r., kiedy Brazylią wstrząsnął skandal korupcyjny mensalão. Ujawnienie procederu kupowania głosów parlamentarzystów w zamian za poparcie udzielone kluczowym projektom legislacyjnym, na których zależało brazylijskiej administracji, po raz kolejny uwypukliło konieczność reformy politycznej. Problemami brazylijskiego systemu partyjnego zasługującymi na szczególną uwagę są niska dyscyplina partyjna, powszechna praktyka zmiany barw partyjnych kongresmenów bez ponoszenia konsekwencji, ogromne koszty kampanii wyborczych przy niskiej przejrzystości źródeł ich finansowania oraz znaczące rozbicie partyjne w Izbie Deputowanych. Od lat 90. w jej kolejnych kadencjach swoich reprezentantów posiadało niemal 30 partii politycznych. W praktyce oznaczało to, że głowa państwa, aby efektywnie pełnić swoje funkcje, musiała zabiegać o poparcie Kongresu poprzez budowę szerokich koalicji parlamentarnych, składających się niejednokrotnie z ok. 10 partii politycznych. Decydującym impulsem do podjęcia reform okazała się jednak dopiero największa afera korupcyjna petrolão, która ujrzała światło dziennie dzięki śledztwu Lava Jato. Brazylijscy obywatele z doniesień medialnych w 2015 i 2016r. dowiedzieli się m.in. o skali nielegalnego finansowania partii politycznych przez największe spółki państwowe. W wyniku ujawnionych informacji już we wrześniu 2015r. Federalny Sąd Najwyższy uznał finansowanie kampanii wyborczych przez przedsiębiorstwa za niekonstytucyjne, zakazując takich praktyk. Na dalej idące reformy trzeba było poczekać jeszcze dwa lata.Najważniejsze zmiany wprowadzone Poprawką Konstytucyjną 97/2017 to zakaz tworzenia koalicji partyjnych w wyborach proporcjonalnych do rad miejskich, parlamentów stanowych i federalnej Izby Deputowanych. Koalicje pozostają dopuszczalne w wyborach większościowych, w których Brazylijczycy wyłaniają prefektów miast, gubernatorów stanów, senatorów oraz prezydenta. Druga kluczowa zmiana dotyczyła wprowadzenia klauzuli zaporowej, uzależniającej dostęp do funduszu partyjnego, finansowanego m.in. przez publiczne dotacje, oraz bezpłatnego czasu antenowego i radiowego od uzyskania w poprzednich wyborach do Izby Deputowanych minimum 3% ważnych głosów z co najmniej 9 stanów, przy czym w każdym z nich uzyskany wynik musiał przekroczyć 2% ważnych głosów lub, alternatywnie, posiadania przynajmniej 15 przedstawicieli w Izbie Deputowanych reprezentujących minimum 1/3 stanów Federacji. Ta ostatnia zmiana wprowadzana będzie stopniowo w kolejnych wyborach aż do 2030r.Oczekiwanym rezultatem reform ma być osłabienie najmniejszych partii politycznych, którym dotychczas udawało się wprowadzić swoich reprezentantów do ciał przedstawicielskich na szczeblu municypalnym, stanowym i federalnym dzięki koalicjom z silniejszymi ugrupowaniami. Warto przy tym zwrócić uwagę na powszechną w Brazylii praktykę tworzenia koalicji bez względu na orientację ideologiczną partii, przez co dochodziło do sytuacji, w których wyborcy nieświadomie przyczyniali się do wprowadzania do ciał przedstawicielskich reprezentantów o programach zdecydowanie różniących się od tych, które proponowali kandydaci, na których oddany został głos.Dalsze zmiany wprowadzone w 2017r. w odrębnych regulacjach dotyczą finansowania wyborów. W związku z zakazem finansowania kampanii przez przedsiębiorstwa, brazylijski Kongres zadecydował o utworzeniu publicznego funduszu wyborczego. 2% środków funduszu otrzymają wszystkie zarejestrowane partie, 35% partie posiadające przynajmniej jednego przedstawiciela w Izbie Deputowanych, a pozostałe środki rozdzielone zostaną proporcjonalnie do liczby deputowanych i senatorów w Kongresie. Dodatkowo udało się wprowadzić limity dozwolonych wydatków w kampanii wyborczej na poszczególne stanowiska (przykładowo, kandydaci na prezydenta w 2018r. mogli wydać do 70 mln reali). Wysokość środków udostępnionych partiom na wybory municypalne w 2020r. wynosi 2 mld reali.Po 15 listopada okaże się, w jakim stopniu nowe regulacje przełożą się na wyniki wyborów i skład rad miejskich. Na szczeblu federalnym weryfikacja będzie jednak możliwa dopiero w 2022 roku, kiedy odbędą się wybory do Izby Deputowanych. Do tego czasu proces legislacyjny i współpraca z egzekutywą uzależniony będą od kompromisów wypracowywanych pomiędzy 30 partiami, wchodzącymi w skład niższej izby parlamentu obecnej kadencji.

Nota

Jemen: Porozumienie z Rijadu a stan upadku państwa

31.10.2020

W dniu 5 listopada 2019 roku w Rijadzie pod patronatem Arabii Saudyjskiej doszło do zawarcia porozumienia pomiędzy rządem uznawanego na arenie międzynarodowej prezydenta Abd Rabbuha Mansura Hadiego a Południową Radą Przejściową (PRP), organizację która wyłoniła się z secesjonistycznego Ruchu Południa wzywającego do odłączenia Jemenu Południowego i utworzenia niezależnego państwa. Założenia porozumienia dotyczyły przywrócenia władzy rządowej na obszarze jemeńskiego południa wraz z uwzględnieniem przedstawicieli PRP i odrzucenie przez PRP aspiracji secesjonistycznych. Wydawało się, że porozumienie to pozwoli na stopniowe przywrócenie rządowej kontroli nad Jemenem, szczególnie w odniesieniu do rebeliantów al-Husi z północy kraju. Jednak kilka miesięcy po zawarciu układu w Rijadzie pojawiły się poważne napięcia pomiędzy PRP a prezydentem Hadim i w rezultacie, jak podawała Al-Dżazira, już w kwietniu PRP ogłosiła, że wycofuje się ze wspólnych ustaleń i przejmuje samodzielną kontrolę nad kilkoma południowymi prowincjami, podkreślając przy tym, że tak naprawdę ów porozumienie ze stolicy Arabii Saudyjskiej nigdy w pełni nie weszło w życie. PRP w swoich działaniach jest przez cały czas wspierane przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, co tez pokazuje daleko idącą polaryzację pomiędzy państwami arabskimi w kwestii Jemenu. Sytuacja znacznie utrudniła Hadiemu i jego rządowi podjęcie działań w walce z rebeliantami al-Husi, co pokazało, że wszelkie ustalenia pomiędzy stronami skonfliktowanymi w Jemenie są bardzo niepewne i raczej krótkotrwałe.*Jemen jest jednym z najbardziej niestabilnych państw na świecie. Przyczyniły się do tego długotrwałe wojny – najpierw pomiędzy rebeliantami z klanu al-Husi a rządem, następnie „arabska wiosna”, która przyspieszyła koniec wieloletnich rządów prezydenta Alego Abdullaha Saliha i wybuch kolejnej wojny w 2015 roku, w wyniku której utrwalił się „system dwuwładzy” w państwie. Państwo to jest w dalszym ciągu ogarnięte wojną pomiędzy zwolennikami wybranego w 2012 roku prezydenta Hadiego i wiernym mu siłom wojskowym, a ruchem al-Husi zrzeszającym zbuntowane plemiona szyickie z północy kraju i działającym w południowych prowincjach kraju dżihadystom powiązanym z al-Ka’idą.Wieloletni konflikt w Jemenie umożliwił zaangażowanie stron zewnętrznych. Rebeliantów szyickich ściśle wspiera Iran i libański Hezbollah. Z kolei najpierw prezydent Salih a później prezydent Hadi jest popierany przez Arabię Saudyjską i większość arabskich państw Zatoki Perskiej. Zresztą w marcu 2015 roku koalicja militarna pod przywództwem Arabii Saudyjskiej rozpoczęła interwencję zbrojną w Jemenie wymierzoną w rebeliantów, tak aby przywrócić w kraju pełnię władzy prezydentowi Hadiemu. Działanie to nie zakończyło się jednak sukcesem. Rozejm z 2018 roku, jak i ten z grudnia 2019 roku nie ustabilizował sytuacji i Jemen w dalszym ciągu pozostaje ogarnięty konfliktem.Prezydent Hadi jest wciąż uznawany przez społeczność międzynarodową za legalną władzę w Jemenie (wygrał wybory prezydenckie w 2012 roku jako jedyny startujący w nich kandydat), pomimo tego, że kulisy jego dojścia do władzy nie były jednoznaczne. Z kolei utworzona w 2015 roku po zdobyciu stolicy Sany przez rebeliantów al-Husi – Rada Rewolucyjna, na czele której stanął Mohammed Ali al-Husi, nie zyskała uznania międzynarodowego. W obecnej sytuacja utrwaleniu ulega system dwuwładzy, która jest sprawowana przez obydwie strony wyłącznie na kontrolowanych przez siebie obszarach. Z uwagi na stan wojny nie ma ani obecnie, ani w najbliższej przyszłości żadnej możliwości przeprowadzenia w Jemenie wyborów prezydenckich czy parlamentarnych. Pojawia się zatem trudne do odpowiedzi pytanie o przyszłą legitymizację władzy w Jemenie w odniesieniu przede wszystkim do potencjalnego następcy prezydenta Hadiego. Kwestia ta jest o tyle istotna, bowiem zgodnie z Konstytucją Jemenu prezydent ma niezwykle szerokie prerogatywy w zakresie władzy wykonawczej – m.in. mianuje swoich zastępców, powołuje premiera i wysoko postawionych dowódców wojskowych.Toczące się wojny zepchnęły Jemen w kompletną zapaść ekonomiczną, ubóstwo, dewastację infrastruktury i postępujący kryzys humanitarny. Jemen zawsze w porównaniu z bogatymi monarchiami Półwyspu Arabskiego wyglądał jak ubogi krewny i nie pasował do naftowego towarzystwa. Jednak długotrwałe wojny spowodowały, że obecnie państwo to jest jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Według ONZ, jeśli wojna w Jemenie potrwa do 2022 roku, będzie on najbiedniejszym państwem na świecie z 79% swojej populacji żyjącej poniżej poziomu ubóstwa, z czego 65% będzie znajdować się w skrajnym ubóstwie.Z kolei według szacunków The Armed Conflict Location & Event Data Project (ACLED) od 2014 roku w wyniku konfliktów w Jemenie śmierć poniosło 112 tys. ludzi, w tym 12 tys. 600 stanowiły ofiary wśród ludności cywilnej. W samym tylko 2019 roku śmierć poniosło 25 tys. osób. Ponadto w efekcie głębokiego kryzysu humanitarnego i braku dostępu do wody pitnej oraz zniszczonych sieci kanalizacyjnych w Jemenie wybuchła epidemia cholery, która od 2016 roku spowodowała śmierć prawie 4 tys. osób, w tym głównie dzieci.Intensywna skala terroryzmu jest jednym z dotkliwszych dla społeczeństwa Jemenu następstw niestabilności państwa i długotrwałych konfliktów. Dla różnej maści terrorystów ogarnięty wojną Jemen jest bardzo dogodnym obszarem do prowadzenia działań zbrojnych i nieskrępowanego funkcjonowania. Od wielu lat aktywnie działa tam al-Ka’ida, a od kilku lat niezwykle aktywną organizacją jest Ansar Allah, sprzymierzona z rebeliantami al-Husi.Na podstawie niezwykle wnikliwego opracowania Global Terrorism Index (GTI) z 2019 roku, Jemen znajduje się w ścisłej czołówce państw na świecie zagrożonych terroryzmem. W rankingu GTI za rok 2018 Jemen plasuje się w pierwszej dziesiątce państw i zajmuje ósmą pozycję. W 2018 roku w tym państwie miało miejsce 227 ataków terrorystycznych, a ponad 40% z nich było wymierzonych w ludność cywilną i miejsca publiczne. Warto też dodać, że w przedziale lat 2001-2018 w wyniku ataków terrorystycznych w Jemenie śmierć poniosło 4934 osoby.

Nota

Działania pomocowe skierowane do ludności pigmejskiej w RŚA

30.10.2020

Działania pomocowe w RŚA związane z wybuchem pandemii wirusa SARS-CoV-2 prowadzone są przez organizacje humanitarne, organizacje międzynarodowe i Unię Europejską. W ostatnich dniach dużą uwagę skupia się na niesieniu pomocy głównie dla ludności pigmejskiej, która zamieszkuje południowe tereny Republiki Środkowoafrykańskiej.Eksperci z francuskiego Instytutu Pasteura twierdzą, że zmarginalizowana ludność pigmejska jest szczególnie narażona na transmisję wirusa SARS-CoV-2. Według tej instytucji, która w RŚA ma monopol na przeprowadzanie testów serologicznych, testów immunochromatograficznych i testów metodą RT-PCR, ludność zamieszkująca lasy tropikalne tego państwa choruje głównie na zapalenie płuc, które obecnie również może być wywołane przez wirus SARS-CoV-2.Co więcej, według badań dotyczących nosicieli wirusa SARS-Cov2[1], wytypowanych spośród nietoperzy i łuskowców, te dwa gatunki stanowią najczęstszy posiłek wśród ludności pigmejskiej[2].KomentarzLudność pigmejska to lud koczowniczo-łowiecki zamieszkujący południowe tereny Republiki Środkowoafrykańskiej, zwłaszcza prefekturę Lobaye oraz Sangha-Mbaéré. Lud ten głównie przemieszczał się po lasach tropikalnych zgodnie z upływem sezonów[3], aby zapewnić sobie jedzenie. Ze względu na wzmożoną wycinkę drzew oraz nieodwracalne zmiany klimatyczne, lud ten coraz częściej z koczowniczo-łowieckiego trybu życia przechodzi na tryb osiadły bądź półosiadły, tworząc swoje wioski na granicach miejscowości.Zapalenie płuc w RŚA dotyka głównie dzieci do 5. roku życia i jest jedną z rzadszych chorób notowanych na tych terenach. Ludność pigmejska choruje głównie z powodu pasożytów krwi (malaria) bądź pasożytów układu pokarmowego.[4].Wiele organizacji humanitarnych otrzymuje dofinansowania na projekty skierowane do ludności pigmejskiej. Pomoc ta obejmuje alfabetyzację, opiekę zdrowotną, edukację, urbanizację i agronomię.Od początku pandemii COVID-19 rząd RŚA otrzymał miliony euro w celu zahamowania rozprzestrzeniania się wirusa SARS-CoV-2. Pomoc nie dociera na peryferia kraju, ponieważ główne działania pomocowe nakierowane są na stolicę kraju (Bangi) i duże miasta. Wielu komentatorów twierdzi, że rząd dużo zyskał na epidemii ze względu na ogromne dofinansowania, które zostały przekazane państwom rozwijającym się i dysfunkcyjnym. Aczkolwiek populacja tego kraju nie otrzymała większego wsparcia ze względu na ogromny problem korupcji w państwie[5].Pierwszy przypadek chorego na COVID-19 w Republice Środkowoafrykańskiej zanotowano w marcu 2020 r. Osoba ta była pochodzenia włoskiego i wróciła z Europy, gdzie przebywała w celach urlopowych. Po przeprowadzeniu badań i uzyskaniu pozytywnego wyniku mężczyznę (lat 74) poddano kwarantannie wraz ze wszystkimi jego współpracownikami oraz osobami, z którymi miał on styczność po przyjeździe do RŚA. Następnie przeprowadzone zostały badania tych osób. Wszystkie testy były negatywne. Co więcej, osoba zarażona po przebyciu choroby wykonała kolejne badania, tym razem serologiczne, które wykazały, że osoba ta nie przebyła zakażenia koronawirusem w przeszłości. Dane mężczyzny były podawane we wszystkich serwisach informacyjnych w kraju, co naraziło go na wiele aktów przemocy ze strony przestraszonej populacji. Następnie władze RŚA wykorzystały ten pierwszy przypadek do propagowania pogarszającej się sytuacji w państwie ze względu na obecność choroby COVID-19.Od początku marca 2020 r. w Republice Środkowoafrykańskiej odnotowano 4599 osób zarażonych, 1546 wyzdrowiałych oraz 59 zgonów.[1] Zdania ekspertów nadal ą podzielone na temat epistemologii wirusa SARS-Cov-2, Ebolę natomiast również zaliczano do grona chorób przenoszonych przez nietoperze.[2] G. Grilhot, En Centrafrique, la délicate sensibilisation des Pygmées face au coronavirus, 2020, https://www.lemonde.fr/afrique/article/2020/06/26/en-centrafrique-la-delicate-sensibilisation-des-pygmees-face-au-coronavirus_6044334_3212.html [dostęp: 8.07.2020].[3] Życie ludności pigmejskiej zależne jest od występowania po sobie różnych sezonów w obszarach leśnych: sezon łowiecki, sezon zbieracki (np. miód) itd.[4] Autorka artykułu przez 4 lata pracowała w szpitalu prowadzonym przez Diecezję Tarnowską, który opiekował się ludnością pigmejską (w latach 2012–2017).[5] Obecnie RŚA plasuje się na miejscu 153 z 189 państw w których występuje problem korupcji, według rankingu Corruption Perceptions Index.

Nota

Wybory prezydenckie 2020 w Stanach Zjednoczonych Ameryki

30.10.2020

Zgodnie z artykułem II sekcja 1 klauzula 1 Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki cała władza wykonawcza spoczywa w rękach prezydenta USA, który wybierany jest na czteroletnią kadencję. Z kolei artykuł II sekcja 1 klauzula 4 Konstytucji zawiera przesłanki dotyczące biernego prawa wyborczego. Zgodnie z tym przepisem w wyborach prezydenckich bierne prawo wyborcze posiada osoba, która spełnia trzy podstawowe warunki: od momentu urodzenia jest obywatelem Stanów Zjednoczonych, ma skończone 35 lat oraz od przynajmniej czternastu lat zamieszkuje na terytorium Stanów Zjednoczonych. Oznacza to, że przesłanki, których spełnienie umożliwia kandydowanie na urząd prezydenta USA są bardziej rygorystyczne niż te, które należy spełnić, aby móc kandydować do Kongresu. W myśl XXII poprawki do Konstytucji (uchwalonej przez Kongres w 1951roku), okres sprawowania władzy przez prezydenta został ograniczony maksymalnie do dwóch kadencji. Warto podkreślić, że w wyborach prezydenckich może wystartować każdy, kto spełnia wyżej wskazane warunki formalne. Co ważne, kandydat na prezydenta nie musi być przedstawicielem demokratów czy republikanów. Pretendent na urząd prezydenta może zgłosić się sam, może uzyskać poparcie pewnej grupy wyborców, może być także kandydatem niezależnym. Warto jednak zaznaczyć, że jak dotąd nigdy w historii USA nie zdarzyło się, aby wybory prezydenckie wygrał niezależny kandydat lub kandydat, który reprezentowałby inną partię niż partia republikańska lub demokratyczna.Pięćdziesiąte dziewiąte powszechne wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych zostały zaplanowane na 3 listopada 2020 roku, a posiedzenie Kolegium Elektorów na 14 grudnia 2020 roku. Amerykańska kampania wyborcza z początkiem września weszła w decydującą fazę. Kampania prezydencka składa się z trzech etapów. Są to prawybory, wybory powszechne oraz wybory prezydenta przez kolegium elektorów. Obecnie urząd prezydenta USA sprawuje republikanin - Donald Trump. Wyborcy 3 listopada zdecydują o tym, czy pozostanie on w Białym Domu przez kolejne cztery lata. Jego kontrkandydatem jest należący do partii Demokratycznej Joe Biden, pełniący urząd senatora ze stanu Delaware w latach 1973–2009. Biden polityką zajmuje się od lat siedemdziesiątych. Niemniej jednak znany jest głównie z tego, iż sprawował urząd wiceprezydenta podczas prezydentury Baracka Obamy. Pomimo faktu, iż w ogólnokrajowych sondażach prowadzi Joe Biden, należy podkreślić, że ich wynik nie zawsze jest pomocny w przewidywaniu, kto wygra wybory. Jako przykład można wskazać sytuację kandydatki na urząd prezydenta Hilary Clinton, która w 2016 roku prowadziła w sondażach, ale i tak przegrała z Donaldem Trumpem. Trzeba mieć na uwadze fakt, że w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje system elektoratu. W praktyce oznacza to, że zdobycie największej ilości głosów nie zawsze gwarantuje wygraną w wyborach. Praktyka także pokazuje, że większość stanów zazwyczaj głosuje w ten sam sposób. Z tego też powodu tylko w kilku stanach obaj kandydaci mają szansę na zwycięstwo. Liczba głosów każdego ze stanów uzależniona jest od liczby wydelegowanych przez nie członków do Senatu i Izby Reprezentantów. Dlatego też tak naprawdę kampania wyborcza obu kandydatów skoncentrowana jest tylko w kilku stanach. Bitwa o urząd w tegorocznych wyborach toczy się głównie w stanach takich jak: Floryda,Ohio, Georgia, Karolina Północna, Iowa i Maine. Niezdecydowane stany bardzo często określane są nazwą „swing states”, czyli stanami „rozhuśtanymi”. Zdarza się także, że nazywa się je stanami bitewnymi „battleground states” lub stanami kluczowymi „key states”. Zwycięstwo jednego z kandydatów w tych stanach zwykle przekłada się na jego wygraną w wyborach prezydenckich. Osoby, które nie są zwolennikami systemu elektorskiego bardzo często podkreślają, że skupiając swoją uwagę na stanach „niezdecydowanych” kandydaci na urząd prezydenta bardzo często nie pamiętają o głosujących ze stanów, w których są przekonani o swoim zwycięstwie. Warto podkreślić, że określenie „key states” nie zawsze skierowane jest do tych samych stanów. Wynika to z faktu, iż każdy cykl wyborczy jest odmienny w stosunku do poprzedniego. To z kolei związane jest ze zmiennością preferencji wyborców, a także z wewnętrznymi transformacjami, które zachodzą w Stanach Zjednoczonych. Wszyscy elektorzy muszą oddać głos na kandydata, który otrzymał w ich stanie największą liczbę głosów. Wyjątek od tej zasady dotyczy dwóch stanów: Nebraski oraz Main. Z kolei liczba elektorów z poszczególnych stanów uzależniona jest od populacji każdego stanu. Przykładowo Kalifornia, która jest najbardziej zaludnionym stanem ma do dyspozycji największą liczbę elektorów (55), w dalszej kolejności jest Teksas (38), Floryda (29), Nowy Jork (29) oraz Illinois (20) i Pensylwania (20). Biorąc pod uwagę kwestie techniczne w imieniu obywateli wyboru prezydenta dokonuje Kolegium Elektorów. W kolegiach elektorów łącznie można uzyskać 538 głosów. Zatem, aby wygrać kandydat na urząd prezydenta musi uzyskać 270 głosów.Pomimo wyników ogólnokrajowych sondaży, w których Joe Biden wypada znacznie lepiej od swojego przeciwnika Donalda Trumpa, zarówno komentatorzy jak i bukmacherzy absolutnie nie przesądzają, który z nich wygra wybory. Warto przypomnieć, że w „niezdecydowanych” stanach do zdobycia jest aż 199 z 538 głosów elektorskich.

Nota

Druga kadencja prezydenta Ashrafa Ghaniego. Szansa na pokój w Afganistanie?

29.10.2020

W dniu 28 września 2019 roku odbyły się w Afganistanie wybory prezydenckie, w których startowało aż 18 kandydatów. Z uwagi na liczne protesty zgłaszane przez kandydatów, wstępne wyniki ogłoszono dopiero 22 grudnia 2019 roku. Jednak na ostateczne wyniki trzeba było poczekać jeszcze dwa miesiące. Niezależna Komisja Wyborcza ogłosiła je dopiero 18 lutego 2020 roku. Wybory wygrał urzędujący od 2014 roku prezydent – Ashraf Ghani, który uzyskał 50,64% głosów.Jednak główny rywal Ghaniego, były premier Abdullah Abdullah nie uznał wyników wyborów i stworzył konkurencyjny wobec urzędującego prezydenta ośrodek władzy. Pojawiło się wtedy zagrożenie dla kontynuacji planu pokojowego ustalonego pomiędzy USA i Talibami w Katarze. Kuriozalny czas „dwuwładzy” udało się zakończyć w maju 2020 roku, m.in. dzięki mediacji byłego prezydenta Hamida Karzaja. Ghani i Abdullah osiągnęli porozumienie i ten drugi został przewodniczącym Wysokiej Rady ds. Pojednania Narodowego, co równoważyło się z objęciem kluczowego stanowiska w prowadzeniu rozmów z Talibami. Ponadto Abdullah otrzymał prawo do desygnowania połowy gabinetu rządowego tworzonego przez prezydenta Ghaniego (w systemie politycznym Afganistanu na czele rządu stoi prezydent).Rozmowy rządu z Talibami paradoksalnie pogorszyły się po tym, jak USA zapowiedziały wycofanie swoich wojsk do końca 2020 roku. Nie pomogło też zwolnienie przez rząd ok. 5000 tysięcy Talibów przetrzymywanych w więzieniach (Talibowie zwolnili około tysiąca żołnierzy sił rządowych). Ataki Talibów nasilały się i przybrały dużą skalę szczególnie w lipcu 2020 roku. Dopiero we wrześniu przedstawiciele rządu afgańskiego i Talibów spotkali się w stolicy Kataru – Doha. Jak podawała Al-Dżazira, było to pierwsze spotkanie tych skonfliktowanych stron od ponad dwóch dekad trwającej wojny, w której śmierć poniosło 160 tys. osób.Zapowiedzi na spotkaniu w Katarze były niezwykle górnolotne. W planach znalazło się ustalenie warunków permanentnego rozejmu i omówienie politycznej przyszłości Afganistanu. Jednak trudno było po tym historycznym spotkaniu od razu spodziewać się daleko idących rezultatów. Raczej miało ono charakter wprowadzający tak, aby można było podjąć w najbliższym czasie kolejne kroki ku opracowaniu następnych etapów wspólnych negocjacji. Patetyczny charakter spotkania potwierdzały wypowiedzi reprezentantów stron. Wiceszef Talibów Mułła Abdul Ghani Beradar, jak relacjonowała Al-Dżazira, na spotkaniu zapowiedział, że „my [Talibowie] chcemy, aby Afganistan był niezależnym, rozwiniętym krajem lecz powinien zaadoptować system muzułmański, w którym wszyscy obywatele mieliby swoje miejsce”. Z kolei przedstawiciel rządu Abdullah podkreślał, że wierzy, „jeśli strony podadzą sobie ręce i uczciwie będą pracować na rzecz pokoju to skończą się ciągle trwające w Afganistanie nieszczęścia”.Droga do pokoju jest jednak bardzo daleka. Talibowie mają twarde żądania. Cytując analizę Observer Research Foundation, mułła Fazel Mazlum, który wypowiadał się w imieniu Talibów wskazywał, że przyszły przywódca Afganistanu powinien wywodzić się z ich szeregów i nie ma dla ustroju politycznego Afganistanu innej opcji niż prawo szariatu.Z kolei, jak podaje Lyse Doucet z BBC News, w odniesieniu do postawy prezydenta Ghaniego pojawiają się głosy, iż zależy mu na przeczekaniu kilku miesięcy przy negocjacjach, aby po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich w USA, ewentualny następca Donalda Trumpa (jeśli nie zostanie on ponownie wybrany) udzielił mu większego wsparcia niż urzędujący prezydent USA. Obawy wśród zwykłych Afgańczyków, jak i osób zorientowanych wokół rządu budzi również fakt, iż Talibowie nie odeszli za bardzo od swoich fundamentalnych kwestii, jakie były obecne w czasie ich rządów w Afganistanie jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia. Żądanie Talibów, iż Afganistan miałby być ustrojem opartym na prawie muzułmańskim oznacza, że ustrój ten byłby „znacznie bardziej muzułmański” w porównaniu do Islamskiej Republiki Afganistanu, która istnieje obecnie.Z pewnością spotkanie przedstawicieli rządu afgańskiego i Talibów w Katarze ma wymiar historyczny i stanowi kamień milowy we wzajemnych relacjach afgańskich. Trudno jednak zakładać optymistyczny scenariusz w stosunku do państwa, które jest zniszczone i rozdarte przez długoletnie konflikty. Trudność w porozumieniu stanowi też charakterystyczna dla Afganistanu mozaika religijno-etniczną (Talibowie wywodzący się z głównie z plemienia Pasztunów stanowią większość. Pozostałe grupy etniczne to m.in. Tadżycy, Uzbecy, Hazarowie, Turkmeni czy Beludżowie). Dopiero uwzględnienie praw wszelkich mniejszości, szczególnie przez Talibów może świadczyć o ich przemianie na rzecz budowania wspólnej państwowości Afganistanu.

Nota

Szyiccy liderzy polityczni nie chcą Amerykanów w Iraku

26.10.2020

W styczniu 2020 roku w Bagdadzie odbyły się wielotysięczne marsze i demonstracje, inspirowane przez szyickiego lidera Muktadę as-Sadra, wzywające do całkowitego wycofania się sił amerykańskich z Iraku. Za czasów prezydenta Barracka Obamy Stany Zjednoczone zakończyły już udział wojskowy w Iraku wycofując swoje wojska z tego państwa w 2011 roku. Jednak pojawienie się i intensywna aktywność terrorystyczna Państwa Islamskiego skłoniła rząd amerykański, aby ponownie wysłać do Iraku swoich żołnierzy. Upadek Państwa Islamskiego znów wywołał polityczne zamieszanie wokół obecności wojsk USA w tym państwie.Co skłoniło Irakijczyków do marszów i protestów przeciwko obecności USA? Przede wszystkim wstrząsem dla części społeczeństwa irackiego, w tym szczególnie szyitów było zorganizowanie 3 stycznia 2020 roku przez USA śmiertelnego zamachu na irańskiego generała Ghassema Solejmaniego – przywódcę jednostki specjalnej (al-Quds), funkcjonującej w ramach irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji, która prowadziła walkę z Państwem Islamskim. Wraz z Solejmanim życie w zamachu stracił Abu Mahdi al-Muhandis, sekretarz generalny Brygad Hezbollahu – irackiej militarnej organizacji szyickiej.Szczególnie przeciwni obecności wojsk USA są iraccy szyici, którzy stanowią większość w Iraku liczącą sobie ok. 65%. i znaczna ich część sympatyzuje z Iranem oraz wyraża stanowisko jawnie antyamerykańskie. Wśród irackich szyitów największym poparciem cieszy się Muktada as-Sadr, lider Ruchu Sadrystowskiego i jednocześnie jeden z liderów koalicji Naprzód (Sa’airun), która uzyskała najlepszy wynik w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2018 roku. Obecnie posiada ona 54 miejsca w 329 osobowym parlamencie (Madżlis an-Nuwwab). Również Hadi al-Amiri, lider szyickiej Organizacji Badr (Munazzama Badr) popierał protesty w Bagdadzie. On z kolei jest zaciekłym wrogiem USA i deklaruje silne stanowisko proirańskie.W związku z zamachem z 3 stycznia i zmasowanymi protestami w Bagdadzie na wniosek ówczesnego premiera Iraku Abdula Mahdiego, parlament iracki przyjął uchwałę wzywającą rząd do podjęcia działań zmuszających wszystkie obce siły wojskowe do opuszczenia terytorium Iraku. Było to skierowane w zasadzie tylko wobec 5200 żołnierzy USA stacjonujących wtedy w Iraku. Jak podawała „Al-Dżazira” decyzja parlamentu stanowiła wyprzedzenie żądań szyickich środowisk sympatyzujących z Iranem, które wcześniej czy później zaczęłyby intensywnie domagać się takiego działania.Szyickie środowiska polityczne jednak nie były usatysfakcjonowane takim rozwiązaniem. Muktada as- Sadr uznał działania parlamentu za mocno ograniczone. Cytując stację „al-Dżazira”, uznał on, że ów uchwała parlamentu jest niewystarczająca wobec pogwałcenia przez USA irackiej suwerenności i z uwagi na sam fakt eskalacji konfliktu Stanów Zjednoczonych z Iranem po zabójstwie Solejmaniego i al-Muhandisa. W liście do zgromadzenia parlamentarnego as-Sadr wskazał, że rząd iracki powinien podjąć dalsze kroki związane z ograniczeniem politycznego oddziaływania USA w Iraku, w tym: wypowiedzenie iracko-amerykańskiego układu dotyczącego bezpieczeństwa, zamknięcia ambasady USA w Bagdadzie i potępienia rozmów ze strony władz irackich z rządem USA. Żądania te wydawały się ekstremalne, aczkolwiek pokazywały mocną pozycję szyickich liderów w przestrzeni politycznej Iraku i ich daleko idące antyamerykańskie stanowisko.Należy przy tym podkreślić, jak wskazuje Arwa Ibrahim z al-Dżazira, że nie wszyscy Irakijczycy byli zadowoleni z uchwały z 5 stycznia 2020 roku. Wielu Kurdów i sunnickich Arabów zbojkotowało w ten dzień posiedzenie parlamentu. Potwierdzała to wypowiedź Sarkawta Szamsa – kurdyjskiego parlamentarzysty, który według portalu „The World” wskazał, że sam zbojkotował posiedzenie, lecz zaznaczył przy tym, iż Irak potrzebuje pokojowych relacji zarówno ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Iranem. Takich głosów jest znacznie więcej, zwłaszcza wśród środowisk sunnickich Arabów i Kurdów, którzy najzwyczajniej obawiają się dominacji szyickiej w Iraku. Istnieje również duże prawdopodobieństwo, że po całkowitym wycofaniu się wojsk USA, Irak zostanie zdominowany przez Iran, który wyraźnie wspiera społeczności szyickie w tym państwie.USA jednak wcale nie są skłonne utrzymywać rozbudowanego personelu militarnego poza granicami swojego kraju. Jak to Prezydent Donald Trump wielokrotnie zapowiadał już w kampanii przed wyborami w 2020 roku, że Stany Zjednoczone mocno ograniczą liczbę żołnierzy w różnych miejscach na ziemi. W Iraku na początku października 2020 roku, jak informowała agencja Reuters, nastąpiła zapowiadana redukcja żołnierzy amerykańskich z 5200 do ok.3000. Ze strony amerykańskiej redukcję swoich sił zbrojnych w Iraku tłumaczono przede wszystkim osiągnięciem dostatecznej zdolności działania i reagowania przez irackie siły zbrojne. W wypowiedziach amerykańskich wojskowych pojawia się temat zagrożenia w Iraku dla obecności USA. W wypowiedzi dla portalu „Task&Purpose” emerytowany generał armii amerykańskiej Joseph Votel wskazał, że największym zagrożeniem dla obecności USA w Iraku jest Iran i wspierane przez niego irackie milicje szyickie a nie pozostałości radykalnych grup islamskich związanych z Państwem Islamskim.